-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Panowie i szlachta

Tym razem tekst Szymona Jaxa-Konarskiego, herbu Gryf ; polskiego heraldyka i genealoga, który wydał mi sie ciekawy i wart, by go zaprezentowac.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Szymon_Konarski_(heraldyk)

Tekst ma tę zaletę , że poza linkami do charakterystyk historyków parających się genealogią albo heraldyką (albo i tym i tym) wymagał z mojej strony minimalnych ingerencji, jako to pominięć tekstu oznaczonych (...) oraz dodania przypisów (w nawiasach kwadratowych [...].).

 

„Na prośbę swojej trzeciej żony, Elżbiety, król Władysław Jagiełło zamierzał nadać jej synowi, a swojemu pasierbowi, Janowi z Pilczy godność hrabiego na Jarosławiu i poddać mu obyczajem zachodnim w lenno szlachtę okoliczną. Kanclerz koronny, biskup krakowski Wojciech Jastrzębiec, oparł się temu i w obronie praw krajowych odmówił przyłożenia na akcie pieczęci państwowej. Fakt ten miał miejsce około r. 1420, i był prawdopodobnie pierwszym w historii Królestwa Polskiego aktem walki szlachty z tytułami rodowymi.

Wprowadzenie ich musiałoby w konsekwencji podzielić szlachtę na wyższą i niższą, a tego w Polsce nie było. Wprawdzie spotykamy się już przedtem z określeniami "comes" i "baro", ale nazwy te nie oznaczały dostojeństwa rodzin. Były nazwami stanowisk piastowanych przez poszczególne osoby, a nie rodziny.

Prof. Oswald Balzer dokładnie określił znaczenie terminu "comes", stwierdzając że mianem tym tytułowano wysokiego urzędnika, późniejszego kasztelana lub wojewodę. Urzędy te nie były dziedziczne. Zdarzało się często że komes miał syna, który komesem się nie tytułował, czyli komesem nie był, a z kolei syn tego syna, piastując urząd komesa, z tym tytułem występuje.

"Poczet rycerstwa wieków średnich" prof. Franciszka Piekosińskiego przytacza wiele takich przykładów. Tytuł „comes", jako tytuł wysokiego urzędnika grodu (comes castri), występuje już od połowy XII w. i nigdy w Królestwie Polskim nie był dziedziczny. Także tytuł barona występuje często w pergaminach średniowiecznych aż do XV w., ale zawsze jako synonim słowa "pan", albo "pan rady". Tak słowo to rozumieć należy w kazimierzowskim statucie wiślickim, tak samo przywileju Władysława Jagiełły z r. 1410, czy wreszcie w unii horodelskiej z roku 1413.

http://balzer.cal24.pl/oswald-balzer/
http://ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/franciszek-ksawery-piekosinski

Charakter obu tych terminów wyjaśniony jest w cytowanej pracy prof. F. Piekosińskiego, w której omówiony jest przypadek Dzierżykraja herbu Rawicz, synu Goworka: "Jest ten Dzierżykraj w r. 1224 kasztelanem wojnickim, a w latach 1228 1 1229 kasztelanem sądeckim. I zdaje się gdy po śmierci księcia Leszka Kazimierzowicza wybuchły w Małopolsce polityczne niepokoje, wycofał się z życia publicznego. W r. 1230 tytułuje się już tylko baro ducis Sandomirie, ale w r. 1231 jest kasztelanem lubelskim, w latach natomiast 1231 i 1243 występuje znowu bez żadnego zgoła urzędu. Syn jego jeden, komes Mironej, czyli Miron, jest w r. 1233 podkomorzym Konrada, księcia krakowskiego i mazowieckiego, później wszakże nie piastuje żadnej godności. . Drugi syn Piotr występuje w latach 1250 i 1254". Przedtem Piekosiński wymienia ojca owego Dzierzykraja, Goworka, i nazywa go komesem. Jest więc ojciec komesem, syn czasem baronem, czasem bez żadnego tytułu, a wnuk jeden komesem, drugi bez tytułu.

Jeżeli legendę o nieudanych zamierzeniach Jagiełły, przedsięwziętych dla nadania pasierbowi tytułu, możemy uważać za pierwszy domniemany dowód walki szlachty z tytułami, to w czasach późniejszych nie potrzebujemy się uciekać do legend aby znaleźć materiał stwierdzający istnienie takiej walki. Dziwić się trudno że wzrastające w potęgę zamożne rodziny szlachty, wzrosłe przy dworze królewskim. otarte w podróżach za granicę, czyniły czasem starania o uzyskanie od cesarza tytułu, skoro uzyskanie go od własnego króla było niemożliwe. Dążenia takie nie mogły wywoływać zdziwienia. Potęga panów polskich, ich bogactwo, obycie i wykształcenie wywoływało za granicą uznanie i niejednemu imponowało.

Dosyć zacytować opisy niektórych poselstw polskich, jak poselstwa po Henryka Walezego (późniejszego Henryka III) w r. 1573, a zwłaszcza sławnego Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w r. 1633. Obcych panów dziwił brak tytułów u polskiej szlachty, u polskich panów wywoływać musiał uczucie nierówności i upośledzenia. Potęga panów obcych, z którymi się spotykali, nie stała w żadnym stosunku do ich własnej.

Gdy w państwach na Zachodzie podział szlachty na wyższą i niższą był stanem normalnym, w Polsce tego podziału nie było. Istniała natomiast głęboko wpojona zasada hierarchii urzędu, ale ta nie stwarzała podziału szlachty. Istniał senat i istniał sejm, a zatem izba niższa i jakby izba panów, ale w sejmie, czyli w izbie niższej mógł zasiadać Czartoryski, a więc krewny Jagiellonów, który musiał ustępować kroku szlachcicowi piastującemu urząd małego kasztelana i z tej racji zasiadającemu w senacie. I w samym senacie, książę szedł za nieutytułowanym szlachcicem, jeśli urząd szlachcica stal wyżej w hierarchii ówczesnej pragmatyki.

Ani stanowisko posła w sejmie, ani senatora w senacie Rzeczypospolitej nie były stanowiskami dziedzicznymi. Ponieważ, jak zwykle na świecie, poważniejsze stanowiska dostawać się musiały także i w Polsce przedstawicielom rodzin uposażonych dostatniej w środki materialne, pozwalające na wyższy poziom kultury, wiedzy i oprawy, dziwić się nie należy że senat Rzeczypospospolitej sprzyjał, jako czynnik selekcji, wytworzeniu się grupy rodzin przodującej w narodzie. W grupie tej chęć utrwalenia nabytych możliwości i przelewania raz nabytych na potomstwo była naturalnym następstwem poprzednich osiągnięć.

Ewentualne uzyskanie tytułu zagranicznego, skoro o polskim mowy być nie mogło, stanowiło jedną z form takiego utrwalania status quo. Form stosunkowo łatwych do osiągnięcia dla rodzin o tak wielkich środkach materialnych. Chociaż więc prawa Rzeczypospolitej uniemożliwiały wytworzenie się arystokracji dziedzicznej, wytwarzała się ona sama, dzięki posiadaniu najpoważniejszych stanowisk w kraju i dzięki wielkiej potędze materialnej niektórych rodzin.

Dla utrwalenia tych wartości rodziny magnackie miały i drugą drogę poza tytułami. Drogą tą były starania o tworzenie ordynacji, których forma prawna zapewniała najsilniej utrzymanie w rodzinie raz nabytych dóbr. Nie wydaje (…) się trudne do zrozumienia dążenie możnych rodzin do takich celów. Zapewne i wtedy nie dziwiły one nikogo. Toć przecie nawet najwybitniejszy obrońca równości szlacheckiej, hetman Jan Zamoyski, choć zwalcza tytuły, ale tworzy ordynację rodową.

Zresztą uzyskiwanie tytułów za granicą bynajmniej nie było zwyczajem jedynie polskich panów. Cesarzowie nadają tytuły nie tylko swoim poddanym i Polakom. Nadają je także możnym rodzinom innych państw, z Francją włącznie. Hetman Jan Tarnowski głośno występuje przeciwko równości. Tak jak on myśli zapewne wielu panów, tylko nie wszyscy mają odwagę poglądy swoje tak wyraźnie, jak on, wypowiedzieć. A miała Polska już wtedy, w XVI w., i rodziny liczne i potężnych magnatów. Niejeden z nich mógł myśleć o koronie. W Polsce, która obierała swoich monarchów, nie było to niemożliwe. W polskich rodzinach magnackich znana dewiza Rohanów nie mogła znaleźć zastosowania. [ https://pl.wikipedia.org/wiki/R%C3%B3d_Rohan]

Miał możliwości wyboru w r. 1573, po opuszczeniu tronu polskiego przez Henryka Walezego, Jan Kostka herbu Dąbrowa, wojewoda sandomierski. Jędrzej Tęczyński herbu Topor, wojewoda krakowski, był już przedtem, po śmierci Zygmunta Augusta w r. 1572. poważnie brany pod uwagę jako kandydat do korony, a ubiegał się wyraźnie o nią wtedy Mikołaj Firlej herbu Lewart, marszałek wielki koronny, a późniejszy wojewoda krakowski. Myślał także o koronie Hieronim Lubomirski herbu Szreniawa, hetman wielki koronny i kasztelan krakowski, ale to było w r. 1697, a przedtem przecie już dwóch polskich panów zasiadało na tronie polskim. Stanisław Poniatowski, kasztelan krakowski, miał w r. 1733 pewne możliwości kandydowania do tronu, który Polska w 31 lat potem oddala jego synowi. Wreszcie można bez ryzyka twierdzić, że jeżeli nie zasiadł na tronie w r. 1764 ks. Adam Czartoryski, jenerał ziem podolskich, to tylko dlatego że zasiąść nie chciał.

Jakże się więc dziwić polskim panom że się obrażali i za krzywdę sobie mieli, iż tytuły były dla nich czymś trudniej dostępnym niż tron. Naturalnie - tytuły polskie, gdyż wielu panom polskim udało się uzyskać tytuły zagraniczne i tych prawnie za granicą używać, aż do czasu gdy szlachta przeprowadziła na sejmach Rzeczypospolitej ostre ustawy przeciw wszystkim łamiącym w ten sposób „aegalitatem szlachecką".

Dążenie magnatów, zmierzające do uchwalenia nabytych dostojeństw przez uzyskanie tytułów rodowych, wyglądało z punktu widzenia ogółu szlacheckiego zupełnie inaczej.

Już Joachim Lelewel stwierdza że „pierwszym w Polszcze zaszczytem było szlachectwo i nad niego nic". W oparciu o tę zasadę szlachta prowadziła konsekwentną walkę z każdym objawem, który mógł wróżyć wzmocnienie władzy królewskiej lub naruszenie równowagi układu sił w kraju. Każdy, kto umiał należycie zastosować hasło o domniemanym niebezpieczeństwie zaprowadzenia w Polsce "absolutum dominium", mógł być pewny że pod sztandarem z takim hasłem wszystko u szlachty wyjedna.

Jeżeli więc magnaci wnosili czasem do walki ze szlachtą czynnik prywaty i nieznośnej dumy, to na pewno tyle samo błędów i grzechów można się doszukać w pobudkach i sposobach walki szlachty o utrzymanie i powiększenie swoich prerogatyw. Dobrze były znane słabostki szlachty dworom obcym i wygrywały je one z największą szkodą kraju w każdym bezkrólewiu, obiecując szlachcie, w razie wyboru swego kandydata, wszelkie w pactach conventach gwarancje. Dla zachowania lub powiększenia swoich praw nie opuszczała szlachta żadnej okazji, nie puszczała płazem najmniejszej zaczepki. Gdy w r. 1690 znalazło się w jednej z konstytucji sejmowych wyrażenie "mniejsza szlachta", nie zaniedbano jeszcze w r. 1699 przeprowadzić na sejmie osobnej konstytucji, która te słowa "in perpetuum" [na wieczność] wykreśliła.

Nie można zaprzeczyć że szlachta swoją konsekwentną polityką doszła do poważnych osiągnięć. Posiadła uprawnienia większe niż szlachta jakiegokolwiek innego państwa. W Polsce feudalizm się nie przyjął i dlatego nie było różnic między szlachtą polską. Dawało to szlachcie poczucie równowagi zupełnej wobec prawa, bez względu na stan materialny. Nie było więc dwustanowości szlachty, która istniała na Zachodzie. Szlachcic polski miał najzupełniej nie ograniczoną (a więc alodialną) własność ziemską. Był na swojej ziemi absolutnym władcą jej plonów i osiadłych na niej kmieci. Miał w państwie konstytucyjnie zapewnioną wolność osobistą. Dom szlachcica był sanktuarium niedostępnym dla wszelkich kroków prawnych i egzekucji. Szlachta mogła być sądzona tylko przez sędziów przez nią samą obranych. Czego więc mogła zazdrościć szlachcie sąsiednich państw?

Była od niej w uprawnieniach wyższa, a przecie, i ponadto, miała czynne i bierne prawo wyboru własnego monarchy. Miała więc uprawnienia o wiele wyższe niż niemiecka "Hochadel" [wyższa/wysoka szlachta]. Szlachta polska zależała tylko od siebie i swojego króla, a i to z poważnymi zastrzeżeniami. Miała czego bronić. Broniła też zaciekle. Często ze szkodą dla swego zasadniczego dobra, bo ze szkodą własnego państwa.

Walki z tytułami nikt za walkę z państwem nie uważał. I to dodawało jeszcze szlachcie poczucia pewności siebie i słuszności sprawy. Znane na Zachodzie powiedzenie że "tytuły nadaje panujący, ale sam Bóg stworzył rycerstwo", nigdzie chyba na świecie nie było wyznawane z takim przekonaniem jak w Polsce. W dodatku z poprawką że skoro sam Pan Bóg stworzył rycerstwo, to król nie ma w nim nic do poprawiania. Każdy więc środek, którym panujący mógł wyróżnić jedną rodzinę szlachecką ponad drugą, był ostro zwalczany. Taka zasada decydowała o niemożności wprowadzenia w Polsce, aż do czasów saskich, orderów, a do r. 1764 żadnych polskich, własnych tytułów. Ważną datą w historii walki szlachty polskiej o swoje przywileje był rok 1537, kiedy na zjeździe szlachty pod Lwowem senatorowie zdradzili się z projektem wprowadzenia podziału szlachty na wyższą i niższą. Szlachta oparła się wtedy skutecznie temu projektowi. Swoim sukcesem uniemożliwiła na długo wszelkie próby zmian istniejącego stanu rzeczy.

Mimo że najwyższe urzędy w państwie były piastowane prawie wyłącznie przez rodziny magnackie, szlachta z tym nie walczyła. Hetman, wojewoda, starosta, sędzia, były to urzędy których szlachta koniecznie potrzebowała, a skoro potrzebowała, to i uznawała. Były te urzędy zresztą łatwiej dla niej samej dostępne, a na niższych szczeblach wyłącznie przez nią obsadzone. Stanowiły najlepszą drabinę po której szlachcic mógł się wspiąć wyżej bez obrazy sentymentów "panów braci". Nie walczyła również szlachta przeciwko fortunom magnackim. Mimo że środki materialne ułatwiały stwarzanie podziału, jeżeli nie prawnego, to faktycznego, szlachta nie mogła walczyć z dorobkiem, bo sama także o dorobku myślała. Ta zresztą zrozumiała i w zdrowym społeczeństwie naturalna skłonność decydowała o jednoczesnym osłabieniu grupy szlacheckiej. Ustępowała więc szlachta nieraz w sprawach naruszających "równość" w stopniu większym niż naruszały ją tytuły. Gdy bowiem magnaci zaczęli myśleć o tworzeniu ordynacji, szlachta przyjęła to dosyć obojętnie. W r. 1518 powstaje ordynacja lubraniecka. Podobne starania rodziny Tarnowskich spotyka niepowodzenie. Założoną przez nich ordynację jarosławską znosi w r. 1519, przeciwny jej utworzeniu, król Zygmunt I.

W r. 1579 Radziwiłłowie założyli ordynację na Nieświeżu, Ołyce, Klecku i Mirze. W r. 1589 założył ordynację duchowy wódz partii szlacheckiej Jan Zamoyski. Szlachta dobrze rozumiała sentymenty twórców ordynacji, bo sama je żywiła, a piastowała w duszy nadzieję dojścia kiedyś do podobnych możliwości.

Szlachcic wiedział, że oddanie majątku rodzinnego córce w posagu było dopuszczeniem do "wyjścia" majątku z rodziny. Rozumował tak nawet wtedy, gdy miał tylko córki, a ani jednego syna. Tworzenie ordynacji właściwie nie natrafiało na opór szlachty.

W ten sposób, chcąc czy nie chcąc, szlachta ułatwiła powstanie w Polsce arystokracji, mimo że formalnie nie dopuściła tytułów zza granicy. Dzięki temu powstała w Polsce klasa, która na pewno ma winy wobec swego kraju, takie jak inne grupy, ale ma też za sobą piękną kartę (pomiędzy innymi) w wielkim udziale jaki wniosła do kulturalnego podniesienia Polski, do stworzenia ośrodków tej kultury promieniujących w ciągu wieków i w szerokim bardzo zasięgu. Dosyć wspomnieć o akademii w Zamościu, o bibliotekach Zamoyskich, Czartoryskich, Ossolińskich, Krasińskich, Raczyńskich. Załuskich, Działyńskich, i o wielu muzeach, fundacjach i t.d.

Ten argument będzie zawsze przemawiał na korzyść rodzin magnackich w Polsce. Gdybyż jeszcze równość, o którą walczyła szlachta, była równością w pojęciu najwyższego kodeksu sprawiedliwości na świecie - Ewangelii. Tak jednak nie było.

Szlachta walcząc o utrzymanie równości miała na myśli równość, zaczynając od swego poziomu, w górę. Nigdy w dół. Słusznie ktoś powiedział, że łatwiej było spychać tych, którzy się wysuwali ku górze, niż podnosić pozostających w tyle. Samowoli, pysze i sobkostwu magnatów przeciwstawiała szlachta na swoim własnym podwórku podobną samowolę, pychę i sobkostwo. Winy były równe.

Mam wątpliwości, czy zasługi szlachty dosięgają zasług rodzin magnackich. Dopiero XVIII wiek przyniósł pożądane zmiany w rozbudzeniu się instynktu państwowego i szerzej pojętej przez szlachtę równości. O tym, jak silne było przekonanie o słuszności praw których broniła szlachta, świadczy najlepiej pozyskanie dla tych haseł osób należących do rodzin magnackich. Mimo woli nasuwa się jednak pytanie, czy zawsze wystąpienia niektórych panów w duchu zasad wyznawanych przez ogół szlachecki były dyktowane przekonaniem, a nie oportunizmem. Fakt utworzenia przez hetmana Zamoyskiego ordynacji, wtedy gdy zwalczał on wszelkie inne drogi i środki wyróżnienia się spomiędzy szarego tłumu szlachty, daje poważnie do myślenia. czy rola hetmana, uznanego jako wodza szlachty i jej obrońcy była w szczerości pobudek oceniona przez historyków słusznie i sprawiedliwie.”

Przepisane z : "Wiadomości" (londyńskie) Nr 468, rok 1955

 

 



tagi: szlachta polska 

stanislaw-orda
13 listopada 2018 00:05
4     724    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
stanislaw-orda @stanislaw-orda
13 listopada 2018 13:13

Temat ma kontynuację w jeszcze jednej publikacji Szymona Jaxy-Konarskiego, ale chyba nie jest zbyt interesujący, tak więc raczej daruję sobie (i czytelnikom).

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @stanislaw-orda
13 listopada 2018 15:03

Litwini negocjując Unię wymusili uznanie tytułów książęcych

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @gabriel-maciejewski 13 listopada 2018 15:03
13 listopada 2018 15:30

tak, wiem. W innym swoim  tekście Jaxa-Konarski opisuje mechanizmy tego  procederu.

Nie wyłacznie on jeden.

 Józef Wolff wydał osobną publikację na temat tytułów kniaziów litewskich.
(„ Kniaziowie litewsko-ruscy od końca czternastego wieku”, Warszawa 1895 (reprint Warszawa 1994); ).

zaloguj się by móc komentować

kamiuszek @stanislaw-orda
13 listopada 2018 18:29

Dziękuję. Dobry tekst.

Ciekawa ta delegalizacja ordynacji Tarnowskich przez Zygmunta Starego. Decjusz podpowiedział, Szydłowiecki? Czy prosto Fuger miał jakieś plany względem tego Jarosławia? Chodzi o Jarosław na Podkarpaciu, gdzie podobno odbywały się największe jarmarki?

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować