-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Demokracja i tyrania, wojny i sojusznicy

Przedstawiam duże fragmenty eseju Jerzego Stempowskiego pod tytułem „Czytając Tukidydesa” . Czynię tak z powodu aktualności ww. eseju , pomimo iż debiut swój odnotował ponad 60 lat temu.
W bardzo nielicznych przypadkach zmieniłem pisownię imion, np. Tukidydes zamiast oryginalnego zapisu Tukidides, ale już nazwę wyspy Korkira (Korkyra) zostawiłem bez zmian, bo nazwa ta nikomu dzisiaj już z niczym się nie kojarzy. Jak zazwyczaj dodałem przypisy (wraz z pogrubieniami) w tych miejscach, w których uznałem to za wskazane.

Po tekście fragmentów eseju J. Stempowskiego dodałem Appendix, który zawiera fragment „Wojny peloponeskiej” Tukidydesa w kongenialnym tłumaczeniu Ignacego Wieniewskiego.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ignacy_Wieniewski
Ten drugi tekst („Zaraza w Atenach”) zamieszczam bez skrótów i bez przypisów.

(…)

WOJNA PELOPONESKA

Tukidydes nie jest czytany w szkołach i znajomość jego nie wchodzi dziś do tak zwanego zakresu wykształcenia ogólnego. Powiemy więc krótko, że napisał historię wojny peloponeskiej (431-404 przed Chrystusem). Wojna ta położyła koniec zamożności i znaczeniu politycznemu Grecji starożytnej, okupowanej później przez Macedoń- czyków i Rzymian. Obywatel ateński Tukidydes ocenił od razu doniosłość nadchodzących wypadków i natychmiast po wybuchu wojny zaczął spisywać jej historię.

Skazany w ósmym roku wojny na banicję przez sąd ludowy ateński, spędził dwadzieścia lat na wygnaniu, pisząc dalej historię toczącej się wciąż wojny. Po ostatecznej klęsce Aten, amnestia ogólna pozwoliła mu wrócić do rodzinnego miasta, gdzie wkrótce potem umarł lub został zamordowany. Historia jego, niezakończona, obejmuje dwadzieścia jeden pierwszych lat wojny. Najbardziej uderzającym jej rysem jest ambicja bezstronności. W mowach wkładanych w usta polityków i dyplomatów Tukidydes streszcza argumenty każdorazowych przeciwników.

W pierwszych już rozdziałach Tukidydesa widzimy znany nam dobrze z późniejszych doświadczeń obraz wzrastającego antagonizmu między dwoma silnymi państwami powiedzielibyśmy dziś mocarstwami – z których każde otoczone jest grupą słabszych aliantów i satelitów. Antagonizm ten rozwija się równolegle w kilku płaszczyznach. W płaszczyźnie plemiennej – jak byśmy powiedzieli dziś narodowej – dokoła Aten grupują się szczepy jońskie, dokoła Sparty doryckie. W płaszczyźnie politycznej, ściślej ideologicznej, Ateny posiadają ustrój demokratyczny i w zasięgu swych wpływów popierają wszędzie ludowładztwo. Sparta natomiast rządzona jest przez liczebnie mniejszą warstwę „oligarchów” i w granicach swych wpływów popiera rządy tego typu. Oba państwa dzieli nadto żenie do hegemonii świata helleńskiego przy rozbieżnym rozwoju środków aniamio wojskowych. Ateny posiadają silniejszą flotę, Sparta silniejszą armię lądową. Miasto i port Aten są niezdobytą fortecą otoczoną długimi murami”, lecz siły lądowe Aten nie wystarczają na obronę otaczającego stolicę kraju, pustoszonego corocznie w okresie żniw przez wojska lacedemońskie (tj. spartańskie), poruszające się swobodnie po całym lądzie stałym. Ateńczycy panują natomiast na morzu mogąc lądować niespodzianie na wybrzeżach przeciwnika, fortyfikować tam łatwiejsze do obrony punkty, niepokoić go i prowadzić na jego własnym terytorium wojnę ideologiczną. Wszystkie prawie wyspy należące do bloku spartańskiego wpadają, prędzej lub później w ręce Aten. Sparta i Ateny nie muszą jednak nigdzie zmierzyć się bezpośrednio, stoczyć bitwy rozstrzygającej o losach wojny. Do samego końca nie wiadomo czy posiadanie silniejszej floty czy też silniejszej armii lądowej prowadzi do zwycięstwa. Każde niepowodzenie podaje w wątpliwość wartość ogólnej koncepcji strategicznej. Każda omyłka w przewidywaniach urasta do rozmiaru zbrodni stanu. Nieszczęśliwi wodzowie skazywani są na banicję lub uciekają przed gniewem ludu do nieprzyjaciela. Ostateczne zwycięstwo wydaje się obu stronom nieosiągalne i zwolennicy koegzystencji biorą górę. Pokój zostaje podpisany, lecz poczucie wzajemnego zagrożenia trwa, przygotowania wojenne nie ustają, i po krótkim czasie wojna zaczyna się na nowo.

W chwili wybuchu wojny Grecja jest wolna od tyranów. Wszystkie miasta mają ustrój mniej lub więcej demokratyczny. Decyzje zapadają przy udziale całego ludu wolnego czy też rządzących wspólnie „oligarchów” . Wojna peloponeska ma charakter ludowy, wciąga wszystkich w wir działań, obciąża wspól odpowiedzialnością, łudzi nadzieją zwycięstwa i obawą klęski, nikomu nie pozwala pozostać z dala od wypadków. Stąd jej bezwzględność i bezkompromisowość.

W paru głośnych niegdyś książkach historyk włoski Guglielmo Ferrero wyjaśnił, dlaczego wojny ludowe nowożytne zaczynając od Rewolucji francuskiej, noszą charakter bezwzględny i niszczący, jakiego nie miały wojny prowadzone przez monarchów absolutnych. Rozważania Ferrero przychodzą często na myśl przy lekturze Tukidydesa.
(
Guglielmo Ferrero; 18711942; włoski pisarz i historyk, interesujący się psychologią i socjologią; w Polsce ukazały się dwa pierwsze tomy (z pięciu) „Wielkości i upadku Rzymu” w przekładzie Leopolda Staffa, wydane w 1935 r. przez Wydawnictwo Polskie R. Wegnera w Poznaniu).

LOSY ALIANTÓW I SATELITÓW

Nie mogąc zmierzyć się z siłami głównego przeciwnika, Ateńczycy i Spartanie prowadzą przez długi czas wojnę kosztem sprzymierzeńców. Rola słabszego sprzymierzeńca nigdy nie budziła zazdrości. W starych traktatach o sztuce wojennej znajdujemy wskazówkę, że mając przed sobą dwóch sprzymierzonych przeciwników należy naprzód atakować słabszego, bo silniejszy może zawsze znaleźć mnóstwo powodów, aby nie przyjść mu z pomocą. Machiavelli odradza w ogóle sprzymierzanie się z silniejszym partnerem, bo jakikolwiek byłby ogólny wynik wojny – słabszy wyjdzie na niej zawsze źle. W razie przegranej silniejszy będzie się starał zawrzeć pokój kosztem słabszego sprzymierzeńca; w razie przegranej ten ostatni znajdzie się sam na sam ze zwycięzcą, bez możności manewrowania, zdany praktycznie na jego łaskę i niełaskę.

Dawniejsi autorzy zdają się zawdzięczać te prawdy lekturze Tukidydesa. Od czasów greckich zastanawiano się nad tym na co – na podstawie poprzednich doświadczeń liczyć można sprzymierzając się z silniejszym partnerem.

(…).

Wojnę przeciw aliantom przeciwnika Ateny i Sparta prowadzą różnymi środkami: siłą i terrorem, burząc miasta i mordując lub uprowadzając w niewolę ludność, a także środkami wojny ideologicznej. Przedtem już Ateńczycy, przeniósłszy z Delos do Aten skarb związkowy zasilany przez opłaty lub raczej kontrybucje nakładane na sprzymierzeńców, zaczęli sobie z tymi ostatnimi postępować bez ceremonii, nie pytając ich o zdanie w sprawie dysponowania wspólnym funduszem, ani w sprawach polityki ogólnej. Spartanie więc obierają taktykę przeciwną: zwołują swych sprzymierzeńców na naradę, na której wojna uchwalona zostaje większością głosów. Odtąd prowadzić będą wojnę o wyzwolenie republik greckich spod jarzma ateńskiego. Taktyka ta przynosi im znaczne powodzenie. Ze swej strony Ateńczycy usiłują zapalić na nowo w Sparcie bunt helotów i okupują w tym celu parę punktów spartańskiego wybrzeża. Spartanie odpowiadają na to powołując część helotów do wojska i obiecując wolność obrońcom ojczyzny. Rzymianie poszli potem za ich przykładem, zbrojąc niewolników i obiecując im wolność podczas najazdu Hannibala. Posunięcia te dają miarę przemian społecznych, jakie pociągają za sobą wojny ludowe.

Niby potworna fabryka, wojna peloponeska mełła z jednej strony tysiącami dawne elity republikańskie, zmieniając je na niewolników, z drugiej zaś strony przynosiła wolność tym, którzy dotąd nie potrafili jej zdobyć własnymi siłami. Już w latach poprzedzających wojnę każdy przejaw życia wewnętrznego mniejszych republik rozważany był w Atenach i Sparcie z punktu widzenia jego użyteczności dla hegemonicznych planów tych państw, gotowych do interwencji zbrojnej w razie domniemanego naruszenia istniejącej proporcji sil. Wojna ogólna zaczęła się od jednej z takich interwencji na odległym wybrzeżu dzisiejszej Albanii. Korynt i Korkira, republiki (obie) należące do grupy doryckiej, walczyły tam o wpływy w mieście Epidamnos (Epidamnos – dawna kolonia Korkiry na wybrzeżu iliryjskim, obecne Dürres w Albanii). W konflikcie zbrojnym Korkira odniosła zwycięstwo, po którym Korynt zaczął przygotowywać się do odwetu. Zaniepokojeni tymi przygotowaniami Korkiryjczycy udali się o pomoc do Aten. Wysłuchawszy posłów Korkiry i Koryntu i przedyskutowawszy sprawę na dwóch zgromadzeniach ludowych, Ateńczycy postanowili zawrzeć przymierze z Korkirą i udzielić jej ograniczonej pomocy w celu przedłużenia konfliktu. Wśród państw należących do bloku lacedemońskiego Korkira i Korynt posiadały największą flotę, i neutralizacja tych dwóch flot w długotrwałym konflikcie wydała się Ateńczykom użyteczną. W tym pierwszym, lokalnym jeszcze, starciu zbrojnym występuje szczegół powtarzający się odtąd wciąż aż do końca wojny: po odniesieniu zwycięstwa nad flotą koryncką, Korkiryjczycy wymordowali wszystkich jeńców prócz obywateli korynckich, których zakuli w kajdany.

Mylilibyśmy się zapewne bardzo, zbywając lekko ten szczegół jako przejaw barbarzyństwa właściwego światowi starożytnemu. Masakry jeńców i obywateli zdobytych miast nie były nieopanowanym odruchem lecz posunięciem najczęściej przemyślanym, wynikiem racjonalizmu greckiego, przenikającego w czasach Peryklesa dziedzinę polityki i strategii. W Discorso MachiaveIIego, niezrównanego przewodnika po posępnej otchłani zracjonalizowanej gry przemocy znajduje się krótki rozdział traktujący o najskuteczniejszych receptach na uniemożliwienie pokoju. Aby odebrać ludowi lub księciu ochotę do poszukiwania kompromisu – pisze Florentyńczyk – nie ma pewniejszego sposobu nad obrażenie strony przeciwnej przez jakieś straszliwe okrucieństwo. Mistrz przytacza następnie parę przykładów objaśniających, jakle motywy mogą kierować ludźmi uciekającymi się do takich sposobów. Jeden z nich jest szczególnie pouczający. Dwie kolonie rzymskie – Velitrae i Circoei (Velitrae to dzisiejsze Velletri, zaś Circoei to dzisiejsze San Felice Circeo) zbuntowały się licząc na poparcie innych ludów Lacjum, ale klęska tych ostatnich pokrzyżowała ich plany. Część obywateli postanowiła wówczas wysłać do Rzymu posłów do traktowania o pokój. Przywódcy buntu natomiast, w obawie że cała wina zostanie złożona na nich i że nie unikną straszliwej kary, postanowili udaremnić pertraktacje przez jakiś akt okrucieństwa na terytorium rzymskim.

Rywalizacja między Atenami i Spartą utrzymywała we wszystkich mniejszych republikach stan latentnej lub otwartej wojny cywilnej. W każdej z nich stali naprzeciw siebie zwolennicy ludowładztwa liczący na pomoc Aten i oligarchiści liczący na pomoc Sparty. Stronnictwo stojące u władzy, jeżeli nieprzezornie wszczęło Jakąś wojnę zewnętrzną, musiało ją prowadzić chociażby do najgorszego końca, bo przyznanie się do niepowodzenia, próba zawarcia pokoju i każdy w ogóle gest mogący osłabić napięcie psychozy oblężonego miasta groził przyjściem do władzy przeciwników wewnętrznych, z którymi nie można było liczyć na układy. Dalsze losy Korkiry świadczą, że przewidywania tego rodzaju były często słuszne. Sprawującym w tych warunkach władzę pertraktacje pokojowe wydawały się nieraz niebezpieczniejsze od dalszego prowadzenia wojny, i recepta Machiavellego na udaremnienie pokoju przychodziła im na myśl jako jedyny logiczny wniosek z tego stanu rzeczy.

Masakry ludności wolnej i czyny okropne towarzyszące przez. Cały czas wojnie peloponeskiej miały także inne motywy, równie logicznie wynikające z położenia i strategii Aten. Przemawiając na zgromadzeniu ludowym za wypowiedzeniem wojny Sparcie, Perykles w sposób następujący ujął położenie republiki, znajdującej się wówczas na szczycie potęgi, i wynikającą z tego położenia strategię. Siła Aten – mówił leży w jej flocie; Ateńczycy mogą spokojnie patrzeć na Spartan pustoszących najbliższe okolice miasta, bo dla wyniku wojny nie ma to żadnego znaczenia. Dopóki panują na morzu, Ateńczycy mogą trzymać w posłuszeństwie swych aliantów dostarczających im środków do dalszego prowadzenia wojny. Wszelki natomiast kompromis ze Spartanami, upominającymi się o prawa paru miast okupowanych przez Ateńczyków, mógłby prowadzić tylko do zachwiania władzy tych ostatnich nad sprzymierzeńcami i do upadku republiki. W tych warunkach, zdaniem Peryklesa, Ateny nie mają innego wyboru jak wojna. Dla oblężonego od strony lądu miasta trzymanie w posłuszeństwie aliantów dostarczających pieniędzy, żywności i drzewa dla budowy okrętów zdawało się być alfą i omegą, kluczem nie tylko do zwycięstwa, lecz do nagiego utrzymania się przy życiu. Wybierając raczej wojnę niż najlżejsze uszczuplenie ich autorytetu wobec sprzymierzeńców, Ateńczycy, jeżeli chcieli być konsekwentni, nie mogli tolerować u tych ostatnich żadnych tendencji do samodzielności. Panowanie ich stawało się coraz twardsze, coraz bezwzględniejsze.

W mowie wypowiedzianej po pierwszych niepowodzeniach wojennych Perykles, wzywając do dalszych wysiłków i ofiar, zwraca uwagę ludu ateńskiego na niebezpieczeństwo, jakim grozi mu w razie klęski nienawiść wywołana przez długie sprawowanie władzy; lud bowiem ateński posiadł władzę stawiającą go w położenie tyrana: wykonywanie jej jest być może niesprawiedliwe, zrzeczenie się jej byłoby na pewno niebezpieczne. Argumenty Peryklesa, będące wzorem tylu późniejszych dyskursów brzęczących jeszcze w naszych uszach, pozwalają rozpoznać etapy dramatycznego rozwoju stosunków między mocarstwem i jego małymi sprzymierzeńcami.

Etap pierwszy.

Dla zdobycia hegemonii, a nawet dla utrzymania naszej pozycji wobec potężnego rywala, posiadanie aliantów, satelitów i kolonii jest nieodzowne. Nie rozstaniemy się z nimi w żadnym wypadku, za żadną cenę; nie mamy więc z nimi o czym mówić.

Etap drugi.

Alianci, satelici i kolonie mają nas dość, nienawidzą nas. Jeżeli wypuścimy ich z rąk, powiększą szeregi nieprzyjaciela; ich nieprzejednana wrogość utrudni porozumienie się z tym ostatnim, obniży szanse koegzystencji. Musimy więc za wszelką cenę utrzymać ich w posłuszeństwie, nie cofając się przed żadnymi środkami.

Etap trzeci.

Nasi alianci, satelici itd. Zbuntowali się, stawiają zbrojny opór. Jeżeli wyłamią się, powiększą siły nieprzyjaciela; ale i uśmierzenie ich buntu będzie wymagało długiej walki i związania części naszych sił. Najlepszym wyjściem byłoby wymordować ich całkowicie.

Perykles widział dwa pierwsze etapy, ale oto i trzeci.

W czwartym roku wojny Mitylena i inne miasta wyspy Lesbos, sprzymierzone dotąd z Atenami, zaczęły przygoto- wywać się do odpadnięcia. Na wyspie Ateńczycy mieli pewną ilość zwolenników, którzy donieśli o tych przygo- towaniach. Miasta wyspy nie były jeszcze dostatecznie umocnione dla stawiania dłuższego oporu, Mitylena wysłała więc do Aten posłów w celu pokojowego załatwienia sprawy. Obawiając się jednak niepowodzenia układów, Mityleńczycy wysłali jednocześnie innych posłów do Sparty, aby zapewnić sobie ewentualną pomoc z tej strony. Z przybyłym tymczasem admirałem ateńskim podpisano układ, w myśl którego – aż do wiadomości z Aten – admirał miał powstrzymać się od wszelkich represji. Wiadomość o próbie odpadnięcia Mityleny wywołała w Atenach burzę gniewu. Po publicznej debacie lud postanowił skazać na śmierć przybyłych posłów i wszystkich Mityleńczyków zdolnych do noszenia broni, kobiety zaś i dzieci sprzedać na rynku niewolników. Rozkaz ten wysłano natychmiast do czekającego na wyspie admirała. Następnego dnia, z inicjatywy kilku szanowanych obywateli, podjęto dyskusję na nowo. Długo ważyły się odmienne zdania. Ogólna egzekucja sprzymierzeńców miała wciąż licznych zwolenników. Jako główny argument przeciwnicy wysuwali mały pożytek, jaki Ateńczycy odnieśliby z tak wielkiej masakry. Nieznaczną większością głosów lud odwołał poprzednią uchwałę, nakazując pozbawić życia tylko najbardziej winnych. W rezultacie wykonano na wyspie koło tysiąca wyroków śmierci.

Nie lepszy był los sprzymierzeńców Aten, gdy w wyniku działań zbrojnych wpadali w ręce Lacedemończyków. Pierwsi znaleźli się w tej pozycji, po długim oblężeniu, mieszkańcy Platejów. W pewnej chwili dowódca wojsk spartańskich spostrzegł, że Platejczycy, osłabieni przez głód, nie mogą więcej stawić oporu. Instrukcje jednak zabraniały mu brać miasto szturmem. Spartanie przewidywali mianowicie, że przy rokowaniach pokojowych będą musieli zwrócić zdobycze terytorialne; aby móc się targować o Piateje, chcieli mieć za sobą argument, że Platejczycy oddali miasto z własnej woli. Dowódca spartański zaproponował więc oblężonym kapitulację, gwarantując, że nikt nie będzie karany bez sądu. Po kilku dniach zjechał do Platejów sąd spartański. Tukidydes zachował obszerne streszczenie przemówień stron: to jest Platejczyków i Tebańczyków, zainteresowanych również w tej sprawie. Z właściwym Spartanom lakonizmem sąd zadał Platejczykom tylko jedno pytanie: czy w ciągu wojny oddali jakąś usługę Sparcie, a po odpowiedzi przeciwnej skazał na śmierć wszystkich bez wyjątku. Kobiety i dzieci sprzedano na rynku niewolników.

W innym miejscu czytamy, że spartański admirał płynący wzdłuż brzegów Jonii kazał w pewnej chwili zamordować większą część jeńców schwytanych podczas wyprawy. Posłowie z wyspy Samos zwrócili mu uwagę, że prowadząc wojnę rzekomo o uwolnienie. Grecji spod jarzma ateńskiego, nie powinien pozbawiać życia jeńców, którzy nie mieli nawet możności walczenia przeciw Sparcie. Uznając słuszność tych argumentów admirał kazał zwolnić pozostałych jeszcze przy życiu. W miastach, które przy pomocy lacedemońskiej odpadły od Aten, pozostawiano jednak przeważnie swobodę rządzenia się. Idylla ta skończyła się przy pierwszych rokowaniach pokojowych. Spartanie zwrócili Atenom miasta odpadłe od tych ostatnich podczas wojny. Stosownie do powiązań plemiennych, w niektórych miastach zastrzeżono prawo mieszkańców do opuszczenia miasta z dobytkiem ruchomym, w innych zdano całą ludność na łaskę i niełaskę Ateńczyków.

WZORY WŁADZY

Świat starożytny przekazał wiekom następnym dwa wzory władzy: republikę miejską i szczęśliwego samowładcę, Aleksandra Macedońskiego, Augusta, Antonina Piusa. Czytając Tukidydesa odnosi się wrażenie, że w oczach starożytnych wzory te nie przeciwstawiały się sobie, lecz raczej uzupełniały wzajemnie. Każdy z nich znajdował właściwe przeciwieństwo w sobie samym, w swych formach skrajnych i karykaturalnych. Przeciwieństwem republiki był obraz szalejącego ludu, przeciwieństwem szczęśliwego jedynowładztwa – tyrania. Ekscesy tyranii i ludowładztwa tak zaprzątały wyobraźnię starożytnych, że przeciwstawność rządów demokratycznych i absolut- nych uchodziła częściowo ich uwagi. Podobny stosunek do różnych systemów rządów można znaleźć u Machiavellego.

ZDRADA JAKO SYSTEM

Historia grecka zostawiła nam uderzające przykłady stałości, wierności, siły charakteru i poświęcenia. Najsławniejszym z nich była śmierć w Termopilach trzystu Spartanów „posłusznych prawom swej ojczyzny”. Przy uważnym czytaniu przykłady takie można znaleźć także u Tukidydesa. Nierównie częściej jednak czytamy w jego historii o niestałości, zmianach frontu, odwracaniu aliansów i zdradzie. Przykłady te rzadziej odnoszą się do głównych państw wojujących – jakkolwiek i tam ich nie brak częściej do republik mniejszych. Każdy dowódca oblegający jakieś miasto miał w nim swych sprzymierzeńców i informatorów, którym często udawało się otworzyć podstępem bramy i wpuścić oblegających do miasta.

Rozpowszechnienie się zdrady w mniejszych republikach ma oczywiste przyczyny. Mniejsze państwa nie mają na ogół możności swobodnego wyboru aliantów, tym mniej mogły ją mieć podczas wojny peloponeskiej. Republiki w zasięgu floty ateńskiej były zmuszone do roli satelitów Aten; republiki kontynentalne były zależne od Sparty. Jaka jest wartość aliansów i zobowiązań zawartych pod przymusem? Dla nikogo nie były to zobowiązania związane z jego poczuciem honoru. Zerwanie narzuconego aliansu było często tajną aspiracją większości obywateli. Wziętych do niewoli Ateńczyków i Spartan na ogół nie zabijano, lecz zostawiano do późniejszej wymiany. Żadne z dwóch głównych państw nie chciało sobie zamykać drogi do pokoju. Jeńców pochodzących z mniejszych republik zabijano bez ceremonii. Po zdobyciu oblężonego miasta masakrowano często całą ludność męską, kobiety zaś sprzedawano na rynku.

Przy tym systemie tylko zdrajca miał jakieś szanse pozostania przy życiu. Zdrada była tym łatwiejsza, że posiadała najczęściej gotowe już formy organizacyjne. U aliantów Aten wszędzie rządził lud, ale wszędzie też istnieli zwolennicy oligarchii, czekający zbliżenia się wojsk spartańskich. W zasięgu wpływów Sparty rządziły oligarchie, ale lud częściowo przynajmniej czekał przybycia Ateńczyków, aby obalić istniejący rząd i samemu wziąć władzę w ręce. Zdrada znajdowała oparcie w istniejących stronnictwach i grupach opozycyjnych. Mniejsze republiki musiały tolerować ten stan rzeczy. Nie mogąc zapewnić obywatelom bezpieczeństwa. Pozostawiały to jego własnej domyślności. Wielka rzesza obywateli, zależnie od zmiennych szans wojny, powiększała szeregi stronnictwa ateńskiego lub lacedemońskiego.

W XIX stuleciu europejscy czytelnicy Tukidydesa nie doceniali tych okoliczności. Jedni brali ateńskiego historyka za mizantropa, mającego niewielkie pojęcie o charakterze swoich współczesnych. Inni widzieli w opisanych przezeń faktach przejawy głębokiej demoralizacji świata helleńskiego. Opinie te wydają się niesłuszne. Dzisiejszemu czytelnikowi łatwiej jest zrozumieć ówczesną sytuację mniejszych republik. Europejczycy też nie wybierają dziś swych aliantów, a ich własne rządy nie potrafią zabezpieczyć ich od zesłania,. W razie czego, na Syberię. Każdy musi szukać tego zabezpieczenia na własną rękę. W tych okolicznościach słowo „zdrada” przybiera nowe, nieznane przedtem znaczenie. Zresztą samo rozpowszechnienie się tego zjawiska stwarza w nim niezliczone różnice stopnia i odcienia, od zdrady wulgarnej do zdrady wykwintnej, na poziomie samego Alkibiadesa.

TEORIA ROWNOWAGI SIL

Teoria równowagi sił jest zapewne stara jak świat, i nikt nie może uchodzić za jej wynalazcę. Wersja znajdująca się u Tukidydesa jest zbyt dobrze sformułowana, aby mogła być pierwszym szkicem, jakkolwiek słyszymy ją z ust człowieka tak pomysłowego jak Alkibiades. Pod koniec wojny, po katastrofie armii i floty ateńskiej na Sycylii, Spartanie posiadając flotę równą ateńskiej, przenieśli wojnę na wybrzeże Jonii, gdzie najstarsi sprzymierzeńcy zaczęli odpadać od Aten. Spartanie zawarli przy tej okazji sojusz z namiestnikiem króla perskiego Tisafernesem, który zobowiązał się ponosić część kosztów utrzymywania floty. Doradcą politycznym Tisafernesa był wówczas Alkibiades, były wódz ateński zbiegły do Sparty, a stamtąd do Persji.

Oto w skrócie rady jakich udzielał namiestnikowi Wielkiego Króla (władcy imperium Persów):

Nie spieszyć się z zakończeniem wojny i wystrzegać się wszystkiego, co mogłoby dać w Grecji jednemu państwu przewagę na lądzie i na morzu. Przeciwnie, należy dbać o to aby żadna strona nie miała rozstrzygającej przewagi. Dopóki ten stan rzeczy trwa, Wielki Król może przeciwstawiać jedno państwo greckie drugiemu, gdyby któreś z nich zaczęło zagrażać jego interesom. Gdyby przewaga na lądzie i na morzu wpadła w ręce jednego państwa, król nie mógłby znaleźć przeciw niemu w Grecji żadnego sprzymierzeńca i musiałby wdać się z nim sam w wojnę równie kosztowną jak niebezpieczną. Utrzymując natomiast równowagę sił, król ma możność osłabiania Greków ich własnymi rękami, nie łożąc na ten cel większych środków. Wychodząc z tych przesłanek, Alkibiades radził Tisafernesowi osłabić naprzód Ateny, w następnym zaś etapie wypędzić z Jonii Lacedemończyków.

Jakkolwiek już wówczas, zapewne nie nowa, teoria równowagi sił ma w ustach Alkibiadesa świeżość myśli lotnej, błyskotliwej, jeszcze nie zużytej i pełnej obietnic. Trudno jednak osądzić czy Alkibiades sam brał ją na serio. Być me był to tylko uboczny produkt jego niewyczerpanej pomysłowości, dostosowany do gustów chwilowego protektora.

Inny teoretyk równowagi sił piszący w początku XVIII wieku, Lord Bolingbroke, brał swą teorię poważnie, bo zaryzykował dla niej całą swoją karierę i musiał jak niegdyś Alkibiades uciekać do nieprzyjaciela. Bolingbroke zna jednak także granice swej teorii, wie, że ocenić w sposób pewny, która strona jest silniejsza, można dopiero ex eventu (po fakcie) , kiedy jest już za późno.
(
Henry St John, wicehrabia Bolingbroke (16781751) – brytyjski dyplomata, historyk, konserwatywny myśliciel polityczny, filozof i polityk z partii torysów).

(…)

MOTYWY LITERACKlE

Opis dżumy w Atenach należy do najsławniejszych stronic Tukidydesa (zob. Appendix). Autor przechodził ją sam i pisze ze znajomością rzeczy o jej objawach i przebiegu jakkolwiek ze słów jego trudno osądzić, o jaką ze znanych nam chorób chodziło. Jeden rozdział poświęca opisowi rozprężenia i demoralizacji wywołanej niepewnością życia podczas epidemii. Rozdział ten zdaje się być pierwowzorem wszystkich późniejszych opisów literackich dżumy. Boccacia, Defoe’go i innych do Camusa, który przez rodzaj przekory chciał widzieć w dżumie możliwe źródło cnót. Najpiękniejsze jednak zdają się być u Tukidydesa obrazy szaleństwa ludu, jego zaślepienia i dezorientacji wśród obliczonej na chłodno histerii demagogów, proponujących mu coraz skrajniejsze decyzje. Czytającemu nasuwa się pytanie, czemu obrazy te nie znalazły naśladowców i czemu motyw szaleństwa ludu występuje lak rzadko w literaturze. Trzeba się pogodzić z faktem, że tyran był zawsze bardziej „literacki” i łatwiej znajdował apologetów i piewców. Jakkolwiek wielkie byłyby jego zbrodnie, postać tyrana nie jest pozbawiona pewnego, chociażby posępnego blasku. Jest sam przeciw wszystkim. Musi się strzec najbliższych. Nawet prefekt pretorianów i magister palatii (magister palatii – w Rzymie cesarskim szef służby pałacowej), wchodząc do pałacu cezara, zostawiali broń u wejścia. Przedsięwzięcie tyrana wymaga tego co Machiavelli nazywa virtù (cnota). Samotność jego wreszcie sprawia, że zbrodniami swymi nie obciąża innych, sprzyjając nawet przypuszczeniu, że znoszący jego kaprysy warci byli lepszego losu.

Widok ludów zaślepionych egoizmem i opętanych żądzą wykonywania przemocy nie daje powodu nawet do takich, umiarkowanie pogodnych przypuszczeń; zostaje po nim tylko pogarda i smutek.

za: Jerzy Stempowski (Paweł Hostowiec)
Czytając Tukidydesa
Kultura (paryska) Nr 3 (113) z 1957 roku

 

Appendix

„Zaraza w Atenach”
(za: „Wiadomości” londyńskie Nr 3 (1503) z 19.01.1975 r.)

Kiedy skończył się pierwszy rok wojny, w pierwszych dniach lata Spartanie wraz ze swymi sprzymierzeńcami wtargnęli do Attyki, jak poprzednio z dwiema trzecimi swych sił zbrojnych pod wodzą króla spartańskiego Archidamasa, syna Dzeuksydama. Rozłożywszy się obozem, szerzyli w kraju spustoszenie. W niewiele dni po ich inwazji pojawiła się po raz pierwszy wśród Ateńczyków zaraza, która, jak mówiono, wybuchła już przedtem na wyspie Lemnos i w innych stronach, ale nigdzie nie pozostawiła wspomnienia o takim nasileniu i takiej śmiertelności jak w Atenach. Lekarze bowiem byli z początku bezsilni przy nieznajomości rodzaju choroby, a ponadto przeważnie sami umierali, stykając się ustawicznie z chorymi. Żadna ludzka sztuka nie zdołała tu pomóc. Modły w świątyniach, rady zasięgane u wyroczni i tym podobne akty natury religijnej okazywały się również bezskuteczne, tak że w końcu ich zaniechano, ulegając pladze.

Zaraza ukazała się podobno najpierw w Etiopii, na południe od Egiptu, a potem rozszerzyła się na Egipt, Libię i na rozległe obszary państwa perskiego. Na Ateny spadła nagle i naprzód zaatakowała mieszkańców Pireusu. Zaczęto pomawiać Spartan, że to oni zatruli cysterny, bo źródeł tam jeszcze wtedy nie było, potem epidemia ogarnęła górną część miasta i śmiertelność już silnie wzrosła. Niech o chorobie tej mówi każdy według swego rozumienia, lekarz czy laik, o jej prawdopodobnym źródle i o przyczynach, które potrafiły sprowadzić tak straszny kataklizm: ja opiszę po prostu przebieg jej i objawy, żeby ją można było rozpoznać, gdyby znowu kiedyś wybuchła; sam bowiem ją przeszedłem i widziałem innych, których powaliła.

Rok ów był według powszechnej opinii zupełnie wolny od innych chorób; ale jeżeli ktoś zasłabł na coś, jego dolegliwość przekształcała się w ową zarazę. Na ogół jednak zapadali na nią nagle bez żadnej przyczyny ludzie całkiem zdrowi. Pierwszym symptomem była silnie rozpalona głowa, zaczerwienione oczy piekły, gardło i język nabiegały. krwią, a oddech stawał się chorobliwie cuchnący. Z kolei przychodziły ataki kichania i chrypka, a wkrótce potem pojawiały się bóle w piersiach połączone z silnym kaszlem. Kiedy został zaatakowany żołądek, następował jego rozstrój i wymioty żółcią, mające w terminologii lekarskiej specjalne nazwy, a wszystko to bardzo bolesne. Wielu chwytała czkawka wraz z bezskutecznymi torsjami i silnymi kurczami, która u jednych wkrótce przechodziła, a u innych dopiero po dłuższym czasie. Ciało chorego na zewnątrz nie było przy dotknięciu zbyt rozpalone i nie wydawało się blade, ale czerwonawe, zsiniałe, pokryte pęcherzykami i wrzodami. Ale wewnątrz chory czuł takie gorąco że nie mógł znieść choćby najcieńszego odzienia czy nawet lekkiego lnianego przykrycia, lecz chciał leżeć zupełnie nago, a najchętniej rzuciłby się do zimnej wody. Niejeden z pozostawionych bez opieki, dręczony nie dającym się ugasić pragnieniem, rzucał się rzeczywiście do cystern. Zresztą wychodziło na jedno, czy ktoś pił więcej czy mniej. Ponadto niepokój i bezsenność trapiły ich bez przerwy. Jak długo trwało największe nasilenie choroby, ciało nie niszczało, ale zdumiewająco wytrzymywało bóle, tak że chorzy umierali przeważnie dopiero siódmego albo dziewiątego dnia wskutek trawiącej ich gorączki. chociaż mieli jeszcze trochę sił. Jeżeli zaś nawet wtedy wyżyli, większość ich ginęła później z osłabienia, gdy choroba dosięgła brzucha, powodując silne owrzodzenie jelit i gwałtowną biegunkę. Choroba ta bowiem rozwinąwszy się najpierw w głowie, postępowała potem w dół i ogarniała całe ciało. Choćby ktoś przetrzymał ten najgorszy kryzys, to jednak pozostawały ślady: zostały bowiem zaatakowane genitalia, palce u rąk i nóg, co u wielu powodowało utratę tych części ciała, a u niektórych także i oczu. Inni jeszcze, natychmiast po wyzdrowieniu tracili zupełnie pamięć zapominali kim są i nie poznawali swoich najbliższych. Rodzaj i objawy tej zarazy były ponad wszystko co da się opisać, a wytrzymałość ludzka nie wystarczała na zniesienie jej strasznych ataków. Różnicę między tą i zwyczajnymi chorobami uwidaczniało szczególnie zjawisko następujące: oto ptaki i zwierzęta czworonożne, które pożerają mięso ludzkie, mimo że było wiele ciał nie pochowanych, albo nie chciały ich tknąć albo ginęły przy pierwszych ukąszeniach. Dowodziło tego wyraźne zniknięcie takich ptaków; nie widziano ich ani przy trupach ani w ogóle gdziekolwiek. Najlepiej zaś można to było dostrzec na psach. jako na zwierzętach domowych najbliższych człowiekowi.

Tak więc w ogólnych zarysach przedstawiała się ta zaraza, jeżeli pominiemy szczególne jej odmiany, występujące tu i tam w indywidualnych wypadkach. Żadna zwyczajna choroba nie pojawiała się w tym czasie, a jeżeli się nawet pojawiła, przechodziła w końcu w ową zarazę. Jedni umierali z braku opieki, inni mimo troskliwych zabiegów lekarskich. Nie było też podobno ani jednego środka. którego by należało użyć celem uleczenia chorych. Co bowiem było skuteczne w jednym wypadku, szkodziło w drugim. Niezależnie od tego, czy ktoś miał organizm silny czy słaby, wszyscy ginęli, nawet ci. których leczono wszelkimi środkami. Najgorsza zaś ze wszystkiego była depresja ogarniająca każdego, kto poczuł się chory, ponieważ utrata nadziei natychmiast powodowała brak odporności na chorobę i poddawanie się jej.

Poza tym, pielęgnując jeden drugiego, zarażali się i ginęli jak owce, co sprowadzało największe żniwo śmierci. Jeżeli bowiem obawiano się zbliżyć do chorych, ci konali w osamotnieniu i wiele domów wymarło z braku opieki nad ich mieszkańcami. Kiedy zaś ktoś zbliżył się do zarażonego, ginął i to przede wszystkim ludzie o najwyższym poziomie moralnym, którzy uważaliby sobie za hańbę oszczędzanie samych siebie, więc odwiedzali przyjaciół w ich domach, gdzie nawet ich najbliżsi, zdruzgotani ogromem nieszczęścia, upadali w końcu ze znużenia i obojętnieli na jęki konających. Najwięcej jednak litości okazywali chorym i umierającym ci, którym udało się wyzdrowieć, gdyż znali te męczarnie z własnego doświadczenia i sami byli już poza niebezpieczeństwem, jako że choroba nie atakowała dwa razy nikogo, a przynajmniej nikogo śmiertelnie. Takich uważali inni za szczęśliwców, a oni sami w radosnym uniesieniu mieli bezpodstawną nadzieję, że i w przyszłości nie ulegną nigdy żadnej innej śmiertelnej chorobie. Pogorszył jeszcze katastrofalną sytuację napływ ludzi ze wsi do miasta, a dotknęło to w nie mniejszym stopniu nowo przybyłych Ateńczyków. Zabrakło bowiem mieszkań i w upalnej porze roku gnieżdżono się w dusznych barakach, śmiertelność wzrosła więc wśród niebywałego chaosu. Zwłoki leżały jedne na drugich, półżywe postacie tarzały się po ulicach i wokół wszystkich studzien, dręczone pragnieniem. Świątynie, gdzie koczowali, pełne były trupów ludzi, którzy tam umierali. Kiedy bowiem plaga zarazy szerzyła się z niesłychaną gwałtownością i nikt nie wiedział, co się z nim stanie, zaczęto lekceważyć prawa boskie i ludzkie. Poszły w zapomnienie wszelkie dotychczasowe obrzędy i zwyczaje pogrzebowe, każdy grzebał zwłoki gdzie mógł. Wielu z braku odpowiednich środków do palenia i pochowania ciał swych najbliższych chwytało się haniebnych sposobów. Oto gdy ktoś zbudował stos dla swojego nieboszczyka, ktoś inny uprzedzał tamtego i położywszy na nim ciało swojego zmarłego podpalał stos, a inni dorzucali w płomienie przyniesione przez siebie zwłoki i odchodzili.

Rozpleniły się też w mieście innego rodzaju bezprawia, zrodzone z zarazy. Uciech zmysłowych, którym dawniej oddawano się w ukryciu, teraz zażywano jawnie: ośmielały ludzi szybkie zmiany - nagłe zgony bogaczy i przejmowanie ich majątków z dnia na dzień przez dotychczasowych nędzarzy. Toteż widząc krótkotrwałość zarówno życia jak bogactw, postanowili nie tracić czasu i oddawać się rozkoszom. Nikt nie był skłonny do umartwiania się w imię cnoty, uważając że nie wiadomo czy nie umrze zanim osiągnie jej ideał. Uchodziło więc za piękne i pożyteczne to, co było przyjemne i przyczyniało się ze wszech miar do używania życia. Nie wstrzymywał nikogo lęk przed bogami czy prawo ludzkie. Było im obojętne, czy są pobożni czy nie, skoro widzieli że i tacy i tacy bez różnicy giną. Nikt też nie spodziewał się dożyć dnia wymiaru sprawiedliwości i poniesienia kary za swe przewiny, gdyż każdy czuł że o wiele sroższy wyrok skazujący zapadł już na nich i wisi nad ich głowami, więc zanim mu ulegną, trzeba zakosztować trochę życia.

Taki to dopust spadł na Ateńczyków: w mieście szalała śmierć, za miastem - spustoszenie. W tej niedoli wspominano sobie - rzecz zrozumiała - wróżbę, która, jak starsi ludzie mówili, została ongiś wypowiedziana:

Przyjdzie wojna dorycka, a z nią pojawi się zaraza.

Powstał więc spór między ludźmi, że owi dawni wróżbici mówili nie o zarazie („Ioimos"), ale o głodzie („Iimos"). Oczywiście wobec ówczesnych wypadków wzięło górę przeświadczenie, że przepowiednia mówiła o zarazie; kojarzono bowiem wspomnienie jej słów z własnymi cierpieniami. Wyobrażam sobie jednak że gdyby kiedyś w przyszłości wybuchła jakaś nowa wojna z dorycką Spartą, a z nią przyszedł głód, tłumaczono by ową wyrocznię odpowiednio inaczej. Ci zaś, którzy znali wieszczbę otrzymaną przez Spartan, przypomnieli sobie że na ich pytanie, czy należy wszczynać wojnę, odpowiedział bóg że jeżeli ich uderzenie będzie potężne, odniosą zwycięstwo, a on im sam dopomoże. Wydawało się więc że wypadki zgadzają się z przepowiednią: rychło po inwazji Peloponezyjczyków wybuchła zaraza. Warto przy tym zaznaczyć, że nie dotarła ona na Peloponez. natomiast najgwałtowniej ogarnęła Ateny, a potem i inne bardzo gęsto zaludnione miejscowości.

Taki oto był przebieg zarazy.

 



tagi: stempowski jerzy 

stanislaw-orda
22 maja 2019 18:28
7     985    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
stanislaw-orda @stanislaw-orda
22 maja 2019 19:34

nihil novi sub sole

zaloguj się by móc komentować

Wrotycz1 @stanislaw-orda
23 maja 2019 08:23

Kolejne potwierdzenie, że słuszną linię ma "nasza" władza bardzo pobieżnie nauczając historii starożytnej.

zaloguj się by móc komentować

rownian @stanislaw-orda
23 maja 2019 09:26

Bardzo ciekawy tekst. Czy Wieniewski wydał całość Wojny Peloponeskiej?

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Wrotycz1 23 maja 2019 08:23
23 maja 2019 09:55

żeby nie  okazało się, że demokracja to tylko  jeden z  mitów greckich

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @rownian 23 maja 2019 09:26
23 maja 2019 10:00

Nie, Ignacy Wieniewski to "Iliada" i "Eneida", zaś  "Wojnę peloponeską" przełożył  wybitny  znawca antyku  Kazimierz Kumaniecki

zaloguj się by móc komentować

sannis @stanislaw-orda
24 maja 2019 00:06

Rola słabszego sprzymierzeńca nigdy nie budziła zazdrości. W starych traktatach o sztuce wojennej znajdujemy wskazówkę, że mając przed sobą dwóch sprzymierzonych przeciwników należy naprzód atakować słabszego, bo silniejszy może zawsze znaleźć mnóstwo powodów, aby nie przyjść mu z pomocą. Machiavelli odradza w ogóle sprzymierzanie się z silniejszym partnerem, bo jakikolwiek byłby ogólny wynik wojny – słabszy wyjdzie na niej zawsze źle. W razie przegranej silniejszy będzie się starał zawrzeć pokój kosztem słabszego sprzymierzeńca; w razie przegranej ten ostatni znajdzie się sam na sam ze zwycięzcą, bez możności manewrowania, zdany praktycznie na jego łaskę i niełaskę.

Toż to trzeba sobie wbić w makówkę.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @sannis 24 maja 2019 00:06
24 maja 2019 18:12

U nas  politycy są nieeedukowalni. I nie wykazują żadnych ambicji w tym względzie.

A na nasze nieszczęście w ogóle nie zdają sobie z tego sprawy.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować