-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com). Bawię się z losem w chowanego

O Narutowiczu

Czyli trochę a propos ostatniej pogadanki Coryllusa.

(tekst niniejszej notki zamieściłem w dacie 17 grudnia 2012 r. na s24). W obecnej edycji wprowadziłem nieznaczne tylko zmiany redakcyjne)

Poraża bezczelność chucpiarstwa komunistów, ich ideowych bękartów oraz ich jawnych i tajnych współpracow-ników, którzy grasują w najlepsze na scenie politycznej III RP, i którzy tym razem udają ideowych spadkobierców Gabriela Narutowicza, podczas gdy są przecież bez żadnej wątpliwości kontynuatorami tradycji wywodzącej się od indywiduów, których pomniki, popiersia i innego rodzaju artefakty zostały zdeponowane w Galerii Sztuki Socrealizmu znajdującej się w jednym z budynków gospodarczych (dawna powozownia) Pałacu Zamoyskich w Kozłówce k. Lubartowa. A mówiąc bez ogródek, są spadkobiercami ideologii, w imię której, podobnych do Gabriela Narutowicza, polskich polityków, ale także wojskowych, policjantów, urzędników państwowych, nauczycieli i naukowców z II RP potraktowano kulką w tył głowy, albo zakatowano podczas tortur w kazamatach NKWD. Czyli gdyby hipotetycznie Gabriel Narutowicz dożył do wybuchu II wojny światowej, zostałby zamordowany, jeśli nie w akcji AB, to w Katyniu.

Zatem wobec dzisiejszych prób politycznego wygrywania zdarzeń oraz postaci historycznych, które zostają wyjęte z kontekstu, z odmiennych realiów jak i hierarchii wartości oraz wyborów ideowych, zamieszczam tekst na temat postaci Gabriela Narutowicza, który znajduje się w zbiorze gawęd napisanych przez Wacława Alfreda Zbyszewskiego („Gawędy o ludziach i czasach przedwojennych”). Gawędę o Narutowiczu W. A. Zbyszewski napisał w początku lat osiemdziesiątych XX wieku, czyli 60 lat po śmierci pierwszego prezydenta II RP.

Poza kwerendą po necie wykorzystałem w konstrukcji notki (jej części nazwanej appendix), także dane zawarte w nw. publikacjach:

1/„Gabinety Drugiej Rzeczypospolitej”. Praca zbiorowa pod red. Janusza Farysia i Janusza Pajewskiego - Wydawnictwo LIKON , Szczecin – Poznań 1991;

2/„Historja Polski od 11 listopada 1918 r. do 17 września 1939 r.” Stanisław Mackiewicz (Cat). Wydanie ósme, GŁOS, sp.z o.o., Warszawa 1990;

3/„Historia polityczna Polski 1914-1939”. Władysław Konopczyński.
Wydanie pierwsze. Inicjatywa Wydawnicza „ad astra” przy współudziale Instytutu Historycznego im. Romana Dmowskiego. Warszawa 1995.

Pod oryginalnym tekstem W.A .Zbyszewskiego dopisałem własny appendix, w którym naszkicowałem tło polityczne, którego skutkiem były wydarzenia z 16 grudnia 1922 r. Ograniczyłem przypisy do niezbędnego minimum, gdyż do większości pojawiających się w tekście postaci odniosłem się w przypisach do notek z cyklu piłsudczykowskiego.

http://dawidowicz.salon24.pl/416082,co-nieco-o-znanych-postaciach-ii-rp

http://dawidowicz.salon24.pl/472842,jeszcze-troche-o-narutowiczu

http://dawidowicz.salon24.pl/426701,pilsudski-ogladany-z-boku

http://dawidowicz.salon24.pl/435906,pilsudski-ogladany-z-boku-dokonczenie

http://dawidowicz.salon24.pl/420024,pilsudczykowie

Tekst gawędy Wacława A. Zbyszewskiego o Narutowiczu

Marszałek Piłsudski nigdy nie sprawował urzędu prezydenta Rzeczypospolitej. Gdy powrócił z Magdeburga 10 listopada 1918 roku, Rada Regencyjna, złożona z arcybiskupa Kakowskiego, późniejszego kardynała, Zdzisława Lubomirskiego i Józefa Ostrowskiego zainstalowana przez okupantów austriackiego i niemieckiego w Królestwie, od razu przekazała Piłsudskiemu władzę. Piłsudski wybrał dla siebie nazwę Naczelnika Państwa, częściowo zapewne nawiązując do tradycji Naczelnika Kościuszki, częściowo, bo chciał w ten sposób proklamować, że w niczym nie przesądza przyszłego ustroju Polski.

Gdy uchwalono Konstytucję Marcową trzeba było naprzód wybrać Sejm i Senat już na podstawie nowej Konstytucji i nowej ordynacji wyborczej w granicach całego państwa, które zostały dopiero ustalone po plebiscycie na Śląsku i po włączeniu do Polski tak zwanej Litwy Środkowej, czyli Wilna i jego okolic. Wszystko to zajęło około półtora roku. Nowe wybory się odbyły w jesieni 1922 roku, nowe Izby się zebrały, ukonstytuowały i dopiero wtedy, w początku grudnia 1922 roku odbył się wybór nowego Prezydenta Rzeczypospolitej [zob. appendix].

Piłsudski nie kandydował. Endecja wystawiła kandydaturę ordynata Maurycego Zamoyskiego, naszego pierw-szego posła we Francji, która była naszą aliantką i uważano ją za gwarantkę naszej niepodległości. Ludowcy Witosa wysunęli kandydaturę Stanisława Wojciechowskiego, wówczas ministra spraw wewnętrznych. Inna grupa ludowców, Wyzwolenie, uważana za instrument piłsudczyków, wysunęła kandydaturę Gabriela Narutowicza, ówczesnego ministra spraw zagranicznych. Wreszcie blok mniejszości narodowych wysunął kandydaturę profesora Baudouin de Courtenay, profesora Uniwersytetu Warszawskiego.
[
Jan Niecisław Ignacy Baudouin de Courtenay (1845-1929), filolog i polityk, językoznawca ogólny, prekursor socjolingwistyki i psycholingwistyki. Założyciel kazańskiej, krakowskiej i petersburskiej szkoły filologicznej, wywarł decydujący wpływ na genewską szkołę strukturalną Ferdynanda de Saussure. Uzyskał doktorat w Lipsku z językoznawstwa porównawczego. Aktywny publicysta, walczący o prawa mniejszości narodowych i religijnych. Autor pierwszej naukowej rozprawy o historii języka polskiego]
www.kjo.filg.uj.edu/jednostka/historia/jan-baudouin-de-courtenay
www.forumakad.pl/archiwum/2000/12/20.html

W wyniku tych wyborów przeszedł po kilku głosowaniach zupełnie niespodziewanie Narutowicz, za którym głosowała cala lewica i cały blok mniejszości narodowych. Jego jedynym kontrkandydatem w ostatnim głosowaniu okazał się Maurycy Zamoyski.

Ani jednego, ani drugiego nigdy osobiście nie tylko nie znałem, żadnego z nich też nigdy nie widziałem. Z tego, co o nich słyszałem, wydawali mi się liberalnymi konserwatystami, dążącymi do świętej zgody i gotowymi się pogodzić z rolą prezydentów malowanych. Obaj byli bardzo zachodni, mało ambitni i niezbyt wybitni. W gruncie rzeczy myślę, że obaj rządziliby bardzo podobnie. Gabriel Narutowicz pochodził ze starej, zamożnej ziemiańskiej rodziny litewskiej.
[
Gabriel Narutowicz, herbu własnego (1865-1922), naukowiec, konstruktor i polityk. Wybrany na prezydenta 9.12.1922 r. Przekazanie władzy G. Narutowiczowi przez J. Piłsudskiego nastąpiło 14.12.1922 r. Zastrzelony 16.12.1922 r.]

Był od lat profesorem hydrauliki na politechnice w Zurychu, która od dawna ma ustaloną renomę jako najlepsza politechnika w całej Szwajcarii. I po dziś dzień trwa ta renoma, może jest jeszcze większa niż sześćdziesiąt lat temu. W czasie pierwszej wojny Szwajcaria, która nigdy nie miała węgla, a z krajów wojujących węgla wydostać nie było sposobu, wpadła na pomysł wyzyskania siły wodnej: wodospadów i sztucznych tam dla produkcji elektryczności. Wówczas też zelektryfikowała całość swojej sieci kolejowej. W budowie tam wodnych i elektrowni wodnych Narutowicz odegrał dużą rolę jako specjalista od hydrauliki. Był wysoko ceniony w Szwajcarii i na świecie jako specjalista od energii wodnej. Ale w polityce nie odgrywał żadnej roli. Należy przypuszczać, że w związku ze swoim wieloletnim pobytem w Szwajcarii stał się - jak wszyscy Szwajcarzy - zwolennikiem rządów parlamentarnych, które często określa się mianem centro-prawu. Znal Piłsudskiego od dawna i, jak się zdaje, był z nim w przyjaźni, ale była to raczej przyjaźń dla krajana niż sympatia polityczna. Nic nie wskazywało, by był on wyraźnie i namiętnie politycznie zaangażowany.

Jednym z moich przyjaciół był świętej pamięci Zdzisław Szczerbiński, który już w roku 1918 wstąpił jako bardzo młody człowiek do MSZ-etu i w nim sprawował przez szereg lat funkcję osobistego sekretarza kolejnych ministrów spraw zagranicznych, poczynając od Paderewskiego. Otóż Szczerbiński. który był również sekretarzem osobistym Narutowicza, tak opowiadał o przebiegu elekcji widzianej z Pałacu Brühlowskiego, gdzie znajdował się MSZ.
[Pałac Brühla - zbudowany w Warszawie w latach 1639-42 dla Jerzego Ossolińskiego (1595-1650), kanclerza wielkiego koronnego (od 1643 roku) przy Drodze ku kościołowi Św. Trójcy (późniejsza ulica Wierzbowa 1). Po zakupie w 1750 r. przez Henryka Brühla, wszechmocnego ministra i faworyta króla Augusta III Sasa został przebudowany (w latach 1754-59). W czasach II RP pałac był siedzibą MSZ. Pałac przetrwał Powstanie Warszawskie, ale został wysadzony przez Niemców w grudniu 1944 roku]
https://whu.org.pl/2016/01/02/ogrod-saski-co-zostalo-z-palacu-bruhla/

„Narutowicz siedział owego wieczoru w swoim gabinecie i czytał bieżące raporty z placówek. W MSZ-ecie nie było gazet ani radia, ani w ogóle nikogo, więc nic nie wiedzieliśmy o przebiegu głosowań Narutowicz wiedział, że jego kandydatura będzie wysunięta, ale był przekonany, że żadnych szans na wybór nie ma, więc się w ogóle tą sprawą nie przejmował. Nagle zadzwonił do mnie telefon. Podniosłem słuchawkę i proszono mnie, by zawiadomić ministra, że został wybrany na prezydenta i że marszałek Senatu Trąmpczyński i marszałek Sejmu Rataj są już w drodze z Sejmu do Pałacu Brühlowskiego. Wleciałem do gabinetu ministra bez pukania i zawołałem: Panie minis-trze, właśnie odebrałem telefon oficjalny z Sejmu, że został pan wybrany na prezydenta Rzeczypospolitej. Na to Narutowicz rzucił się w głąb swojego fotelu i zawołał: Co pan mówi! To niesłychane! A po chwili dodał; Panie Zdzisiu, co Pan o tym sądzi? Czy Zamoyski będzie miał do mnie o to pretensje?"

Tak wyglądał ten rzekomy groźny lewicowiec.

Po paru dniach urzędowania Narutowicz został zastrzelony przez malarza Niewiadomskiego, który uważał go za wybrańca żydokomuny. Trudno było o większy błąd i większy nonsens. Niewiadomskiego skazano na śmierć i rozstrzelano, Sejm i Senat zostały ponownie zwołane na wspólne posiedzenie dla wyboru następcy Narutowicza.

[Eligiusz Niewiadomski, herbu Prus (1869-1923), działacz polityczny i kulturalny II RP, znawca i krytyk sztuki, znany malarz. Po oddaniu trzech strzałów z rewolweru do prezydenta G. Narutowicza na wernisażu w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie (E. Niewiadomski był członkiem pięcioosobowego komitetu organiza-cyjnego tego wernisażu) oddał się w ręce oficerów ochrony. Przed sądem zażądał dla siebie kary śmierci. Został rozstrzelany 31.01.1923 na stokach Cytadeli Warszawskiej]
https://marucha.wordpress.com/2012/12/16/umieram-za-polske-ktora-gubi-pilsudski/

Tym razem w szrankach stali w ostatecznym głosowaniu prezes Akademii Umiejętności w Krakowie, Kazimierz Morawski, i minister spraw wewnętrznych, Wojciechowski, który przeszedł. Morawski był wybitnym uczonym i profesorem filologii klasycznej i myślę, że byłby lepszy od Wojciechowskiego, ale w gruncie rzeczy ani jeden, ani drugi nie mieli talentu ani doświadczenia politycznego potrzebnego na tym stanowisku.

W związku z tym opowiem zabawną historyjkę, którą słyszałem od mego wielkiego przyjaciela, Adama Heydla, profesora ekonomii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Heydel spotyka na krakowskich Plantach Kazimierza Mariana Morawskiego, syna niedoszłego prezydenta, i mówi mu uprzejmie, że szkoda, iż jego ojciec nie został wybrany. Kazimierz Marian Morawski załamuje na to ręce. Tak - mówi Heydel, by go trochę pocieszyć - może lepiej się stało, bo a nuż twój ojciec byłby znowu zabity jak Narutowicz. Tak - odpowiada Kazimierz Marian Morawski - to mogłoby się zdarzyć, ale w każdym razie, byłaby taka miła dla rodziny pamiątka.

Ze wszystkiego, co słyszałem, myślę, że Narutowicz był rozumnym, poważnym, wykształconym człowiekiem, ale to nie był wielki umysł polityczny. Polskę znał stosunkowo mało, bo tyle lat spędził w Szwajcarii. I miał niesłychanie trudną sytuację: kraj zrujnowany, brak większości w Sejmie i w kraju. Sejmowładztwo, które uniemożliwiało jakąkolwiek stabilizację rządu, problemy mniejszościowe, które były nie do rozwiązania, brak stanu średniego, który musi być filarem wszystkich państw nowożytnych i tak dalej. Myślę, że Narutowicz byłby sobie lepiej dał radę niż Wojciechowski, bo był człowiekiem bez porównania bardziej wykształconym, wyrobionym, znającym bez porównania lepiej świat. Ale nie sądzę, by mógł naprawdę opanować sytuację. W każdym razie zamordowanie Narutowicza było katastrofą dla Polski, a także głęboko wpłynęło na zmianę nastawień Marszałka Piłsudskiego. Jak mówił mi kilkakrotnie pułkownik Matuszewski, jeden z najbliższych przez długie lata współpracowników Piłsudskiego, Marszałek był do zabójstwa Narutowicza raczej optymistą, szukał zgody narodowej, pojednania, zapomnienia dawnych uraz czy różnic politycznych. Po tym morderstwie, które nie miało cienia sensu ani usprawiedliwienia, Marszałek Piłsudski stał się - wciąż według pułkownika Matuszewskiego - dużo bardziej podejrzliwym pesymistą, przekonanym, że na drodze sejmowładztwa i partyjniactwa nic nie da się załatwić, żadnego porozumienia uzyskać i myśl o zamachu stanu utrwaliła się w jego umyśle. A dwudziestolecie było przecież zdominowane potężną indywidualnością Marszałka Piłsudskiego.
[
płk Ignacy Matuszewski (1891-1946), wojskowy, polityk i dyplomata II RP. Na temat ww. oraz innych postaci II RP więcej w notkach z zalinkowanego cyklu piłsudczykowskiego]

Appendix
(tekst mój – SO)

Problemy z parlamentaryzmem w II RP zaczęły się wraz z uchwaleniem Konstytucji Marcowej (17 marca 1921 r.), która była wzorowana na rozwiązaniach systemowych utrwalonych demokracji parlamentarnych (Wielka Brytania) oraz z zasadą centralizmu przejętą z jednolitych narodowo państw (Francja). System brytyjski funkcjonował w oparciu o bardzo silne struktury samorządowe, które stanowiły przeciwwagę dla rządu, zaś francuski miał wbudowane bezpieczniki w postaci licznej kadry zawodowych polityków, którzy nie musieli uczyć się lub zaczynać na nowo polityki w istotnych segmentach spraw państwowych. Ponadto politycy francuscy nie trzymali się kurczowo posad rządowych, gdyż i tak musiano korzystać z ich usług, nawet gdy występowali w innych rolach, niż stołki ministerialne. Na domiar złego Konstytucja Marcowa była wymierzona przeciwko uprawnieniom Prezydenta, gdyż z góry założono, że zostanie nim Józef Piłsudski.

Dwa wówczas najsilniejsze ośrodki polityczne w Polsce, czyli Narodowa Demokracja (późn. Stronnictwo Narodowe) oraz znacznie słabsi od narodowców socjaliści (mało liczna klasa robotników przemysłowych) musiały zawierać koalicje z ruchem ludowym, który był konglomeratem najróżniejszych ugrupowań o niejednolitych programach i podlegających, często przeciwstawnym sobie wpływom programowym lub po prostu reprezentowały one określone lobby’s.

Przy takim układzie sił uchwalono konstytucję, która pozbawiała realnego wpływu na sprawowanie władzy prezydenta państwa. Ponadto Konstytucja Marcowa powołała wyższą izbę parlamentu – Senat – także bez istotnych uprawnień, stanowiącą coś w rodzaju przytułku dla emerytów. Prezydent mógł powołać rząd, ale sejm miał udzielać takiemu rządowi wotum zaufania. Jeśli nie udzielił, rząd upadał. Na początku czerwca 1922 roku, gdy premier Adam Ponikowski podał po raz drugi swój gabinet do dymisji (pierwszy raz w marcu 1922 r.) , zaczęły się przepychanki sejmu z J. Piłsudskim o to w jaki sposób wyznaczyć i mianować premiera, gdyż obowiązywała jeszcze zasada vacatio legis dla Konstytucji Marcowej, tak więc J. Piłsudski opierał swoje relacje z sejmem o regulacje zawarte w tzw. małej konstytucji z 1919 r., w której zapisano, iż „Naczelnik Państwa powołuje rząd w pełnym składzie w porozumieniu z sejmem”. Istotę sporu stanowiły interpretacje zapisu, jak rozumieć owo „w porozumieniu”. Niemniej, udało się w końcu lipca 1922 r. sformować rząd przejściowy (dla organizacji wyborów do sejmu i senatu oraz wyborów prezydenta) z premierem Julianem Nowakiem. Rzecz jasna, w takiej konwencji profesor bakteriologii i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego Julian Nowak był tylko premierem „malowanym” i oczywiście zdawał sobie z tego sprawę.

Tak więc, w sejmie były dwa potężne bloki, a mianowicie ugrupowań prawicowych i centroprawicowych oraz lewicowych, centrolewicowych i mniejszości narodowych.

W wyborach J. Piłsudski popierał dwie listy. Jedną z nich była lista inteligencji miejskiej, głównie z Krakowa, powołana przez byłych działaczy propiłsudskiego NKN-u (Naczelnego Komitetu Narodowego), głównie Jana Krystyna hr. Ostrowskiego h. Rawicz (1894-1981) i Tytusa Filipowicza (1873-1953) pod nazwą Demokratyczna Unia Państwowo-Narodowa, z której złośliwy akrostych ułożył wybitny publicysta i dziennikarz Adolf Neuwert-Nowaczyński. Skrót od nazwy wzbudzał wybuchy wesołości, co przyczyniło się do klęski tej listy wyborczej. Drugim było Państwowe Zjednoczenie na Kresach. Oba te ugrupowania nie zdobyły żadnego mandatu. Zwycięzcą wyborów przeprowadzonych w dniu 5 listopada 1922 r. okazał się blok stronnictw prawicowych (narodowcy, chadecy i część ludowców-ende- ków) zwany w skrócie „ChJEN”, przez lewicę postrzegany za głównego wroga i przezywany „Chjeną”, który na ogólną ilość 444 mandatów uzyskał ich łącznie 163. PSL „Piast” zdobyło 70 mandatów, PSL „Wyzwolenie” z lewicowcami – 49 mandatów, socjaliści (PPS) – 41, Narodowa partia Robotnicza -18, Blok Mniejszości Narodowych RP – 66. Gdyby Chjena i Piast połączyły siły, to mogłyby bez trudu stworzyć koalicję rządową.

Zaczęły się kombinacje i targi, gdyż dotychczas PSL "Piast" popierał Piłsudskiego, zwalczał zaś endecję. Ale pokusa koalicji rządzącej była bardzo silna. Najpierw podzielono stanowiska dla marszałków izb parlamentu. Fotel marszałka w Sejmie dostał piastowiec Maciej Rataj, zaś w Senacie poseł prawicy (Związek Ludowo-Narodowy) Wojciech Trąmpczyński (jego syn Witold był prominentnym działaczem PZPR w czasach PRL-u – długoletnim ministrem handlu zagranicznego).

Prawica, która nie chciała prezydentury Piłsudskiego spowodowała sytuację, ze Piłsudski musiałby uzyskać poparcie socjalistów i lewicy (w tym, oczywiście, PSL „"Wyzwolenie”) oraz mniejszości narodowych, gdzie Żydzi posiadali 35 mandatów, Niemcy 17, Ukraińcy 20, a Białorusini 11. Piłsudski nie chciał stać się ich zakładnikiem, więc biorąc pod uwagę równiez ograniczenie prerogatyw prezydenta w Konstytucji Marcowej, oświadczył, iż zrzeka się kandydowania. Wskazał jako swojego kandydata Stanisława Wojciechowskiego (PSL „Piast”). W tej sytuacji 9 grudnia 1922 roku Zgromadzenie Narodowe musiało przeprowadzić aż 5 głosowań, aby wybrać prezydenta.

W pierwszym głosowaniu hr. Maurycy Zamoyski uzyskał 222 głosy, Stanisław Wojciechowski 105 głosów, a Gabriel Narutowicz 62. Trzeci wynik uzyskał Jan Baudouin de Courtenay, na którego oddano 103 głosy. Socjaliści głosowali na Wojciechowskiego, a mniejszości na Narutowicza. Po czwartej turze pozostali
w rozgrywce Zamoyski i Narutowicz, który był wystawiony przez PSL „Wyzwolenie”.

Wincenty Witos (szef PSL "Piast"), który domagał się radykalnej reformy rolnej, widział w kandydaturze hrabiego M. Zamoyskiego - właściciela największego majątku na terenach polskich o łącznym areale ok. 200.000 hektarów - zagrożenie dla jej przeprowadzenia. Dlatego w ostatecznej rozgrywce PSL „Piast” poparło G. Narutowicza. Endecja potraktowała to jako zdradę ze strony koalicjanta, zaś wybór Narutowicza z poparciem głosów mniejszości narodowych za obelgę dla powagi urzędu Prezydenta Polski. Ponadto gest Narutowicza, który składał przysięgę w sejmie, ale nie pocałował po jej złożeniu czarnego, hebanowego krucyfiksu, stanowił dla narodowej prawicy oczywisty dowód, iż „ten mason” nie jest godzien piastować takiego urzędu. Część ideowych narodow-ców uznała jego wybór za hańbę, której nie wolno tolerować. Atmosfera polityczna zgęstniała w takim stopniu, że musiało dojść do jej rozładowania.

 

 

 

 



tagi: narutowicz 

stanislaw-orda
11 listopada 2019 11:06
22     1116    5 zaloguj sie by polubić
komentarze:
tomciob @stanislaw-orda
11 listopada 2019 13:00

"Konstytucja marcowa stanowiła, że „wszyscy obywatele są równi wobec prawa. Urzędy publiczne są w równej mierze dla wszystkich dostępne”. Jednak kardynalna zasada najsilniejszej wówczas w parlamencie endecji głosiła, że „w Polsce Polacy decydować powinni o naczelnej władzy państwowej”. Pogląd ten podzielała też w grudniu 1922 roku warszawska ulica.

Zaraz po wyborze prezydenta Narutowicza, jeszcze tego samego dnia wieczorem, rozpoczęły się gwałtowne protesty na ulicach Warszawy. Zarówno w brukowej „Gazecie Porannej”, jak i w znacznie poważniejszej „Gazecie Warszawskiej” i „Rzeczpospolitej” pojawiły się artykuły ogłaszające Narutowicza jako „żydowskiego elekta”. Warszawska ulica szybko uznała wybór Narutowicza za „dzieło Żydów i masonów”. Ówczesny polityk ludowy i marszałek Sejmu, Maciej Rataj, który 9 grudnia 1922 r. prowadził posiedzenie elekcyjne Zgromadzenia Narodowego, wieczorem tego dnia wyruszył na spacer ulicami stolicy. W swych pamiętnikach zapisał: „Chodziłem po ulicach i przypatrywałem się bandom włóczącym się, demonstrującym bez przeszkód i polującym na Żydów. Scena na Wiejskiej – jakiś pan w bogatym futrze tłumaczy stróżowi głośno: «wybrali prezydentem złodzieja, żydowskiego pachołka Narutowicza». Sądzę, że po takich informacjach stróż poszedł demonstrować z innymi”.

„Ciężki mój los”

Bulwarowe wątpliwości i oceny na temat kandydata podzielała też awangarda parlamentarna. Trzy prawicowe kluby: Związek Ludowo-Narodowy, Chrześcijańska Demokracja i Stronnictwo Chrześcijańsko-Narodowe, tworzące słynną Chjenę, czyli blok Chrześcijańska Jedność Narodowa, zakomunikowały marszałkowi Ratajowi, że nie wezmą udziału w  posiedzeniu, na którym ma nastąpić zaprzysiężenie nowo wybranego prezydenta. Historycy do dziś nie są zgodni, czy miała to być tylko demonstracja politycznej dezaprobaty, czy raczej konkretne działanie prowadzące do braku kworum na parlamentarnym zaprzysiężeniu głowy państwa, które przez to stałoby się nieważne. Maciej Rataj uznał jednak tę sprawę za na tyle poważną, że oświadczenie endecji przekazał samemu Narutowiczowi. Między marszałkiem Sejmu a prezydentem elektem doszło do znamiennej, niepozbawionej dramatyzmu wymiany zdań: „– Lewica robi z Pana chwilowo sztandar – mówił Rataj – prawica bije Pana z całą siłą. Będzie Pan miał ciężkie chwile. Proszę rozważyć, czy będzie Pan miał kogoś, jakąś grupę, która będzie dla Pana nadstawiać karku? Czy ma Pan w Polsce 100 – 1000 ludzi bezwzględnie oddanych? – pytał Rataj. Strapiony prezydent Narutowicz odrzekł: – Wiem, że nie mam i że ciężki mój los, ale trzeba do końca wypić kielich goryczy. Jak nie pójdzie, to za miesiąc, pół roku, rok, usunę się”.

Świętokradcza przysięga

Tymczasem wątpliwości posłów nie gasły. Dwie godziny przed zaplanowanym na 11 grudnia 1922 r. na godzinę 12 zaprzysiężeniem parlamentarnym do gabinetu marszałka Rataja przybył profesor Uniwersytetu Lwowskiego, poseł Edward Dubanowicz z zapytaniem, czy marszałek wie, że obecny prezydent elekt podczas swojego pobytu w Szwajcarii zadeklarował się jako bezwyznaniowiec. Tymczasem Konstytucja marcowa wymagała od prezydenta złożenia przed Zgromadzeniem Narodowym przysięgi na „Boga Wszechmogącego w Trójcy Świętej Jedynego”, eliminując tym samym ateistów z grona potencjalnych kandydatów do fotela prezydenckiego. Oburzony profesor konstatował, że złożenie przez Narutowicza, zadeklarowanego bezwyznaniowca, przysięgi prezydenckiej będzie jawnym świętokradztwem. Na wątpliwości posła Dubanowicza marszałek Rataj odpowiedział tyle dyplomatycznie, co wymijająco, że „sam fakt składania przysięgi przekreśla dawniejsze zgłoszenie bezwyznaniowości i nie może być mowy o zbrodni”.

Awantury w stolicy

W czasie tych kuluarowych i gabinetowych dywagacji w Sejmie warszawska ulica szalała już na dobre. Na placu Trzech Krzyży i w Alejach Ujazdowskich gromadził się rozagitowany i rozgorączkowany tłum. Marszałkowa Aleksandra Piłsudska wspominała później: „Byłam wtedy w mieście. W ścisku nie mogłam się prawie ruszyć. Z jednej strony parła na mnie stara, przygłucha chłopka, która bez przerwy pytała o co chodzi, z drugiej – gruba, wielka służąca. Ta ostatnia z czerwoną twarzą podrygiwała całym ciałem, wymachując pięściami i krzycząc: «Precz z Narutowiczem! Precz z Żydem! Żydzi nie będą nami rządzili!». Skończyło się na tym, że wszyscy koło mnie krzyczeli i przeklinali w podobny sposób. Nie miałam wątpliwości – wśród tłumu znajdowali się agitatorzy”. Nikt z demonstrantów nie zważał na to, że Gabriel Narutowicz wywodził się ze starej szlachty żmudzkiej.

W takiej atmosferze, 12 grudnia 1922 roku po godzinie 11, na ulice stolicy odkrytym powozem, zaprzężonym w dwa białe konie i eskortowanym przez pluton szwoleżerów, wyjechał prezydent elekt Gabriel Narutowicz. Nie pozwolił jechać w ukryciu bocznym ulicami, ale do Sejmu kazał dotrzeć główną trasą, poprzez rozgorączkowany tłum. Szybko w kierunku prezydenta poleciały grudy śniegu z błotem, a po chwili też kamienie. Na czole Narutowicza pojawił się guz, który miał być widoczny aż do śmierci. Prezydent załamany mówił nazajutrz: „To Polka rzuciła we mnie wczoraj grudą lodu – Polka w prezydenta Rzeczypospolitej!”. Pośród skandującego obelgi tłumu, upokorzony Narutowicz dojechał z opóźnieniem do gmachu Sejmu. Tutaj, w znacznie spokojniejszych mimo niechęci części parlamentarzystów warunkach, prezydent Narutowicz złożył konstytucyjną przysięgę: „Bogu Wszechmogącemu, w Trójcy Świętej jedynemu i Narodowi Polskiemu”, kończąc ją wezwaniem „Tak mi dopomóż Bóg i Święta Syna Jego Męka”.

Ostatnie błogosławieństwo

Po przysiędze władze państwowe zaczęły zastanawiać się nad sposobami na uspokojenie anarchii i chaosu na ulicach. Prezydent Narutowicz  przejął formalnie obowiązki głowy państwa z rąk naczelnika Józefa Piłsudskiego i szybko wziął się do pracy. Następne dni poświęcił na odbywanie ważnych rozmów politycznych, zmierzających do szybkiego sformowania rządu i zaprowadzenia spokoju. 15 grudnia prezydentowi złożył wizytę arcybiskup warszawski kardynał Aleksander Kakowski, noszący tytuł Prymasa Królestwa Polskiego. Spotkanie to kardynał zrelacjonował w liście do Prymasa Polski kardynała Edmunda Dalbora, pisanym w Warszawie niespełna dwa tygodnie później, w Wigilię 1922 roku: „Kiedyśmy zostali [sami – przyp. aut.], zatrzymał mnie jeszcze kilka minut, mówił o sprawach osobistych, a potem poprosił o błogosławieństwo dla siebie i dla podjętej pracy. Ukląkł na dwa kolana, a kiedym mówił formułę: Benedicat Te etc., przeżegnał się bardzo pobożnie. Skądinąd już wiedziałem, że codziennie, wstając rano z łóżka, żegnał się znakiem krzyża św.”. Popołudnie spędzone z kardynałem Aleksandrem Kakowskim miało być ostatnim w życiu prezydenta Narutowicza. Następnego dnia,

16 grudnia w południe, prezydent miał tradycyjnie dokonać uroczystego otwarcia wystawy malarstwa w słynnej warszawskiej Zachęcie..."

przedruk za

zaloguj się by móc komentować

betacool @stanislaw-orda
11 listopada 2019 13:23

We wspmnieniach Feliksa Młynarskiego jest opis sposobu transferu gotówki zebranej w Ameryce przez Komitet Obrony Narodowej (m.in. Aleksandra Dębskiego) do Piłsudskiego.

Gotówka była wysyłana do Szwajcarii - bezpośrednio do Narutowicza, a stamtąd przez wąskie grono kurierów była przekazywana Piłsudskiemu. Ten ostatni twierdzi:

"O Gabrjelu Narutowiczu słyszałem względnie bardzo dawno. Rodzina Narutowiczów pochodzi z tych samych stron, co moja — ze Żmudzi".

https://www.sbc.org.pl/dlibra/show-content/publication/edition/17132?id=17132

O kasie przesyłanej za pośrednictwem Narutowicza nie znajdziemy w tych wspomnieniach ani słowa.

To chyba świadczy o tym, że że śmierć Narutowicza była upichceniem kilku pieczeni naraz.

 

 

zaloguj się by móc komentować

jolanta-gancarz @betacool 11 listopada 2019 13:23
11 listopada 2019 13:40

Jaka kasa? Jaki Narutowicz?

Tylko ta Joanna Billewiczówna bruździ:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Joanna_Narutowiczowa

zaloguj się by móc komentować

betacool @jolanta-gancarz 11 listopada 2019 13:40
11 listopada 2019 13:56

Tak w ogóle to nie dość, że rodzina dziwnie skoligacona, to i opcje narodowe i polityczne dziwnie rozstrzelone:

Brat Gabriela Narutowicza – Stanisław, obywatel Litwy tzw. kowieńskiej, był członkiem tymczasowego litewskiego parlamentuTaryby i jego podpis widnieje na Deklaracji Niepodległości Litwy ogłoszonej przez Tarybę 16 lutego 1918 roku.

zaloguj się by móc komentować


jolanta-gancarz @betacool 11 listopada 2019 13:56
11 listopada 2019 14:01

Państwo - państwem, ale sukces musi być po naszej stronie. Że tak sparafrazuję Kargula (chyba?). Tylko zamiast handgranatów obstawiamy różne opcje polityczne.

zaloguj się by móc komentować


betacool @betacool 11 listopada 2019 14:15
11 listopada 2019 14:25

Mnie to zdumiewa, że juz wtedy nazywano niektórych "faszystami".

Na historii mnie uczyli, że faszyzm zaczął się trochę później i wcale nie w Polsce.

zaloguj się by móc komentować

tomciob @betacool 11 listopada 2019 13:23
11 listopada 2019 17:26

Jest taka strona, co prawda z Wikipedycznym zdjęciem, które wydaje się być fotomontażem, ale tu jest napisane wprost o transferach gotówki z Ameryki do Piłsudskiego via Dębski, oraz:

"Przez Kraków (Aleksander Dębski) wyjechał do Szwajcarii. W Zurychu, wraz z przyszłym prezydentem II RP Gabrielem Narutowiczem ukończył kurs oficerski".

A skoro tak to teza jakoby zamach na Narutowicza był pierwotnie planowany jako zamach na Piłsudskiego lekko ujmując "nie trzyma się kupy."

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @tomciob 11 listopada 2019 17:26
11 listopada 2019 17:46

a przez kogo planowany?

zaloguj się by móc komentować

tomciob @stanislaw-orda 11 listopada 2019 17:46
11 listopada 2019 21:01

Wokół zabójstwa Narutowicza narosła obfita literatura (zob. źródła i dodatki). Przypomnijmy więc tylko najważniejsze fakty. 9 grudnia 1922 parlament, zgodnie z ówczesną ordynacją wyborczą, dokonał wyboru nowego prezydenta RP. Został nim Gabriel Narutowicz, pochodzący z rodziny arystokratycznej inżynier, świetnie znający się na budowach, elektryfikacji, od czerwca 1920 r. zajmował stanowisko ministra robót publicznych w gabinetach kolejnych premierów. Politycznie sympatyzował z lewicą. Dlatego też środowiska endeckie tak bardzo oprotestowały jego wybór na prezydenta. Już w toku debat parlamentarnych w prasie toczyła się ostra dyskusja pełna niewybrednych insynuacji o żydowsko-komunistycznych siłach stojących za Narutowiczem. Po wyborze wściekłość publicystów sięgnęła zenitu, na ulicach wokół sejmu zaroiło się od bojówek, zaczepiających posłów i bijących tych, którzy popierali Narutowicza. Wręczenie nominacji odbyło się tylko przy silnej obstawie służb porządkowych.

Taka atmosfera panowała w następnych dniach. 16 grudnia prezydent przyjechał do galerii w Zachęcie na otwarcie nowej wystawy. Była to wizyta nieplanowana (???). W trakcie oglądania jednego z kolejnych obrazów rozległy się trzy wytłumione wystrzały, początkowo nikt nawet nie zorientował się, że padły strzały z broni. Prezydent zachwiał się i upadł. Dopiero po chwili spostrzeżono Eligiusza Niewiadomskiego, trzymającego w reku browninga, popularny model pistoletu do samoobrony. Niewiadomski nie uciekał, nic nie krzyczał, dał się spokojnie zatrzymać. Tymczasem obok konał Narutowicz, mimo że na sali znalazło się dwóch lekarzy, już nic nie można był zrobić.

Wbrew obiegowej opinii Niewiadomski nie był młodym, zapalczywym, psychicznie niezrównoważonym zwolennikiem endecji, który pod wpływem prawicowej propagandy po wyborze prezydenta postanowił dokonać zbrodni. Niewiadomski miał już 53 lata, był znanym krytykiem sztuki, wykładowcą akademickim, autorem książek, pracownikiem Ministerstwa Kultury i Sztuki, postacią dobrze znaną w środowisku, ba! - zasiadał nawet w kapitule, wybierającej obrazy pokazywane na wystawie, którą feralnego dnia zwiedzał Narutowicz. Jednak Niewiadomski znany był ze swego chorobliwego antysemityzmu i antykomunizmu, krytykującego nawet endecję za zbyt małe zaangażowanie w sprawę narodową. Czyn jego zatem był świadomą konsekwencją poglądów, które ukształtowały się na długo przed dokonaniem zamachu. Prawicowa nagonka na Narutowicza była katalizatorem podjęcia decyzji o zabójstwie.

Zabójstwo prezydenta Narutowicza i cała endecka publicystyka tego okresu stanowi jedną z najciemniejszych kart polskiej prawicy. Najważniejsze pióra odpowiedzialne za stworzenie atmosfery nagonki na Narutowicza nigdy nie poniosły za to żadnej konsekwencji. Nie dość tego: grób Niewiadomskiego — którego stracono po burzliwym procesie 31 stycznia 1923 — stał się celem pielgrzymek, próbowano nawet robić z niego bohatera, ofiarę „żydowsko-masońskiego spisku”. Zamach przyczynił się do jeszcze głębszych podziałów politycznych i destabilizacji raczkującego w Polsce parlamentaryzmu. W kilka lat później zamach majowy przez większą część społeczeństwa został przyjęty z entuzjazmem, widziano w nim właśnie remedium na głęboki kryzys wywołany zabójstwem pierwszego prezydenta RP.

Krypta z sarkofagiem prezydenta Gabriela Narutowicza znalazła się w podziemiach katedry warszawskiej.

ź

Cui bono?

zaloguj się by móc komentować


stanislaw-orda @tomciob 11 listopada 2019 21:01
11 listopada 2019 21:09

fragmencik:

"Na procesie Niewiadomski wyznał, że to Piłsudski był pierwotnie celem planowanego zamachu (od takiego planu Niewiadomski jednak odstąpił na wieść o rezygnacji przez Piłsudskiego z zamiaru kandydowania na urząd prezydenta), podkreślając przy tym, iż personalnie Narutowicz nie był jego wrogiem, a jedynie symbolem stosunków narzuconych przez wrogie Polsce mniejszości narodowe i Piłsudskiego (późniejszy minister spraw zagranicznych August Zaleski miał w reakcji na zabójstwo Narutowicza powiedzieć do jednego z dyplomatów: „Że też te pańskie endeki (!) zabiły tak porządnego człowieka jak Narutowicz, a nie tego dziada Piłsudasa”, „Jana Drohojowskiego wspomnienia dyplomatyczne”, Warszawa 1959).

Ostatnie słowa wypowiedziane przez Niewiadomskiego tuż przed egzekucją miały wedle prasowych relacji brzmieć: „Umieram za Polskę, którą gubi Piłsudski”."

za:

https://marucha.wordpress.com/2012/12/16/umieram-za-polske-ktora-gubi-pilsudski/

zaloguj się by móc komentować


tomciob @stanislaw-orda
11 listopada 2019 23:38

https://s.lubimyczytac.pl/upload/books/168000/168562/496679-352x500.jpgźródło

"Eligiusz Niewiadomski w historii Polski zapisał się jako zabójca pierwszego Prezydenta RP. Ponad to niewiele o nim wiadomo. Jeżeli już ktoś decydował się wspomnieć jego, to niemal regułą było, że towarzyszyły temu epitety w rodzaju „wariat”, „szaleniec”,„endek”, „faszysta”. (…) Wydaje się, że upływ tak długiego czasu powinien na tyle ostudzić emocje, że będzie można odmitologizować postać Niewiadomskiego lub przynajmniej przypomnieć jego życie i zasługi.

Dr Wojciech Muszyński"

zaloguj się by móc komentować

tomciob @stanislaw-orda
11 listopada 2019 23:45

Przywódcy partyjni rzadko są ludźmi o czystych sumieniach, a niekiedy i ręce mają ordynarnie brudne. Władza im pachnie. Rwą się do niej przez ambicję, dla wpływów, dla możności protegowania swoich ludzi, gospodarowania dobrem państwowym i tak dalej. Chcą się do niej dostać za wszelką cenę, dostać się – to znaczy zdobyć głosy wyborców, bo one rozstrzygają o wszystkim. Wyborców trzeba koniecznie pozyskać. Jak? W uczciwy sposób zrobić to trudno. Trzeba by na przykład powiedzieć wyborcom, że w państwie dzieje się źle, że musi ono nałożyć większe ciężary podatkowe na nich, na wyborców, – bo inaczej zbankrutuje. Że naprawa jest rzeczą trudną, wymagającą czasu, porządku w kraju i wytężonej pracy obywateli. Że obywatel kraju – a jest nim każdy wyborca – zobowiązany jest do wszelkich ofiar dla państwa: ofiary mienia, krwi, czasu i tak dalej. Otóż partie słabe, a bardzo chciwe władzy, – duchowo zwyrodniałe, zatem niewierzące w szlachetność natury ludzkiej, odczuwają niebezpieczeństwo takiego postawienia sprawy, obawiają się, że się wyborca od nich odwróci... Chcą go więc pozyskać inną drogą: chcą go kupić. Istotnie kupują – albo po prostu za gotówkę, co się zdarza przy każdych wyborach, albo – co jest o wiele tańsze – za obietnice. Obiecuje się dużo – koniecznie więcej niż inne partie, aby się nie dać przelicytować. Obiecuje się niebywałe korzyści materialne, maluje pięknymi kolorami ów raj, jaki zapanuje, jeżeli tylko wyborcy oddadzą swe głosy za tą właśnie, a nie za inną partią... Im partia mniej może dotrzymać, tym więcej obiecuje.

Tę metodę uwodzenia ludu drogą pochlebstwa, obietnic i podjudzania na przeciwników Grecy nazywali demagogią.
Opiera się ona na kłamstwie i oszustwie. Na obietnicach, które nie mogą być spełnione! Na programach fantastycznych, papierowych – olśniewających, a nierealnych, które niby piasek ciska się wyborcom w oczy. To właśnie nazwałem świństwem – licytowanie się w oszustwie!

Drugie – co każda niemal partia uważa za konieczne dla pozyskania głosu wyborców, to podrywanie w nich zaufania do innych partii. W tym celu nie cofa się przed żadnym kłamstwem, żadnym oszczerstwem, aby przeciwnika zohydzić w oczach wyborców, aby rozbudzić ku niemu nienawiść. To jest drugie świństwo – oba zbrodnicze.
Zastanawia w tym wszystkim podobieństwo metod politycznych do sposobów, stosowanych po prostu przez kupca szachraja w stosunku do klientów i konkurentów.

strona 95 - źródło

zaloguj się by móc komentować

tomciob @stanislaw-orda
11 listopada 2019 23:47

Jakoś 95. strony nie ma w pierwszym wydaniu. No cóż.

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @tomciob 11 listopada 2019 23:38
12 listopada 2019 08:44

Chłopcy, dajcie spokój z tym Niewiadomskim, to jest pułapka na szczury. 

zaloguj się by móc komentować

Draniu @stanislaw-orda
12 listopada 2019 09:04

Ale o czym mowa.. Syn Narutowicza po 45r pracował w MSZ zmarł w 1951r.. 

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Draniu 12 listopada 2019 09:04
12 listopada 2019 11:54

Niestety, ale nie jestem w stanie  napisać na tyle jaśniej, abyś zrozumiał o czym.

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @stanislaw-orda
16 listopada 2019 22:29

Ogołocana siedziba.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @MarekBielany 16 listopada 2019 22:29
18 listopada 2019 22:09

a jak to zabrzmiałoby całym zdaniem?

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować