-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Ballada o Białym Koniu.


Oto tekst Hanny Malewskiej z 1951 roku. Zapomniana znakomita pisarka napisała esej o zapomnianym znakomitym bohaterze. Znakomity ten esej jest także zapomniany.
Ze względu na znaczny dystans czasowy od momentu powstania prezentowanego eseju, uzupełniłem go własnymi przypisami […], tudzież linkami do zasobów elektronicznych, jak również w kilku miejscach wprowadziłem poprawki w oryginalnej pisowni zgodnie z aktualnie obowiązującą ortografią. Ponadto w zaledwie kilku miejscach uwspólcześniłem nieznacznie stylistykę, zachowując, rzecz jasna, sens zapisu. Bodajże w jednym miejscu dokonałem nieznacznego skrótu (…). Tytuł notki nie jest orginalnym tytułem eseju H. Malewskiej.

Oto właściwy tekst:

Postać Alfreda Wielkiego dziwną koleją rzeczy nie trafiła nigdy do tego, szerokiego przecież, wyboru z tradycji ogólnoeuropejskiej, którym karmiła się tradycja i kultura polska.

https://en.wikipedia.org/wiki/Alfred_the_Great

Ów wielkiej miary współtwórca historii wczesnego średniowiecza rozminął się w czasie i w przestrzeni z naszą historią. Żył w IX wieku, władał niewielką częścią Anglii, która w jego czasach była daleką okrainą świata. A jednak trudno zrozumieć, dlaczego rysy tej postaci, tak ujmujące, bardziej jeszcze od strony ściśle historycznej niż legendarnej, a ponadto tak wybitnie ucieleśniające to, co właśnie w Polsce zawsze ceniono i kochano, nigdy nie były w kulturalnej świadomości ani w literaturze polskiej. Alfreda, wiernego obrońcę swego małego, nieoświeconego, na uboczu położonego królestwa, Leopold Ranke nazwał "jedną z największych postaci w historii świata". A świetny historyk miał zacięcie kosmopolityczne i daleki był od przeceniania wielkości lokalnych i zasług wyłącznie wojenno-narodowych. Podstawą jego opinii na tle całej ówczesnej konstelacji europejskiej była rola Alfreda. A ta rola wypłynęła z charakteru Alfreda. https://en.wikipedia.org/wiki/Leopold_von_Ranke

Dzieje władcy, których treścią jest obrona małego terytorium, mieszczącego w sobie zawiązek narodu, w bezna- dziejnym na pozór położeniu, obrona podtrzymywana niekiedy tylko niezłomną wiarą w przyszłość jednego człowieka - dla Polaków nasuwają uderzające podobieństwo z dziejami Łokietka. Nie brak w nich nawet analogii dla Jaskini Ojcowskiej, ochranianej wiernością prostego ludu. Tylko że Alfred jest ponadto dziedzicem tradycji kulturalnej - chrześcijańskiej, klasycznej i narodowej, od jakiej daleka jeszcze była piastowska Polska. Jest to Łokietek pisujący książki. Jest to świadomy i osobiście zaangażowany budowniczy kultury i wychowawca swojego ludu.


Wiekowa tradycja wojowniczych plemion północy wydała bujną i wspaniałą, przekazywaną z ust do ust poezję epicką, która w Anglii Alfreda była jeszcze w pełni żywa. Chrześcijaństwo walczyło z urzekającą mocą mściwej "sagi" wśród potomków wikingów, ale przejęło do swojej legendy niejeden z jej heroicznych motywów. Wielki biskup Aldhelm, erudyta łaciński, studiujący klasyczną metrykę, był jednocześnie miłośnikiem pieśni minstrelów i niepozbawiona podstaw tradycja ukazuje go nam, jak przebrany w strój wędrownego barda zatrzymywał swych diecezjan na moście, by - zasłuchanych w ochrzczoną już pieśń heroiczną - przywabić ich do kościoła.
https://en.wikipedia.org/wiki/Aldhelm#Bishop_of_Sherborne

A o Alfredzie Wielkim biograf jego powiada, że wiersze angielskie, przepisane przez jego matkę, były pierwszą książką, jaką posiadał i jaką przeczytał. Bo też był w tych pieśniach żywioł, którego i później nie mogły mu zastąpić nawet rzymskie i greckie opowieści o bohaterach. Heroizm ludów północy - zarówno Celtów brytyjskich, jak i ich późniejszych najeźdźców - miał w sobie potęgę, napięcie, pewnego rodzaju sublimację, czystą esencję ideału wojownika, która pozostała na zawsze obca rozkochanemu, bądź co bądź, w złotym umiarze, światu antycznemu. Nie potęga, opieka bogów, szczęście, mądrość są podkreślanymi rysami bohatera epiki północnej. Wielbi ona także, a niekiedy przede wszystkim, niezłomność w klęsce, mroczność i wyniosłość walki bez nadziei, uporną wierność wodzom i powołaniu wojownika. Jest w niej jakiś istotniejszy element romantyzmu, niż ten z podbarwionych romantycznie pieśni pseudo-Osjana. Czy to przybrany w celtycką fantastykę, czy w surową prostotę sag islandzkich, ten heroizm absolutny, doprowadzony do ostatecznych konsekwencji, tworzy ideały i mity, przy których bohaterowie Plutarcha tracą swą spiżową posągowość i zstępują między ludzi. Bo też Plutarch jest ludzki, jest jeszcze w ludzkich granicach. Jego heroizm jest jeszcze chlebem dla ludzi, gdy tamto jest urzekającym i groźnym narkotykiem. Toteż nie tylko mroczne okrucieństwo sag, ale i ich absolutna apoteoza pogardy śmierci, wojennego ideału wypełniającego serca całych pokoleń, tak że nie było w nich już miejsca na nic innego, musiały pobudzać młode, zdobywcze chrześcijaństwo do walki z nimi. (A i tak jeszcze w XIII wieku, taki Saxo Grammaticus, mnich, autor pierwszej spisanej wersji legendy Hamleta, jest do tego stopnia pod urokiem sag, że musi co pewien czas „czarno na białym" odżegnywać się od nich). https://en.wikipedia.org/wiki/Saxo_Grammaticus

Poezja Anglo-Sasów jednak była wśród tej rozgałęzionej rodziny epickiej może najbardziej ludzka. "Beowulf", czy zwłaszcza "Lay of Maldon" to opowieści – można by powiedzieć wedle ówczesnej skali: realistyczne - o wojownikach takich, jakimi byli. Jest coś wiecznie ludzkiego w „starym druhu", który na pobojowisku bitwy pod Maldon - niedalekiej od czasów Alfreda - mówi:
Myśl tym bardziej harda, serce tym ochotniejsze, animusz tym większy im bardziej słabną siły. Oto padł nasz książę, powalili go śmiertelnym ciosem. Zgryzota i żal wieczny temu, co by opuścił to pole. Choć lata moje stare już nie po temu, ja nie odejdę. Zamyślam paść u boku mojego pana, u boku męża, któregom miłował". https://en.wikipedia.org/wiki/Battle_of_Maldon

Tradycja ukazuje nam króla Alfreda jako miłośnika i mistrza poezji rodzimej. W jego czasach i w jego otoczeniu była to poezja rzadko już tylko wchodząca w konflikt z chrześcijaństwem, a nawet zasilająca je swymi sokami. Świadectwem tego jest choćby wczesno-angielski poemat chrześcijański "Andreas". Towarzysze nie chcą tam opuścić Apostola Andrzeja w jego ostatniej podróży misyjnej („a somewhat desperate journey" – [nieco desperacka podróż], przyznaje katolicki historyk literatury Chambers, z półuśmiechem typowego Anglika) - podróży do ludożerców.
Gdzie pójdziemy, mówią, jeśli zdradzimy ciebie - bezpańscy, smutni na duchu, nie warci nic, bez wszelkiej mocy? W każdej ziemi nas znienawidzą, wzgardzi nami wszelki lud: albowiem dzieci ludzkie, te waleczne, rozeznają się i liczą wedle tego, kto najlepiej posłużył swemu panu w boju, gdy on ręką i tarczą odpiera ciosy miecza na polu bitwy". https://en.wikipedia.org/wiki/Andreas_(poem)

Chrześcijaństwo w Anglii, zwłaszcza w rodzinach królewskich, rozkwitło od czasów Grzegorza Wielkiego i Augustyna z niespotykaną wówczas gdzie indziej bujnością. Umiano w nim dostrzec ideał heroiczny jeszcze czystszej niż rodzimej próby. W ciągu dwóch wieków liczbę królów i królowych, którzy odrzucając dostojeństwa obrali najsurowsze życie mnisze, obliczono tam na trzydzieści. Także i myśl chrześcijańska była we wczesnym średniowieczu najżywsza właśnie w Anglii. A działalność misyjna irlan-angielska - dochodząca do szczytu w zdumiewającym dziele Winfryda (Bonifacego), apostoła Niemiec i reformatdzkoora kościoła w Galii - świadczy, że tam właśnie biło żywe źródło chrześcijaństwa. https://pl.wikipedia.org/wiki/Bonifacy-Winfrid

Jako trzecią tradycję, którą, Alfred odziedziczył, wymieniłam tradycję klasyczną, (nie darmo już Celtowie uważali Brutusa Starszego za założyciela Brytanii...). A te trzy wątki, narodowy angielski, chrześcijański i klasyczny najwymowniej splatają się w postaci Bedy, który choć żył na przeszło sto lat przed Alfredem był prawdziwym jego mistrzem. Był też mistrzem całego wczesnego średniowiecza. Ma w sobie coś symbolicznego fakt, że to Będą pierwszy ustalił chrześcijański sposób datowania historii. A jego „Dzieje kościelne narodu angielskiego” nazwano „najpiękniejszą historią chrześcijańską od czasu ewangelii św. Łukasza". Już sam tytuł, tak śmiało chrzczący narodem angielskim rozbite na państewka młode plemiona Anglo-Sasów, zapowiada szeroki zakrój jego epickiego, a zarazem tak rzetelnego dziejopisarstwa. Do historii Bedy wypadnie mi powrócić poniżej. Nie wyczerpuje ona bynajmniej pełni jego zainteresowań. W naukach przyrodniczych należał on do tych niewielu ludzi średniowiecza, którzy kierowali się wprawdzie jeszcze nie metodami naukowymi, ale istotnie naukowym duchem: była w nim rzetelna ciekawość i szacunek dla prawdy jakakolwiek by ona była. Współczesny nam historyk nauki Sarton, nazywając od imienia najwybitniejszego badacza każde kolejne półwiecze, nie bez pewnego wahania wprawdzie, ale imieniem Bedy nazwał pierwsze półwiecze ósmego wieku - przed Bedą umieścił dwóch uczonych chińskich, po nim - aż siedmiu muzułmańskich.

https://en.wikipedia.org/wiki/George_Sarton

Tak to Beda ratuje honor naukowej myśli zachodnio-europejskiej na przestrzeni pięciu wieków. Szkoła Bedy w Jarrow była też podówczas najlepszą szkołą na całym Zachodzie. "Rozkoszą moją zawsze - mówił Beda - było uczyć się, uczyć innych, czytać lub pisać". Jego wszechstronne, przechowane w niezliczonych kopiach dzieło było iście opatrznościową spuścizną dla przyszłości, bo szkoła w Jarrow zaraz po jego śmierci zaczęła chylić się do upadku. A cały kwitnący monastycyzm i kościół angielski już za jego czasów zdradzał z różnych przyczyn oznaki stagnacji i rozprzężenia, które Beda Czcigodny, wyniesiony później na ołtarze jako Błogosławiony, piętnował z właściwą sobie, rzetelną, bezkompromisową dalekowzrocznością. Zjawisko to było tym groźniejsze, że cały brytyjski ośrodek chrześcijańskiej kultury - pełen soków żywotnych zalążek, który później za pośrednictwem Alkuina i Karola Wielkiego przyniósł zbabraryzowanej Europie zachodniej „odrodzenie karolińskie" wkrótce już znaleźć się miał w zasięgu niszczycielskich najazdów normańskich.
http://oxfordre.com/classics/view/10.1093/acrefore/9780199381135.001.0001/acrefore-9780199381135-e-8084

0d końca ósmego wieku - a historycy dziwią się nawet, że nie nastąpiło to wcześniej - groźni „królowie morza" ze skał Norwegii i piaszczystych wybrzeży Danii zaczynają regularne łupieżcze wyprawy przeciw osiadłym już, zamożnym chrześcijańskim krewniakom swym plemiennym, Anglo-Sasom na wyspie brytyjskiej. Ci zdążyli już zatracić swe tradycje żeglarsko-łupieskie i w 793 roku, po zburzeniu słynnego opactwa-biskupstwa w Lindisfarne, po rzezi zgromadzonych tam mnichów, Alkuin pisząc ze zgrozą o „kościele św. Cuthberta zbryzganym krwią kapłanów" zdumiewa się, że „oto już trzysta pięćdziesiąt lat siedzimy w tej najpiękniejszej krainie" i sama myśl o tak zuchwałym najeździe morskim zaledwie mieści się w głowie, tak wydaje się nieprawdopodobna!

https://pl.wikipedia.org/wiki/Klasztor_Lindisfarne

Jednak już w kilkadziesiąt lat później groza zupełnej zagłady z rąk pogańskich Wikingów była już tak przytomna plemionom anglosaskim, że ojciec Alfreda, zobowiązując w testamencie swych następców do utrzymywania własnym kosztem „co dziesiątego mieszkańca kraju", czy to miejscowego biedaka, czy cudzoziemca, uważa za właściwe zastrzec się ,,o ile oczywiście będą jeszcze jacyś ludzie i trzody w tym kraju, a nie stanie się on całkowitą pustynią".

Nie dziw, że tak myślano w Anglii, tak bliskiej matecznikom piratów. W roku 851 spłonęły i padły ich łupem Londyn i Canterbury. W 856 płonie Paryż, również napadnięty nagle przez lotne, płytkie, zapuszczające się w ujścia rzek jesionowe łodzie pod prostokątnymi żaglami. W dwa lata później Normanowie łupią Chartres, palą Bremę. Z kolei pada ich ofiarą Amiens, a w 860 roku przebywszy Gibraltar biorą zbrojnie bogatą Pizę. Nie są od nich bezpieczne ani Łaba, ani Ren, ani Loara, ani Garonna. Złowrogi znak "Kruka" widzą w swoich murach Hamburg, Rouen, Bordeaux, Marsylia. Jeśli chodzi o Anglię, to od połowy dziewiątego wieku celem „Danów", lub „Duńczyków” jak kroniki nazywają Normanów różnorodnego pochodzenia, nie jest już tylko rabunek, ale trwale osiedlenie się na wyspie.
[rdzeń „dun/dan” pochodzi od wymowy określenia wojownika w języku plemienia Anglów „thegn]


Nie widać siły, która mogłaby się temu przeciwstawić - mimo że poprzednicy Alfreda na tronie Wessexu posiedli już pewnego rodzaju zwierzchność nad sąsiadami i dążyli do ich zjednoczenia. „Siedem Królestw", ufundowanych przez Anglów i Sasów przed trzema wiekami na gruzach rzymsko-celtyckiej Brytanii, wspiera się wprawdzie przeciw Normanom wzajemnie, ale w ostatecznym niebezpieczeństwie każde z kolei wybiera poddanie, jako mniejsze zło. W r. 865 składa haracz Kent. W 867 i 868 padło królestwo Northumbrii – najbar- dziej oświecony ośrodek Anglii - potem Mercja, East-Anglia. W roku 870 ginie na polu bitwy z poganami Edmund, król East-Anglii, kanonizowany wkrótce jako męczennik. W roku następnym najeźdźcy sięgnęli po Wessex, nie po raz pierwszy już zresztą. Alfred, przy boku brata swego, ówczesnego króla, Aethelreda, stawia im czoło. Ale pod koniec tego "roku bitew", jak nazywają go kroniki, Aethelred umiera z trudów wojennych i los niepodległości Anglii spada na barki dwudziestotrzyletniego wówczas jego następcy, Alfreda.
https://en.wikipedia.org/wiki/%C3%86thelred,_Lord_of_the_Mercians

I nie tylko los Anglii: śmiało można powiedzieć, że w ówczesnej sytuacji skuteczny opór na jakimkolwiek terenie stawiony normandzkim najeźdźcom miał decydujące znaczenie dla przyszłości chrześcijaństwa i kultury łacińskiej w Europie. Wiek dziewiąty bowiem, na którego progu koronacja Karola Wielkiego zdawała się tak wspaniale zapowiadać odrodzenie „rzymskości" w symbiozie z Kościołem, niesie dla Europy groźbę zupełnej katastrofy.

[Karol (742-814) - król Franków i Longobardów - został koronowany na cesarza rzymskiego w rzymskiej bazylice Św. Jana na Lateranie w dzień Bożego Narodzenia 800 roku. Bazylika Św. Piotra na wzgórzu Vaticano w Rzymie została oddana do użytku w 1377 roku i dopiero od tej daty mogła służyła do tego rodzaju ceremonii]

Od wschodu Węgrzy pod wodzą Arpada przypominają zachodniemu światu czasy Attyli. Saraceni atakują od południa. Rzym papieski nie ma godnych następców Grzegorza Wielkiego. A przede wszystkim Normanowie okrążają już z obu stron zachód europejski wyznaczając sobie jak gdyby generalne spotkanie u murów „grodu strzeżonego przez Boga", cesarskiego Bizancjum. W tym samym czasie, gdy jedne ich zagony łupią miasta włoskie, inne - pociągając za sobą plemiona słowiańskie i fińskie - docierają Dnieprem i Morzem Czarnym pod same mury cesarskiej stolicy. Alfred walcząc o Wessex i kraiki sąsiednie, o chrześcijaństwo łacińskie w połud- niowej Anglii, walczy o więcej jeszcze, niż z ówczesnej perspektywy ktokolwiek mógł odgadnąć.

Normanowie byli to najgroźniejsi może wojownicy, jakich oglądała Europa, przeniknięci do szpiku tą właśnie fanatyczną i jedyną religią wojny, o której mówiły ich sagi. Jedna z legend skandynawskich opowiada o dwu- nastu synach pewnego konunga, z którymi nawet swoi bali się żeglować, toteż królewicze mieli swą własną łódź o wygiętym i wyrzezanym w znaki śmierci dziobie, a rzucali się do walki w płóciennych koszulach i z gołymi głowami, tak jakby same miecze i strzały nieprzyjaciół, nie mówiąc już o zasadzkach Północnego Morza, stanowiły zbyt lichą strawę dla ich żądzy niebezpieczeństwa. Byli to „berserkerowie" - szaleńcy. Dotąd to słowo skandynawskie przetrwało w języku angielskim na świadectwo grozy niesionej ze wschodu przez normandzkie żagle.  https://pl.wikipedia.org/wiki/Berserk_(mitologia)

Taktyka piratów była wszędzie podobna: zakotwiczali swe flotylle pod osłoną bliskich wybrzeża wysp, lub chętniej jeszcze zapuszczali się w ujścia rzek. Płytkie ich łodzie, zaopatrzone zarówno w wiosła jak i żagle, docierały głęboko w ląd i napaść zaskakiwała bogate miasta, wyprzedzając nieraz pierwszy sygnał alarmowy.
W podobny zupełnie sposób kozacy atakowali na swych czajkach posiadłości ottomańskie. Podobnie też jak kozacy, Normanowie walczyli najchętniej pieszo. Posługiwali się jednak końmi, które przywozili ze sobą, lub zagarniali jako pierwszą zdobycz na lądzie dla szybszego przerzucania się z miejsca na miejsce. Podczas dłuższych wypraw łupieskich, lub jeżeli - tak jak podówczas w Anglii - celem ich było zagarnięcie kraju, fortyfikowali się wraz z łodziami w ujściach rzek lub zatokach i w razie kontrataku bronili się z za szańców. Rzadko jednak spotykali się z silniejszym oporem. Anglosasi przeciwstawiali im tylko pospolite ruszenie, podczas gdy „Danowie" byli - znowu jak kozaczyzna - rodzajem bractwa pirackiego, żyjącego wyłącznie z wojny. Ich „here" - wojsko zawodowe, tej nazwy używają zawsze kroniki anglosaskie - miał z natury rzeczy przewagę nad tym, co określano jako „fyrd" - pospolite ruszenie krajowe. Tak więc zdawało się że i w Anglii powtórzy się sytuacja, tyle razy oglądana w historii: kiedy ludność osiadła, cywilizująca się, przywiązana do ziemi i pracy, czuje się bezsilna, mimo posiadanych środków do obrony, i traci ducha w obliczu zdeterminowanych, nic nie mających do stracenia, żyjących tylko wojną łupieżców z gór, pustyń czy morza.

W latach 872-875, Danowie pozostawiając Wessex we względnym spokoju umacniają się za to na zdobytej już Północy, zadając tam dalsze klęski nie tylko Anglom, ale i Piktom w Szkocji. Obkładają także haraczem Londyn. Po czym kierują swoje zdobywcze zagony znowu na królestwo Alfreda. Walka jest przewlekła, ale staje się coraz bardziej nierówna. Alfred nie może już dotrzymać pola. W roku 878 nieprzyjaciel jest w całym kraju. Szerzy się wieść, że król-obrońca zginął. Alfred schronił się jednak w niedostępnej kryjówce, w swoim ,,Ojcowie": na ostrowie wśród nieprzebytych bagien, w Athelney u wybrzeży Sommersetu. Niepodległa Anglia mówi historyk - to było wówczas tych kilkadziesiąt akrów lądu pośród moczarów i - sumienie Alfreda.
https://en.wikipedia.org/wiki/Athelney

Alfred bowiem nie zrezygnował z walki. Gromadząc wkoło siebie rozbitków z drużyny, ufortyfikował ostrów, robił stamtąd wypady i cierpliwie, planowo - ucząc się też niemało od nieprzyjaciół, choćby ich taktyki szybkiego przerzucania się z miejsca na miejsce - przygotowywał swój powrót i walną rozprawę. Upewnił się przede wszystkim, że nie stracił zaufania ludu. Krążyły wieści o królu przemykającym się nocami od osady do osady i pytającym ziomków, czy gotowi są jeszcze walczyć? Jako bard miał wkradać się nawet do nieprzyjacielskiego obozu, by policzyć tych, którzy mu wydarli państwo. Czy raczej - i z tej i z tamtej strony „policzyć ducha", jakby się wyraził Norwid. Cokolwiek by sądzić o legendach, fakty historyczne świadczą, że Alfred przygotował sprawę znakomicie i wybrał na powrót najwłaściwszą chwilę. W zupełnej tajemnicy i z całkowitą dyscypliną ludzie z trzech hrabstw sąsiadujących z Athelney zebrali się u „kamienia Egberta".
https://books.google.pl/books?id=DmKGDwAAQBAJ&pg=PT461&lpg=PT461&dq=kamie%C5%84+egberta&source=bl&ots=yb131vMjhH&sig=ACfU3U0w2pSZ1HbWMEAmlrkf2AAKuhnf0w&hl=pl&sa=X&ved=2ahUKEwjLzMGPr7PgAhUO36QKHTNhA8MQ6AEwBHoECAYQAQ#v=onepage&q=kamie%C5%84%20egberta&f=false

Tam stanął pośród nich Alfred i podniósł raz jeszcze stary znak plemienny. Natychmiast uderzył na nieprzyjaciół - w pobliżu miejsca zwanego „Białym Koniem" - i zmusił ich do schronienia się za szańcami. A tymczasem wieść o powrocie króla obiegła kraj – „i byli mu wielce radzi", jak prostymi słowami mówi kronika o tym wydarzeniu. Zewsząd „fyrd" spieszył pod znaki. Normanowie ulegli zaskoczeniu i zwycięstwo Alfreda było teraz szybkie i zupełne. Po czternastu dniach oblężony konung normandzki Guthrum przystał na układ pokojowy i ustąpienie z kraju. A było to zwycięstwo jak najbardziej po sercu Alfreda: Guthrum zgodził się nie tylko na pokój, ale i na chrzest, który przyjął wraz z trzydziestu wojownikami swojej świty. To, że wytrwał później w chrześcijaństwie, świadczy, że i Normanowie ulegli już do pewnego stopnia, przez długie lata walki, wpływowi społeczności, między które zbrojnie się wdzierali. Alfred był mu ojcem chrzestnym i gościł dotychczasowego wroga u siebie przez dwanaście dni. https://pl.wikipedia.org/wiki/Guthrum_Stary

Takie epicko-bajeczne zakończenie miało niejedno starcie zbrojne w owych czasach, ale nigdy może nie poprzedziła go walka tak zaciekła i na pozór tak beznadziejna dla ostatecznego zwycięzcy. Tak bowiem było,
że choć ów układ - pokój w Wedmore [ 878 r.] - nie zakończył bynajmniej raz na zawsze wojennych kłopotów
i niebezpieczeństw Alfreda, stał się jednak momentem przełomowym walki. Tym bardziej zdumiewa szybkość
i nagłość tego rozstrzygnięcia: wpływ samego pojawienia się Alfreda i charakter jego zwycięstwa można porównać chyba do roli Joanny d'Arc. I on był w tym wypadku sumieniem młodego narodu i ucieleśnieniem wszystkich jego nadziei. W siedem lat później Alfred zawarł nowy pokój, jeszcze korzystniejszy, rozszerzający granice jego państwa na część Essexu i większą część Mercji. Stal się też nowym fundatorem Londynu, który odebrał z rąk Normanów i odbudował. Odtąd stolica Anglii nie miała już zaznać grozy spustoszeń nieprzyjacielskich - aż do dwudziestowiecznych nalotów lotniczych.

Nie wchodząc w szczegóły tych i dalszych, nie kończących się nigdy wojen - zachowując je tylko w pamięci jako tło: tych pięćdziesiąt osiem bitew, w których wedle kronik Alfred osobiście uczestniczył - odwróćmy kartę jego panowania i spójrzmy na zupełnie inną jej stronę. Przyjrzyjmy się pracy tego wojownika jako pisarza i wychowa- wcy. By ją w pełni ocenić, pamiętajmy nie tylko o bitwach, ale o złym zdrowiu Alfreda, o czym piszą mu współ- cześni, o braku pomocników, o powszechnej ówczesnej ciemnocie. Może przytoczenie własnych myśli Alfreda, wyjętych z jego pism, pozwoli nam zrozumieć, jak mógł się on podjąć takiego dzieła i tyle dokonać.

Drżę - pisał zwycięzca Normanów - na myśl o karach, jakie potężni i oświeceni poniosą na tym i na tamtym świecie, jeśli nie potrafią ani sami zasmakować w mądrości, ani ukazać jej smaku innym".

A oto, co napisał we wstępie do jednego ze swoich przekładów - jest to niejako jego testament budowniczego
i miłośnika kultury; zwierzywszy się naprzód, jak zbierał narzędzia i mierzył się w duchu z pracą, którą sobie zamyślił: z wielką pracą przyswajania zdobyczy kultury obcej własnemu narodowi, dalej - obrazowo - pisze tak:

,,Wybrałem wszystkie najpiękniejsze drzewa w lesie, o ile tylko mogłem im podołać. A nie zdarzyło mi się, bym zwiózł którekolwiek z nich do domu, nie żałując równocześnie, że nie mogę zwieźć całego lasu. Bo w każdym drzewie dostrzegałem coś, czego mój dom potrzebuje. Przeto zaklinam każdego, kto ma dosyć sił po temu, by skierował kroki do tegoż lasu, z którego ja zwoziłem. Niech załaduje wóz swój pięknym drzewem, aby mógł zbudować wiele szlachetnych domów i wiele przyjemnych miast, by zamieszkiwać w nich z radością i pociechą zimą i latem - tak jak mnie to się nigdy i dotąd nie udało. Lecz ten, co wszczepił we mnie umiłowanie owego lasu, może sprawić, że uda mi się ze swobodniejszą myślą zamieszkać i w tych tu przemijających domostwach tego świata i w owych wiekuistych, które nam przyobiecał".

Miłośników „pięknego lasu" kultury mógł Alfred wypatrywać tylko wśród potomnych. Nie dostrzegał ich wśród mu współczesnych.

Upadek oświaty w Anglii w IX wieku był szczególnie głęboki właśnie w Wessexie: księża nie rozumieli rytuału, nie było dosłownie nikogo, kto by naprawdę znał łacinę. Ale i w Northumbrii, gdzie kwitło nauczanie Bedy, owoce jego zniszczyły w wielkim stopniu walki domowe, a potem najeźdźcy. Wprawdzie rody rycerskie i książęce nie uważały już, jak kiedyś w lasach Germanii, jakiejkolwiek umiejętności pisania i czytania za hańbę, a interesowania się kulturą za oznakę tchórzostwa „jusqu'a la preuve du contraire" [fr. aż do okazania dowodu przeciwnego], jak się wyraża historyk epoki Merowingów A. Thierry. https://en.wikipedia.org/wiki/Augustin_Thierry

Niemniej sam Alfred do dwunastego roku życia nie umiał czytać ani pisać. A późniejszą swoją znajomość łaciny zawdzięczał sprowadzonym przez siebie z innych części Anglii, a nawet z Galii i z Saksonii kilku uczonym zakon- nikom i prałatom. Niejeden wielki władca najburzliwszych okresów średniowiecza, wiecznie konny i zbrojny, z ciężką ręką nawykłą tylko do miecza, otoczony druhami obojętnymi na wszystko poza wojaczką i bogactwem, okazywał ten wzruszający głód i ambicję oświecenia się. Taki Teodoryk, który podpisać się umiał podobno tylko przy pomocy szablonu, ale wspierał dzieło cywilizacyjne Kasjodora.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Teodoryk_Wielki;
https://pl.wikipedia.org/wiki/Kasjodor

Taki Karol Wielki, odnowiciel kultury, choć osobiście niezdolny - mimo częstych prób, zapewnia biograf - utrzymać pióra w swej olbrzymiej prawicy. Otto I, z niemałymi, ale niezbyt skutecznymi wysiłkami przegryzający się przez łacinę.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Karol_Wielki
https://pl.wikipedia.org/wiki/Otton_I_Wielki

Wśród tych pilnych uczniów na tronie Alfred jest postacią najbardziej ujmującą, nie tylko dlatego, że osiągnął na tym polu najwięcej; nie tylko nawet przez swój religijny po prostu kult dla wiedzy i kultury. Ale dlatego przede wszystkim, że tak niezmordowanie i rozumnie przykładał się do oświecenia, a zarazem moralnego ukształto- wania swego narodu. Sądził, że cała warstwa wojów - wyraził to nawet szerzej: cała młodzież wolna i osiadła, winna umieć czytać i pisać we własnym języku, a w miarę zdolności i możliwości przejść z kolei do studiów łacińskich. Starał się o podniesienie oświaty kleru, sprowadzał obcych nauczycieli, utrzymywał szkołę na swoim dworze. Ale na tym nie poprzestał. Przetłumaczył osobiście -oczywiście z pomocą „swego biskupa Assera i swoich kapelanów" - największe dzieła ówczesnego dorobku chrześcijańsko-zachodniego z łaciny na angielski, aby „te książki, które każdy znać powinien, każdy mógł przeczytać we własnym swoim języku". To właśnie były owe „piękne drzewa", które zwoził, żałując, że nie zdoła zagarnąć wszystkich. Sama już ta myśl, biorąc pod uwagę ówczesne warunki i przebieg życia Alfreda, wzbudza najwyższy podziw. A dodajmy jeszcze, że wybór - też zapewne dokonany nie bez pomocy - był chyba najtrafniejszy z możliwych. Cały duch ówczesnego chrześci-jaństwa zachodniego, zarówno jak umysł i charakter Alfreda, odzwierciadla się wiernie w tym wyborze i w sposobie, w jaki wywiązał się z tak bardzo z trudnego zadania. Oczywiście pomagali mu trochę bardziej uczeni od niego łacinnicy. Oczywiście popełnili wszyscy razem mnóstwo błędów. Ale sama młoda, chropawa angiel- szczyzna płynęła niewątpliwie spod pióra Alfreda, a dodatki i zmiany, jakie zwyczajem ówczesnych tłumaczów poczynił w tekstach, są cenniejsze jeszcze dla badacza niż zdania poprawnie oddane. Uczeni dyskutują, czy pewna część owego wielkiego dorobku przekładów nie jest tylko pośrednim dziełem króla - ale nikt nie wątpi, że tam nawet, gdzie więcej korzystał z pomocy, sam był "spiritus movens" całego przedsię- wzięcia. Wymieńmy przełożone dzieła. Każde z nich jest wielką i w jakiś szczególny sposób cenną - dla Alfreda i jego rodaków pozycją literatury chrześcijańskiej wczesnego średniowiecza. „Historia kościoła angielskiego” [Historia ecclesiasticca gentrum Angolum] Bedy. „Siedem ksiąg historii przeciwko poganom” [Historiarum libri VII adversus paganos] Pawła Orozjusza. „O pocieszeniu (w) filozofii" [Consolatio Philosophiae] Boecjusza. „Księga reguły pasterskiej” [Liber Regulae Pastoralis] Grzegorza Wielkiego. Wreszcie „Rozmowa z samym sobą” [Soliloquia] św. Augustyna.

Dzieło Bedy to najpiękniejsza historia chrześcijańska, jaką kiedykolwiek otrzymał młody naród. Porównanie jej z nieco wcześniejszym dziełem Grzegorza z Tours „Gesta Francorum" wykazuje na każdym polu wyższość Bedy. Jego łacina jest czystsza. Jego wierność faktom i zrozumienie historii - choć nie miał tu lepszych szans i źródeł niż ktokolwiek ze współczesnych - imponuje dzisiejszym historykom. Mommsen napisał o nim, że „jest to przede wszystkim i nade wszystko człowiek prawy i wiarygodny świadek. Beda nazwał sam siebie verax historicus i miał do tego pełne prawo". [verax historicus - łac.: prawdziwy historyk]
https://pl.wikipedia.org/wiki/Theodor_Mommsen

Siła charakteru, siła mówienia prawdy wspierała go na równi z pracowitością, jasnością sądu, talentem do pióra. Jest w tej historii ponadto szczególny urok budzącej się j wykuwającej koncepcji narodu - i to na pewno było jednym więcej względem, dlaczego Alfred uznał tę książkę za "najpotrzebniejszą" dla Anglików. Beda, świątobliwy mnich, widział historię swego narodu, jej prawdziwy sens i kierunek w najściślejszym związku z chrześcijaństwem, z tym młodym, dynamicznym chrześcijaństwem, które za jego czasów rozsadzało niejako granice kraju i rozlewało się na Europę. Wierność Chrystusowi, wierność swym wodzom i narodowi „sam młody kwiat wierności", wierność druha spod Maldon, czy uczniów Apostoła Andrzeja, promieniuje z kart tej poważnej, spokojnej, godnej historii.

Jak i inni ludzie tych czasów - choćby Grzegorz Wielki - Beda ulegał złudzeniu, że żyje w ostatniej (szóstej wedle swojej rachuby) epoce świata; początkiem pierwszej miało być zburzenie Świątyni przez Nabuchodonozora [Jerozolima, 586 a.Ch.n.], szóstej - Narodzenie Chrystusa; w epoce ostatecznej zgrzybiałości świata, które zakończy katastrofa i Sąd. Ale podobnie jak i Grzegorzowi, podobnie jak i wychowanemu na tych pojęciach królowi Alfredowi, nie przeszkadzało mu to bynajmniej rozwijać wszechstronnej działalności skierowanej w przyszłość. Drugie z dzieł wybranych przez Alfreda, historia Orozjusza, miało wprowadzić młodych Anglików
w pojmowane po chrześcijańsku, w duchu św. Augustyna, dzieje powszechne. Orozjusz był uczniem i kontynu- atorem wielkiego biskupa z Hippony [św. Augustyn], a książka jego, mimo wszelkich jej naukowych braków, była bardzo stosowna jako pewnego typu podręcznik: żywa, zwięzła, pełna ludzkich rysów i szerokich perspek- tyw. Orozjusz ponadto - i to jest sprawa ważna - stanowi przęsło tego pomostu, który chrześcijańska myśl u schyłku starożytności przerzuciła od upadku Rzymu - który wydawał się prawie upadkiem świata - ku nowym czasom i ku wchodzącym w historię ludom.

Augustyn był jeszcze w pełni Rzymianinem, najazdy barbarzynców uważał za ostateczny nieomal kataklizm słusznie co prawda spadający na stary świat za straszliwe jego grzechy. Hiszpan Orozjusz patrzy już nieco inaczej. [wówczas nie było jeszcze „Hiszpanów”. Orozjusz pochodził z Płw. Iberyjskiego, z miejscowości która znajdowała się na terenie dzisiejszej Portugalii]. Wspomina gdzieś, że krwawe najazdy rzymskie też wydawały się przecież jego iberyjskim przodkom przed wiekami - końcem wszystkiego. Sądzi ponadto, że nawrócenie barbarzyńców i zmiana ich obyczajów, to zamierzenie Opatrzności, którego ceną - nie za wysoką zaiste w porównaniu ze szczęściem wiecznym choć jednej duszy - są klęski i zgliszcza Imperium i cierpienia jego pokolenia. O krok jeszcze dalej posunie się Galijczyk Salwian, który uzna barbarzyńców za wyższych moralnie od zepsutych Rzymian i śmiało powierzy im przyszłość chrześcijaństwa.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Salwian_z_Marsylii

Tak więc przekład historii Orozjusza dokonany przez Alfreda był ważny nie tylko dla pomnożenia wiadomości, ale i dla kształtowania pojęć młodego ludu, któremu przypadło kontynuować, w niezmiernie trudnych warunkach, zachodnią cywilizację. ,,O pocieszeniu filozofii" Boecjusza to wyznanie i pouczenie stoika, jak należy znosić przeciwności, to ekstrakt niejako moralnej myśli późnego antyku. Boecjusz tak był nią przesiąknięty, że choć chrześcijanin – i nawet pisarz teologiczny podał ją w formie zaledwie muśniętej przez pojęcia chrześci- jańskie, choć z nimi nie sprzeczne. Ale właśnie ten filozoficzny, stoicko rzymski duch książki miał szczególny urok dla całego, długiego szeregu chrześcijańskich myślicieli, władców i bohaterów średniowiecza. Alfred był w ich liczbie. W swój przekład Boecjusza wtrącił gdzie niegdzie własne swoje zdania. Jedno z nich brzmi: „Myślę, jak wszyscy chrześcijanie, że to Zrządzenie Boże włada światem, nie zaś Los". O tę właśnie wiarę, pisze nowożytny biograf Alfreda, rozbili się Normanowie.

Liber Regulae Pastoralis" Grzegorza Wielkiego przełożył Alfred przede wszystkim dla duchowieństwa, które w stanie ówczesnego upadku oświaty nie potrafiłoby tego przeczytać po łacinie. Nakazał również przepisanie i rozesłanie tej książki do wszystkich diecezji w kraju. I w tej dziedzinie - duszpasterstwa najwyżej pojętego - nie mógł zrobić lepszego wyboru. Anglikański historyk Alfreda, Plummer, tak - zgodnie zresztą z ogólnym, ówczesnym i dzisiejszym mniemaniem - osądza to dzieło: „Piękna książka, pełna mądrej i miłującej duchowej doktryny, pełna zdań zarówno przenikliwych, jak i głęboko serdecznych. Wielki zaszczyt Kościołowi średnio- wiecznemu przynosi wpływ i rozpowszechnienie tego dzieła".
https://en.wikipedia.org/wiki/Charles_Plummer

Najbardziej samodzielną pracą translatorską Alfreda jest przekład-przeróbka słynnych, głębokich „Soliloquia" św. Augustyna. Tę książkę wybrał jako podręcznik par excellence chrzescijański, jako strawę duchową dla każdego chrześcijanina bez względu na jego stanowisko i dolę życiową. Samodzielnie, zręcznie i umiejętnie zdialogował drugą część tego dzieła i opatrzył je wstępem. Czytamy w nim taką myśl tłumacza, jakże zgodną z własnym jego życiem:
Nikt nie może zdziałać najmniejszego nawet dobra, o ile Bóg nie pracuje z nim razem; a jednak nie wolno nikomu pozostawać bezczynnym, nie podejmować wszystkiego tego, na co pozwalają mu siły, udzielone przez Boga".

Wreszcie jednym jeszcze wielkim, a dla historyków szczególnie cennym dziełem, które przepisywały pilnie "scriptoria" królewskie i klasztorne w czasach Alfreda, była „Anglo-Saxon Chronicle", nie przez niego napisana, lecz na jego zlecenie. Kronika własnych jego czasów w narodowym języku. Sumienna i wartościowa historycznie, a świadcząca wymownie, że i własną epokę uważał Alfred za ważną i ciekawą dla potomności, że nie popełniał grzechu tylu erudytów i miłośników przeszłości, ktorzy sięgając w czasy odlegle zaniedbali ukazania nam tego, czym najpewniej mogli przysłużyć się historii, tego, na co patrzyły własne ich oczy.
https://en.wikipedia.org/wiki/Anglo-Saxon_Chronicle

Kiedy zdołał Alfred dokonać olbrzymiej swojej pracy? Ostatnie cztery lata jego życia - zakończonego w 900 roku - były okresem względnego spokoju i wtedy głównie poświęcił się pisaniu. Mógł już oglądać pomyślne wyniki swych rządów. (…) Inwazja duńska z końca dziewiątego wieku w rezultacie przyczyniła się do skonsolidowania Anglii, widocznego już za czasów ojca Alfreda, odnowionego i posuniętego naprzód przez niego samego, a za jego syna i następcy, Edwarda - zwanego Edwardem Starszym także jednego z najznakomitszych władców Anglii, uwieńczonego pomyślnie dalszymi nabytkami na północy.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_Starszy

Alfred zasłużył się także na polu kodyfikacji prawa. Pierwszy też stworzył flotę dla obrony przed piratami. Przy czym okręty zaprojektował sam, wedle odmiennych nieco planów niż fryzyjskie i duńskie. Na polu oświaty wyniki jego pracy trudno ocenić tak konkretnie jak rezultaty polityczne, ale one również były bardzo znaczące dla przyszłości. Nie tylko syn, ale i wnuk Alfreda Aethelstan był znakomitym monarchą, a czyny jego opisuje Saxo Grammaticus w tonie dumnej północnej sagi: „Król Ethelstan, wódz wodzów, ten który rozdaje naszyjniki mężnym, i brat jego, szlachetny Edmund, stoczyli pod Brunan-Burgh bój ostrzem miecza, powalili słynnych wojowników szkockich i wikingów z morza. Olaf uciekł z garstką i zapłakał na falach. Cudzoziemiec nie będzie opowiadał o tej bitwie przy ognisku, pośród rodziny, bo krewniacy jego tam polegli, przyjaciele stamtąd nie powrócili;Wikingowie na swych radach żałować będą, że popróbowali krwawej zabawy z synami Edwarda...". Tradycja trwała.

Zatrzymajmy się jeszcze przy paru osobistych rysach Alfreda Wielkiego, jakie nam ukazuje jego biograf współ- czesny, a zwłaszcza własne jego pisma. Nie można sobie wyobrażać Alfreda pod rysami erudyty, nawet w średniowiecznym sensie, tym bardziej w nowożytnym. Umiał wiele, jak na warunki, w których żył; ale jedno- cześnie wykazywał olbrzymie braki w wiedzy. W przekładzie Boecjusza utożsamia on Kasjusza z Brutusem, uważa, że było to drugie jego imię. Takich błędów dzisiejsi specjaliści wyłowili u niego nieskończenie wiele. Ale cechowała go, podobnie jak Bedę, prawdziwa ciekawość, nie tylko miłość do książek, ale i do dalekich krajów, przyrody, zainteresowanie nowymi ludźmi, obyczajami, spostrzegawczość, własny osąd, czasem rys humoru. Jest to człowiek do głębi ludzki, zawsze pragnący się uczyć, nigdy nie syty obcowania z podróżnikami, z cudzoziem- cami. A szczególnie ujmuje malująca się w jego częstych komentarzach do przekładów głęboka cześć dla boha-terów starożytności, dla patriotyzmu Scevoli, Regulusa, dla szlachetności Tytusa. Miłość wszelkich ludzkich zalet, a wzgarda dla niewdzięczności, okrucieństwa, gnuśności. Znawca przekładów Alfreda, Schilling, tak pisze o jego „Historii Orozjusza”: „Widzimy tu Alfreda niemocnym w historii i lingwistyce, ale widzimy za to wielką jego prostotę, wielkoduszność, żarliwość, jego pełną ognia pochwalę wszystkiego, co dobre, a wzgardę dla wszystkiego, co złe; widzimy go, jak zasiada sam w ławie żakowskiej, po to, aby móc kształcić i wychowywać swój lud".
[Hugo Karl Schilling (1861-1931)]
http://fama2.us.es/fde/ocr/2008/weltGeschichte_Des_Orosius.pdf

Skąd czerpał Alfred siły do ukształtowania własnego charakteru? Sam niewątpliwie odpowiedziałby nam: z wiary, z Chrystusa. Był człowiekiem głębokiej żarliwości religijnej. Anglikański historyk Alfreda Plummer z goryczą stwierdza, że właściwie chyba tylko jednostronna cześć średniowiecza dla monastycyzmu sprawiła, że Alfred nie został wyniesiony na ołtarze. „Gdyby, pisze, jak Burgred, król Mercii, porzucił walkę w rozpaczy i jako pielgrzym wyruszył do Rzymu, nikt w jego czasach nie miałby mu tego za złe i mógłby otrzymać aureolę średniowiecznej świętości, tę aureolę, której ostatecznie nie otrzymał. Lecz Anglia byłaby stracona dla chrześcijaństwa". Czy był święty? Nie wiemy. Ale wiemy, że wierny był własnemu hasłu; „to live worthily"
- Nie żyć na próżno. Żyć godnie".

Tradycja Alfreda, podtrzymywana przez jego bezpośrednich następców, przetrwała czasy najazdu Wilhelma Zdobywcy, rozkwitła nawet, i zawsze ponownie rozkwitała w trudnych latach angielskiego średniowiecza. Dopiero za czasów Henryka VIII, wśród ogólnej grabieży klasztorów i profanacji relikwii, poważono się rzucić na wiatr i jego prochy, złożone w murach klasztornych. „Żaden wódz duński nie mógłby z większym zapałem dokonać tego dzieła profanacji", pisze nowożytny biograf Alfreda.

Tradycja tego króla, wspaniale uwieńczona w „Balladzie o Białym Koniu" Chestertona, żyła przede wszystkim

w ustach prostego ludu, który, jak to zapisał anonimowy skryba z XII w., nazywał go „ukochaniem Anglii". „Pasterz Anglii, jej pociecha" - powiada o nim żałosna pieśń śpiewana przez Anglów po pogromie 1066 roku.

http://www.zamki.name/bitwy/bitwa_pod_hastings_1066.html;
http://www.gutenberg.org/files/1719/1719-h/1719-h.htm (Ballada o Białym Koniu)

Krążyły też szeroko powiedzonka, zapisane później jako „przysłowia Alfreda". Przytoczmy na zakończenie jedno z nich: „Tak mówi Alfred - Jeśli masz się poskarżyć, nie użalaj się przed słabym; ale zwierz się łękowi swego siodła i dalej jedź, śpiewając".

 

 

 

 

 

 

 

 



tagi: poczatki chrześcijaństwa w anglii 

stanislaw-orda
11 lutego 2019 19:44
7     931    10 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Maryla-Sztajer @stanislaw-orda
11 lutego 2019 21:30

Prawie nie znany mi świat.  Ledwie pamiętam kilka imion i nazw.

Dzięki za Malewską. Dużo jej zawdzięczam 

.

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Maryla-Sztajer 11 lutego 2019 21:30
11 lutego 2019 23:29

Podstawowe pytanie jest takie, dlaczego podobnych tekstów nie ma w lekturach szkolnych ponoć katolickiego kraju, gdzie rząd a corpore, a Sejm i Senat w większosci   uczestniczą co i raz w masówkach liturgicznych.

zaloguj się by móc komentować

Tytus @stanislaw-orda
12 lutego 2019 09:38

Czasy Artura Wielkiego wykorzystał Bernard Cornwell w swojej serii The Saxon Stories. Na podstawie tych powieści nakręcono trzy sezony serialu pod polskim tytułem Upadek królestwa, a angielskim The Last Kingdom. W serialu dość wiernie są przedstawione zdarzenia analizowane przez Hannę Malewską.

W serialu, w obliczu napaści Danów, Alfred wiele mówi o angielskości i wręcz imperializmie. Można również odnieść wrażenie, że autorzy scenariusza nabijają się z ogromnej religijności Alfreda. Jego żona zaś Ealhswith jest wręcz karykaturalnie przedstawiona jako dwulicowa dewotka. 

Dlaczego akurat w dzisiejszych czasach pisane są takie powieści i kręcone seriale? Czyżby współczesnymi Danami byli muzułmanie i Hindusi? Czekają na nowego Alfreda? 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Tytus 12 lutego 2019 09:38
12 lutego 2019 11:41

w Anglii po Henryku VIII i rewolucji Cromwella takie powięsci i seriale maja na celu wskazywać  alibi dla apostacji tego królestwa. Podobnie zreszta jak we wszystkich heretyckich apostazjach.

Nic tedy dziwnego, ze tego rodzaju postaci, jezli sa przedstawiane, to tylko w wersjio skarykaturyzowanej.

Przy okazji, czy ktos słyszął zeby w Polsce nakrecono jakis film w oparciu o prozę Hanny Malewskiej?

O,, dajmy na to taki tytuł jak "Kamienie wołać będą".

Żydokomuna, która zmonopolizowała u nas po II wojnie tzw. kulturę, bardzo pilnuje, aby tego rodzaju literatura (apoteuzująca chrystianizację Europy i poszczególnych jej ludów) nie zaistniała w szerszej świadomości.  

 

 

zaloguj się by móc komentować


Tytus @stanislaw-orda 12 lutego 2019 11:41
12 lutego 2019 12:25

Tak, a na Żelazną koronę wyłudzić kasę od Niemców wschodnich i zachodnich.

Marzenia są darmowe...

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Tytus 12 lutego 2019 12:25
12 lutego 2019 16:32

Ja nie mam marzeń. Za stary na nie jestem.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować