-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Spojrzenie na Baranów

Właściciel „SN” zasugerował, że mile widziane byłyby relacje uczestników II konferencji LUL. Sugestię tę odczytałem jako wywoływanie uczestników do tablicy, a zatem spróbuję dorzucić coś od siebie.

Baranów kusił mnie od momentu, gdy tylko poznałem lokalizację kolejnej konferencji. Bo z Otwocka, w którym mieszkam od jesieni 1982 roku, to tylko około 200 km, zaś sam dojazd jest nieprzyzwoicie łatwy. Poza tym byłem w tym obiekcie jakieś 15 lat wcześniej, ale wówczas zamek poddany był dopustowi zwanemu remontem, więc niczego, poza restauracją, nie można było zobaczyć. I wtedy, z powodu wyższej konieczności, zmuszony byłem do odwiedzenia tylko tego pomieszczenia. Ale podówczas serwowane jedzenie było nienadzwyczajne. Czyli jakby ukrytym motywem pozostawała chęć sprawdzenia, czy i o ile zmieniło się w tym miejscu. No i czy na pewno na lepsze. A że razem raźniej, zwłaszcza udając się „w nieznane”, zapytałem kolegę czy by i on się nie wybrał, skoro przecież dosyć regularnie czytuje netową odsłonę „SN”, jak też kupuje sporo tytułów, które oferuje Klinika Języka. Kolega mieszka w sąsiedniej wsi, ściślej, mieszka na tym brzegu Świdra, który jest bliżej Warszawy. W linii prostej dystans dzielący nasze miejsca zamieszkania to jakieś 6 km. I co nie jest bez znaczenia, kolega dysponuje niezłą bryką (jakieś150 KM). Uwzględniając powyższe okoliczności okazało się, że wcale nie musiałem go namawiać. Klamka zatem zapadła, czyli jedziemy. Zarezerwowaliśmy tylko ze stosownym wyprzedzeniem nocleg z 9 na 10 marca w zajeździe „Olszynka”. Z gugla wynikało, że ten zajazd jest oddalony maksimum 2 km od pałacu.

Mnie przede wszystkim motywowała ciekawość, czy wśród uczestników odnajdę jakichś znajomych z tzw. realu, którzy, jak zakładałem, starannie ukrywają się pod rozmaitymi pomysłowymi nickami, ale z tej okazji przyjadą, być może, do zamku w Baranowie.

W sobotę 9 marca, niedługo przed szóstą rano, wyruszyliśmy w drogę. Ruch był o tej porze niewielki, toteż błyskawicznie minęliśmy Karczew, a następnie drogą nr 50 (tzw. tirówką) pojechaliśmy na lewy brzeg Wisły do Góry Kalwarii. Stamtąd trasa wiodła drogą nr 79 już prosto na południe.

Jako pasażer opowiadałem o tych z mijanych miejscowości, w których miałem okazję prowadzić audyty finansowe w ramach swoich obowiązków zawodowo-zarobkowych. A zatem Magnuszew słynący z plantacji truskawek, zaraz potem urocze i zadbane, rozkwitające Kozienice (za kasę od elektrociepłowni w Świerżach Górnych), w których ze wspomnianej przyczyny zmarnowałem kilka razy po kilka tygodni czasu.

Niebawem, gdy minęliśmy Zwoleń, drogowskaz wskazał na oddaloną o 13 km w stronę Wisły miejscowość Chotcza, która położona pośród lasów składa się z trzech części : Górnej, Dolnej i Józefowa. W tej ostatniej Chotczy ma siedzibę urząd gminy, gdzie również miałem okazję przeprowadzać audyt, niebawem po katastrofalnej powodzi w 2010 r., która zalała m.in. Wilków z tamtejszymi plantacjami tytoniu, a który położony jest na przeciwnym, prawym brzegu Wisły, vis a vis Chotczy. Oczywiście Chotcza jest malutką miejscowością bez bazy noclegowej, zatem mieszkając w Puławach dojeżdżałem do niej przez Górę Puławską, Janowiec (z pięknym zamkiem) i Lucimię.

Zbliżając się do Ożarowa już daleka widać kominy cementowni, i pomimo iż to sobota rano, mijamy kilka samochodów-cystern opisanych nazwą tego zakładu. Jadąc w kierunku Sandomierza mija się  miejscowość Tarłów, kilka wieków temu siedzibę dumnego rodu Tarło, a dzisiaj całkowicie odartą z dawnej świetności. Z kolei, gdy mijaliśmy Sandomierz, z pozycji siedzących w aucie osobowym zupełnie nie widać było obiektu koncernu Piklingtona, który na przeciwnym brzegu Wisły wybudował obszerne i nowoczesne, acz niewysokie hale z elektrycznymi piecami oraz wannami do wytopu szkła. W 2010 r. trwała tu walka o podwyższenie wałów i uratowanie huty i zakładu przed zaleniem przez  falę powodziową. Prawdopodobnie  konieczność obniżenia poziomu tej fali stanowiła przyczynę „przerwania” wałów w okolicach Wilkowa. Po minięciu miejscowości Koprzywnica, na krzyżówce w Łoniowie zjechaliśmy z drogi 79 i odbijając w lewo na most, skręciliśmy tuż za Wisłą wprost do Baranowa. Przy opłotkach tej miejscowości minęliśmy zajazd „Olszynka”. Dochodziła godzina 9:15, gdy wjechaliśmy w cień rzucany przez obiekt naszego celu podróży. Ja zakładałem, że dojedziemy szybciej, ale trochę dodatkowych minut zmitrężyliśmy, gdyż jadąc przez Kozienice opowiadałem koledze o zakładzie mięsnym znajdującym się tuż obok za granicą Kozienic, tj. w Janikowie, a to z powodu że znałem tę firmę i jej właściciela (M. Pierzchała) w okresie gdy rozbudowywał ten zakład, czyli w latach 2001-2002. Kolega polegał na mojej znajomości Kozienic, bo skoro przebywałem w nich tyle tygodni, to powinienem bez pudła wskazywać właściwą drogę. Ale gdy tak zagalopowałem się w opowiadaniu, to zamiast pokazać odbicie na Radom i tam na drugim rondzie skręt na Tarnobrzeg, pojechaliśmy w kierunku na Dęblin i dopiero tabliczka z nazwą Janików przywróciła mi świadomość niewłaściwości miejsca. W okolicę zakładu nie dotarliśmy, bo musieliśmy czym prędzej zawrócić.

Na podjeździe przed pałacem w Baranowie parkowało już sporo samochodów, co oznaczało, że frekwencja dopisała. Ale jeszcze pozostawało sporo miejsca, więc zajęliśmy „pierwsze wolne”.Tabliczki informacyjne doprowadziły nas jak po sznurku do pomieszczeń na pierwszym piętrze, które wynajęte zostały na potrzeby konferencji. W głównej sali konferencyjnej część miejsc była zajęta, może nawet większa ich część. My zajęliśmy miejsca w ostatnim rzędzie prawej części sali.

Wykładowców i treści ich wykładów opisywał nie będę, gdyż szczegółowo i kompetentnie już uczynili to inni uczestnicy, a zatem niczego istotnego nie mógłbym dodać. Kilka słów napiszę natomiast o swoich wrażeniach.

Nigdy nie spotkałem się z podobnym ujęciem tematu z dziedziny psychiatrii, który byłby przedstawiany z podobną lekkością i polotem, zatem słuchałem zafascynowany stylem prezentacji w wykonaniu prof. Święcickiego. Powiadają, że styl to człowiek. A zatem było to wystąpienie człowieka o najlepszym z możliwych stylu. Nawiasem mówiąc w ogóle wówczas nie skojarzyłem, że publikacja „Buka u psychiatry” jest do kupienia na miejscu i dopiero w kilka dni później nabyłem ją w „Fotomagu” na Stokłosach u p. Michała. No i w taki sposób przepadła okazja do otrzymania odautorskiej dedykacji.

Wspomnę jeszcze tylko o jednym wykładzie, a mianowicie dotyczącym służby Polaków w armii carskiej, wygłoszonym przez dr Legiecia. Bardzo byłem ciekaw tych informacji, gdyż publikacje na ten temat w języku polskim, w odróżnieniu od publikacji po rosyjsku, są rzadko spotykane. A jako że z językiem rosyjskim nie jestem na bakier, zdarza mi się korzystać z tekstów dostępnych w tym języku. I tak się złożyło, iż mam aktualnie w tzw. domowej obróbce obszerne, bo prawie 300-stronicowe opracowanie (w wersji elektronicznej), sporządzone przez naukowców z Uniwersytetu Kubańskiego w Krasnodarze (Rosja), z datą publikacji: 2007 rok. Napisane ono zostało przy współudziale Instytutu Polskiego w Moskwie oraz Polskiego Centrum Narodowo-Kulturalnego „Jedność” - Krasnodarska Organizacja Regionalna, i nosi tytuł „Polacy w Rosji. Historia i współczesność”. Uniwersytet ma w nazwie „Kubański”, gdyż Krasnodar leży nad rzeką Kubań, a cały region w dorzeczu tej rzeki nazywany jest Kubaniem. W wymienionej publikacji znajdują się 32 opracowania, w tym kilka z nich dotyczy Polaków - wojskowych w carskiej armii.

Konfrontując treść wykładu z ww. opracowaniem chciałbym odnieść się do dwóch kwestii.

Pierwsza jest błaha, a dotyczy zjawiska wspomnianego przez dr Legiecia jako tzw. diedowszczina, czyli tzw. fala w wojsku, nieformalny ale tolerowany przez kadrę system znęcania się żołnierzy starszego rocznika nad żołnierzami młodszych roczników (chodzi o rok poboru). Jeśli ktoś oglądał film „Samowolka”, ten wie o co chodzi. Otóż określenie „died” w języku rosyjskim, nawet jeśli jest literalnie przetłumaczone jako „dziad”, ma w tamtym kontekście inne znaczenie. W Polsce, zwłaszcza współczesnej, określenie dziad związane jest ze stygmatyzacją deprecjonującą, interpretowane i rozumiane jest jako coś w rodzaju „dziadyga”, czyli ktoś kto jest  zepchnięty na margines społeczny i na kogo nie warto zwracać uwagi. Natomiast w konteście rosyjskim dużo trafniej byłoby tłumaczyć określenie „died” jako „dziadek”. A na Kubaniu i zwłaszcza Kaukazie „died” to „starik” (starzec) , czyli ktoś w rodzaju patriarchy, któremu należny jest szacunek i który posiada autorytet stosowny do wieku oraz doświadczenia. Czyli w tamtych realiach określenie to nie ma w żadnym razie charakteru negatywnego i deprecjonującego.

Oczywiście, spatologizowane obyczaje w armii, najpierw carskiej, potem w sowieckiej, jak również współcześnie w rosyjskiej, spowodowały, że died i diedowszczina kojarzą się ludziom spoza koszar jednoznacznie negatywnie. Natomiast wśród żołnierzy raczej na odwrót.

Druga zaś to wątek, którego nie dostrzegłem w treści wykładu, a który związany jest z przypadkami, gdy niektórzy z Polaków zgłaszali się do rozmaitych plemion kaukaskich, które akurat podnosiły antyrosyjską rebelię, aby wspomóc tych górali i w ich szeregach walczyć z „zaborcą i gnębicielem ziem polskich”. Naiwność i nieznajomość przez nich realiów życia tych ludów górskich powodowała, że stawali się pariasami, a de facto niewolnikami, elementem całkowicie obcym ze względu na inną religię, na kultywowanie odmiennych norm obyczajowych i cywilizacyjnych. Najbardziej dramatycznie wyglądał los wojskowych, zwłaszcza oficerów, którzy zdezerterowali na stronę „wroga”. Utraciwszy swój status w carskiej armii, nie uzyskiwali właściwego statusu pośród rebeliantów i stawali się zawsze pierwszymi ofiarami w przypadku zawarcia rozejmu czy podpisania przez nich kapitulacji.

O innych wykładach wspomnę, że były na bardzo wysokim poziomie i na pewno trafiały w zainteresowania wielu słuchaczy.

Mnie jednak bardziej zainteresowałaby tematyka związana np. ze współczesnymi odmianami herezji, a najbardziej zaś prelekcja wygłoszona przez księdza, który praktykuje egzorcyzmowanie.

Może kiedyś się doczekam.

Wśród uczestników nie dostrzegłem osoby, którą wcześniej znałbym z tzw. realu, oczywiście poza Coryllusem i Michałem z „Fotomagu”. Rozpoznałem również pojedyncze osoby znane z wykładów prezentowanych na "SN” w wersji wideo (np. Stalagmit).

Nie uczestniczyłem w późniejszych pałacowych zajęciach pozalekcyjnych z powodu wcześniej podjętych uzgodnień i zobowiązań.

W niedzielę ok. godziny 10-tej udaliśmy się w drogę powrotną. Do domu dotarłem przed godz. 13-tą.

Reasumując, pojechałem obawiając się trochę rozczarowania, zaś wróciłem będąc mile zaskoczony skalą niezasadności własnych obaw.

 

 



tagi:

stanislaw-orda
15 marca 2019 07:39
5     833    13 zaloguj sie by polubić
komentarze:
ainolatak @stanislaw-orda
15 marca 2019 07:51

Wielki plus za ciekawe uzupełnienie wykładu dr Legiecia i kolejne subiektywne wrażenia z konferencji :) Szkoda, że nie udało się rozpoznać/porozmawiać osobiście z Panem. Pozdrawiam

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @ainolatak 15 marca 2019 07:51
15 marca 2019 09:06

W Kliczkowie mnie nie będzie. W moim przypadku  musiałaby by to być trzydniowa wyprawa.

 

zaloguj się by móc komentować

marianna @stanislaw-orda 15 marca 2019 09:06
15 marca 2019 09:34

Obyczaj tzw. fali przetrwał zarówno w okresie dwudziestolecia  jak i w PRL. Żołnierz w drugim roku służby nazywany był "dziadem", "dziadkiem". Dopiero w Baranowie dowiedziałam się skąd to określenie się wywodzi. Kiedyś pytałam żołnierzy w stopniach oficerskich dlaczego tolerują ten często upokarzający młodych /oni też mieliswoje przezwiska - koty/  obyczaj. Odpowiadali, że to im ułatwia życie. W wojsku rządzi fala czyli "dziady". Byle nie przekroczyli pewnych granic.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @marianna 15 marca 2019 09:34
15 marca 2019 10:29

Dziadki rządzą, czyli daja wojsku młodemu zajecie, na ogól bezsensowne, raz z nudów, dwa, aby młodemu, który trafił w rodzaj socjologicznego bagna behawioralnego nie miało czasu :odbić", tzn. aby nie  iał czasu rozmyslać nad swoim losem.

Kadra miała wówczas spokój i wolne popołudnia i noce , bo na komanii, pod jej nieobecność,   rządziła rezerwa, czyli "dziadki".Znam to z autopsji.

 

PS
Mam w nieodległym planie popełnić w oparciu o źródła rosyjskie  notkę o zjawisku diedowszcziny we współczesnej armii rosyjskiej.  Zauważalny staje się tam  trend, że raz ze wzrostem udziału żołnierzy kontraktowych, a co za tym idzie coraz ostrzejszymi kryteriami selekcji do  służby w wojsku, zjawisko diedowszcziny wyraźnie słabnie, ale rzecz jasna nie zniknie z piątku na poniedziałek.

zaloguj się by móc komentować

Paris @stanislaw-orda
15 marca 2019 19:38

Ciekawa relacja...

... troche inna od pozostalych relacji, ale warta przeczytania... plus i dziekuje,

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować