-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Tatarski lajkonik

Fragment wspomnień Ksawerego Pruszyńskiego (styczeń 1943 r.).

Uwspółcześniłem pisownię, jak np.: „w tem”- w tym; „Hiszpanję” - Hiszpanię; „pozatem” – poza tym (wszak minęło 75 lat) oraz dodałem jeden przypis.

„(…)

Zaczął jednak opowiadać o Samarkandzie.

- Wiesz, - mówił, - muszę się przyznać, że gdy nas skierowano znad Wołgi do tamtych okolic, odetchnąłem od razu. Krajobraz takiego Jungi Julu na przykład, to czasem krajobraz podkarpacki. Czy pamiętasz może Biecz, przycupnięty w górach, omszały. Nie znaliśmy naszych miast! Poza tym byli tam ludzie. Być może, że w innych okolicach byli inni, być może, że gdyśmy byli więźniami, zachowali się inaczej, ale teraz, ja przynajmniej, mogę powiedzieć, że odetchnąłem. Jest to stara rasa, na swój sposób kulturalna i cywilizowana. Ma ową godność, jaką mają mieszkańcy Maroka i Arabowie Palestyny. Myśmy dla nich, prócz tego, byli synami Lechistanu. Nie ma dla tych ludzi żadnej Łotwy, żadnej Czechosłowacji. Nie słyszeli o Holandii, Szwajcarii czy Hiszpanii. Ale o Lechistanie słyszeli. Tak jak my ongi o Turcji. Po tylu wiekach zostały tylko dobre wspomnienia. Może tak będzie kiedyś i po obecnych wojnach.

Co krok, co jakieś miasto, meczet jakiś, mogiła, natrafiało się na wspomnienia historii. Nie ma śladów historii w zielonych ostępach Komi, niema jej za Uralem, skąpa i młoda jest nad Wołgą.
Ale tam, za morzem Kaspijskim a ku granicy Persji, historia ułożyła się fałdami tysiącleci. Kraj cały jest jak wygasły wulkan, który przed wiekami lal lawę na świat. Ludy tamtejsze, to taka właśnie lawa. Wylewała się ona szeroko i daleko, niosąc wojnę, ogień i mór. Aż zgubiła się w sobie i ostygła. Siedzi to nieruchomo teraz w progu nędznych domostw i czeka na nie wiedzieć co. Nawet rewolucja nie przeorała jeszcze tego marazmu do dna. Wschód.

Otóż nas, Polaków, wojsko, witano, powiedziałem ci, niezmiernie serdecznie: Uzbekowie, Tadżykowie, Kirgizi, wszyscy. Ale dopiero w Samarkandzie rozpływano się w gościnności typowo wschodniej, orientalnej, nasiąkniętej jakimś tajonym interesem.

Interes był rzeczywiście bardzo dobrze utajony. Nie wyszedł nawet wtedy gdy zapytano nas, ni to z głupia frant, ni to nie wiedzieć co:

- Jesteście synami Lechistanu, prawda?
- Jesteśmy.
- I jesteście żołnierzami, prawda?
- Jesteśmy.

Kilku starszych, o pomarszczonych, pożółkłych na brąz twarzach, zadumało się, raz jeszcze stwierdziwszy to, co wiedzieli przecież od dawna. Po czym pytali dalej jakby od niechcenia:

- I wierzycie w Boga, w swego dawnego Boga, tak?
- Wierzymy, księży mamy, o patrz, krzyże nosimy - odpowiedzieliśmy.

Starzy ludzie popatrzyli na wyjęte z zanadrza krzyżyki. Takie z puszek po konserwach wycięte. Zdawało się że ich to dziwnie raduje.

Tu przyszło nowe dość niespodziane pytanie, już jakby śmielsze, już idące wprost. :

- A trębaczy macie?
-Mamy !

Jak wiesz, instrumenty muzyczne mieliśmy bardzo prędko: rozumiesz przecie, jakby wyglądało święto pułkowe, czy defilada, bez orkiestry. Nie wiem jak tam u was w Szkocji, ale u nas to tego nie brakło.
Po przerwie Uzbekowie rzekli:

- Bo my mamy tu do was jedną wielką prośbę... Jeśli jesteście z Lechistanu i jesteście żołnierzami... i wierzycie w swego Boga... i macie trębaczy... czy nie moglibyście jutro wieczór kazać waszym trębaczom by zatrąbili na naszym starym rynku? Na wprost meczetu, w którym leżą prochy Wielkiego Timura?

- Zgoda.

Starzy ludzie podziękowali, dziwnie, jak na Wschód, krótko, i odeszli. Jeszcze odprowadzeni spytali w progu :
- Czy na pewno zagracie
- Zagramy.

Nazajutrz uświadomiliśmy sobie że jest to czwartek, przeddzień mahometańskiego świętego dnia, i pamiętam, że ktoś w oficerskiej stołówce zwrócił nawet na to uwagę. Że może ma to jakiś związek. Ale naprawdę poczuliśmy to dopiero wieczorem. Pułkownik, który lubi takie rzeczy, postanowił godnie wystąpić. Trębaczy wypucowano jak się należy, trąby, wszystko, a jakże.

Wieczorem, przed meczetem w Samarkandzie, słynnym meczetem, gdzie spoczywają prochy Tamerlana, czerniał tłum tak zbity, tak gęsty i tak nieruchomo czekający, jak tylko na Wschodzie azjatyckim tłum czekać może. Zupełnie zastygł. Falował tylko pomrukiem. Nawet przyległe ulice i bazary, wszystko to było zapełnione. Jedynie przed meczetem widniała niewielka, otoczona mrowiem, łysina pustego bruku.

Ku niej podeszli trębacze. To było miejsce dla nich. Zagrali raz, drugi i trzeci. Zagrali pobudkę wojskową, zagrali jakiś apel, zagrali, wreszcie, hejnał. Nasz, mariacki. Pamiętasz, jak grano go w Tatiszczewie, w grudniu? (Tatiszczewo k/Saratowa – 1941 r. - miejsce formowania Armii Polskiej w ZSRR - przypis mój).

Wiesz dobrze, jaka jest ulica, w takiej Samarkandzie czy innej Bucharze. Otóż wtedy nie było nic z tego wrzasku, rejwachu, wobec którego nasze Nalewki czy Kazimierz są oazą cichości. Oni naprawdę zmartwieli. Muzyka na nich tak działa, czy co?

W milczeniu słuchali, w milczeniu się rozeszli. Aleśmy wtedy już zrozumieli, że coś w tym jest.

No i zaczęliśmy tropić, wietrzyć, węszyć. Żaden z naszych domorosłych szpicli - a przyznasz, że u nas w ostatnich czasach ta branża, dziwnie się rozmnożyła - tak nie wietrzy, tak za słowa nie łapie, tak w cudze życie nie wścibia się co my wtedy. Ale ludzie Wschodu byli nieprzeniknieni. Nie chcieli nic powiedzieć.

Przyjaciel uśmiechnął się:

- Pierwsze wygadały się kobiety...

Uśmiechał się pięknymi, młodymi zębami, których nie zgryzł szkorbut, których mu szczęśliwie nikt nie wybił w tej poniewierce. Ale o tych rzeczach nigdy nie mówił, więc wrócił do tematu:

- Z relacjami świadków jest jak z relacjami w archiwach. Znajdziesz coś w Jagiellonce, porównasz z czymś w Rapperswilskiej; znajdziesz coś w Rapperswilskiej, porównasz z czymś w Kurniku. Byle było zahaczenie. Zahaczeniem było to, co mi powiedziała owa dziewczyna. Potem wygadali się starzy ludzie, ci, co to znali lepiej. Pamiętam, już się ściemniło zupełnie i na ścianie ormiańskiego domu były cienie od księżyca błękitne, kiedy mówił dalej :

- Jest, okazuje się, w Samarkandzie, pewna legenda. A raczej proroctwo. Otóż oni kiedyś, brali udział wespół z Tatarami w najazdach na Polskę. Rzecz zrozumiała że brali, bo skąd niby takie masy parły na nasze kraje w czas najazdów? I oto raz, dopadli do miasta, które u was - tak mi powiadał Uzbek - jest tym samym czym u nas (tu jest tamtejszych Tatarów) Samarkanda"...

- Kraków - zapytałem nagle.

- Nie wiem, tego mi nie powiedział i nazwy legenda nie podaje, mówi tylko że bardzo stare i bardzo bogate miasto...

- Jeśli bogate, to nie Kraków.
- Przepraszam: w ich pojęciu także Samarkanda jest bogatym miastem.

- No, jeżeli Samarkanda... - przyznałem.

- ...bardzo stare i bardzo bogate miasto, stolica kraju. I miasto święte. Właśnie z jednego z minaretów - jak oni mówią - tego miasta trąbiono modlitwę. Tatarzy podkradli się pod same mury. Chcieli miasto wziąć przez zaskoczenie. I wtedy...

- Toż to lajkonik!

- Uważaj! I wtedy gdy trębacz mógł zaalarmować miasto, strzałą z tatarskiego łuku przeszyli mu gardło. Zginął. ale zaalarmowane miasto obroniło się. Tatarzy ponieśli klęskę.

(Dziś, kiedy sobie spisuję tamto teherańskie opowiadanie, przychodzi mi na myśl, że przynajmniej raz źródła dziejowe dwóch narodów opisują to samo wydarzenie w identyczny sposób. Wtedy, w Teheranie, mogłem myśleć tylko o legendzie).

- Więc to naprawdę nasza legenda !

- Poczekaj. Ale czy wiesz dlaczego chcieli, żeby nasi trębacze zagrali w ich mieście, na wielkim placu, u progu meczetu?

- Dlaczego?

- Ano, to może jeszcze ciekawsze. Nawet znacznie ciekawsze. Otóż wyobraź sobie, że owi Tatarzy mieli ongiś szlachetny zwyczaj spisywania dokładnych raportów po każdej wyprawie. Jaki miała przebieg, jak długo trwała, jak wojowali przeciwnicy, gdzie łup był bogatszy w bydło, a gdzie w kobiety. Raporty takie były po powrocie do ojczystych stepów poddawane badaniom jakby komisji, gdzie zasiadała starszyzna, a więc i kapłani. Szczególnie pilnie badano raporty, jeśli wyprawa poniosła klęskę.

Pomyślałem, że nie był to wcale taki zły wynalazek, i że cywilizacja polityczna Tatarów w XIII wieku stała wyżej od krajów lepiej mi znanych. Ale słuchałem dalej.

- Przyczyny klęski zbadano tym dokładniej, że zginął w niej jakiś królewicz tatarski, syn wodza czy coś takiego. Zupełnie więc jak w naszej legendzie krakowskiej. Jak widzisz, czasem legendy mają rację. Kapłani nie biedzili się długo nad swą wyrocznią. Orzekli oni niebawem, że klęska była spowodowana karą nieba za to, że w czasie gdy miasto zabierało się do modlitwy, przerwano znienacka jego pacierze... Nie wiem dlaczego tak właśnie orzekli. Może dlatego, że wszyscy kapłani mają poczucie solidarności, może dlatego, że nie znalazłszy innych przyczyn chcieli w ten sposób wyrazić to co my nazywamy „vis maior". Dość, że tak orzekli. I dodali jeszcze przepowiednię, nader ponurą dla tych wszystkich ludów.

„Czyn wasz - mówili - ześle na was karę nieba. Jak wyście innych brali w niewolę, tak sami w obcy jasyr pójdziecie. Nie będziecie tratowali cudzych ziem co wiosnę, ale inni wasze ziemie stratują. Jednak i dla, was zabłyśnie jeszcze nad stepem słońce pomyślności. Ale nie nastąpi to zanim trębacz z Lechistanu nie zatrąbi na rynku w Samarkandzie pieśni której wtedy nie skończył".

Tak powiada legenda samarkandzka.

I tak wierzą wszystkie plemiona mongolskie od Tień Szaniu po brzegi Morza Kaspijskiego.

To nawet, że tak właśnie wierzą, jest może najważniejsze.

(…)”



tagi: fakty i mity 

stanislaw-orda
16 marca 2018 21:22
2     619    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
emi @stanislaw-orda
16 marca 2018 23:37

nie nastąpi to zanim trębacz z Lechistanu nie zatrąbi na rynku w Samarkandzie pieśni której wtedy nie skończył 

I nadal żaden hejnalita nie kończy,

wtedy, na rynku w Samarkandzie pewnie też nie dokończył. Czy to wystarczyło?

 

Dwa narody pamiętają tak samo- to już nie legenda, to historia.

 

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @emi 16 marca 2018 23:37
17 marca 2018 10:47

tak czy siak,  ładna jest ta opowieść.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować