-

stanislaw-orda : schabowy z resztek mielonego

Polszczyzno, puchu marny

czyli esej autorstwa Andrzeja Bobkowskiego, jednego z ostatnich mistrzów literackiej polszczyzny. Esej nosi tytuł „Siódma".
 (premierowa edycja w zeszycie nr 2 „Kultury” paryskiej z 1956 r.)

https://artsandculture.google.com/story/andrzej-bobkowski-polish-history-museum/OwXRR94qxhoA8A?hl=pl
Do oryginalnego tekstu dodałem linki oraz skróciłem do inicjału "S" personalia głównego bohatera, gdyż  nikomu się one z nikim nie skojarzą. Nie przetłumaczyłem obcojęzycznych zwrotów, skoro każdy, kto zechce, może skorzystać z edytora translacji.

********
Pierwsze podmuchy ciepłego powietrza, jeszcze rzadkie ale już mocne, ulatywały z rozgrzanych w słońcu dachów i spychane ku ziemi płazowaniem wiatru wpadały w ulice. Roztrącały zimowy chłód wypełzający z grubych murów kamienic, wyszarpywały zatęchłe zimno z bram i okienek piwnicznych, rzucały się w ciemne podwórka topiąc tu resztki brudnego lodu. Potem ulatywały w górę, rozhuśtywały nagie gałęzie drzew i tłukły się wzdłuż ścian, bębniły po okiennicach i świstały w dziurawych rynnach. Białe chmury na bladym błękicie nieba porozciągały się w długie i nastroszone pasma. Wiatr głaskał miasto pod włos, uskakiwał za węgły, przyczajał się by za chwilę znowu wyskoczyć i wszystko rozmierzwić.

Karol Sauczey* (dalej: S) szedł bulwarem i wdychał głęboko każdy z tych powiewów paryskiego przedwiośnia; szedł powoli, tak jak chodzi się zwykle w sobotę popołudniu. Wydaje się wtedy, że niedziela będzie wieczna a poniedziałek nigdy nie nadejdzie. Gdy uderzał silniejszy podmuch, S. przystawał, odchylał lekko głowę w tył i zamykał oczy. Dotykał wiatru powiekami i łapał go na górną wargę badając uważnie temperaturę. Ostrożnie i z namysłem przełykał jedno uderzenie po drugim; mogło się wydawać, że ktoś karmi go łyżeczką a on poddaje się temu z pieszczotliwą uległością. „Pachnie wiosną". Ta myśl przybrała postać pełnych słów i biegła wyraźnie ponad innymi snującymi się bezładnie i bezkształtnie. Było mu dobrze i uczucie błogości dominowało w nim ponad wszystkim. Stan ten był jednym z najlepiej przestudiowanych w jego psychice i wyłączanie się z linii wyższych napięć udawała mu się zwykle najlepiej. On sam określał to w ten sposób i było to jedno z jego ulubionych sformułowań technicznych. Twierdził, że za pomocą przykładów zaczerpniętych z techniki lub mechaniki najłatwiej jest wytłumaczyć pewne zawiłe problemy filozoficzne lub psychologiczne. W dzień urodzin lubił mówić do siebie półgłosem: „Tak, tak - życie podlega także prawu przyspieszenia ziemskiego. Gamma pół razy czas do kwadratu. Czym bliżej śmierci tym szybciej leci".

Teraz nie myślał o tym w ogóle i twierdził. że myśli o śmierci i bawienie się nimi są w gruncie rzeczy wulgarną rozrywką i niezawodną oznaką „chamienia epok" (jak to określał) jest upowszechnienie i lekceważenie tej wielkiej niewiadomej. Śmierć to problem dla wybranych, to tajemnicze równania dla wielkich matematyków. „Nie jest dobrze gdy mięso wołowe jest droższe od ludzkiego" - powiedział raz swojemu rzeźnikowi kupując niedzielny, kartkowy kotlet. Rzeźnik, chudy Francuz, śmiał się długo i od dwóch lat witał go zawsze tym jego powiedzonkiem. S. krzywił się pobłażliwie lecz odczuwał przyjemność. Jedna z jego myśli nie poszła na marne. Intelekt, właściwy kąt spojrzenia, są w końcu tym co liczy się zawsze, nawet w tym świecie głupiej wojny. Trzeba je zachować i - jak mawiał - przechować gorące w termosie.

Jego termosem był gruby notatnik z wykaligrafowanym na pierwszej stronie napisem "Myśli", w którym zapisywał wszystkie spostrzeżenia stylem krótkim i czujnym. Marzył że kiedyś wyda je w małym tomiku. Idąc zatrzymywał się przed wystawami, oglądał dokładnie rozłożone za szybą przedmioty. Lubił szczególnie skórzaną galanterię ale teraz w czwartym roku wojny, w sklepach było więcej imitacji niż prawdziwej skóry. Radioodbiornikom poświęcił dłuższą chwilę I przypatrywał się im ze znawstwem. Amatorstwo dało mu do rąk fach, z którego utrzymywał się pracując jako radiotechnik lecz fach nie zabił w nim zamiłowania do majsterki w wolnych chwilach. Obok muzyki radio stanowiło jego warownię. Zresztą te dwa zamiłowania łączyły się ściśle ze sobą i dopiero w ich obrębie S. czuł się naprawdę sobą, a nawet więcej: imponował S. powszedniemu, temu co wstawał rano, szedł do pracy i zarabiał na utrzymanie i zachcianki tamtego. Gdy wieczorem rozkładał na pulpicie partyturę jakiejś opery lub symfonii i słuchał jej przy dwunastolampowym odbiorniku własnej konstrukcji dyrygując orkiestrą, przypatrywał się sobie z przyjemnością. Tych dwóch rzeczy strzegł pieczołowicie przed światem.

Pochylając się aby lepiej oglądnąć jakiś nowy model pokojowej anteny powiedział półgłosem do siebie: „Jeszcze jedno oszustwo dla naiwnych" i uśmiechnął się sceptycznie. Wiatr dalej przewala! się po bulwarze i obłoki, dotąd nieruchome, ruszyły nagle z miejsca przysłaniając chwilami słońce. Ich cień nasuwał się na kamienice i biegł szybko po pustej jezdni goniony z tyłu przez plamę ś:viatła. Gdzieś podleciało kilka papierów i przefrunęło ponad ulicą. Gdy furkot wiatru i trzas- kanie okiennic cichły na chwilę, słychać było miarowe bębnienie dolatujące z małego placyku pod jakimś pomnikiem. S. spojrzał w tamtą stronę i zaśmiał się z zadowoleniem. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości, że wiosna nadchodziła naprawdę. Bębnili o niej uliczni akrobaci otoczeni grupą gapiów.

Podszedł w tamtą stronę i stanął z boku aby nie mieszać się z tłumem. Na asfalcie leżał postrzępiony koc i dwie dziewczyny przeginały się na nim w tył. Przy każdym przegięciu kości biodrowe wyskakiwały z Ich chudych ciał na wierzch i rozpychały krótkie spodenki, a pod brudnymi koszulkami z trykotu ginęły rozciągnięte piersi. Tylko żebra rysowały się łagodnie jak fałdy na pralce. Ich ojciec bębnił i głośno opowiadał o wyczynach. zony i syna, które Imały nastąpić po zebraniu odpowiedniej i nieokreślonej sumy rzucanych monet. Mrugał porozumiewawczo do tłumu.

S. obserwował widzów i utwierdzał się w swoich sądach o łatwowierności ludu. Kilka zręcznych słów i białe, aluminiowe monety zaczęły gęsto spadać na koc lub toczyć się po asfalcie. Cała piątka akrobatów przydeptywała je z udaną obojętnością aby nie toczyły się dalej. W ruchach ludzi rzucających je była ta sama udana obojętność i S. zastanawiał się w jakim stopniu były one wyrazem obojętności i pogardy. „Nareszcie i oni mogą kimś gardzić, być panami i ciskać pieniądzmi. Rzucają bardziej dla samej przyjemności ciśnięcia monety niż dla tych tam”- myślał i odsunął się od jakiegoś drelichu śmierdzącego potem, winem i opiłkami żelaza. Nie zrobił tego ze wstrętem bo był na to za dobrze wychowany.

Ten drelich był dla niego tym czym resztka skorupki w jajku na miękko lub odprysk muszli w otwartej ostrydze: zjawiskiem zrozumiałym i koniecznym w życiu, którego jednak wcale nie musiało się przełykać razem. Ludzie jego pokroju odkładali to dyskretnie na bok. S. wyciągnął papierosa i pochylił się przysłaniając jedną ręką zapalniczkę, ale automat krzesał tylko iskry i nie chciał zapalić. Zniecierpliwiony, postukał w ramię stojącego przed nim człowieka i poprosił o ogień.

Zasmolona ręka sięgnęła do kieszeni, wyjęła coś wielkiego, zapaliła na otwartym powietrzu i podała mu wstecz kopcącą pochodnię. S. odpalił i podziękował, tamten nawet nie obejrzał się. "Że też te ich zapalniczki zawsze działają". Zauważył to już wielokrotnie i obiecywał sobie przemyśleć kiedyś to zjawisko do głębi. Od dawna podejrzewał, że coś z tego kryje się w niepokojącej sile i popularności bolszewizmu. Teraz miał nastąpić główny punkt programu. Chłopak dotąd bezczynny, ustawił cztery butelki od szampana szyjkami w dół i na tym chwiejnym fundamencie umieszczał drewniany taburet. „Sześć taburetów na flaszkach i dopiero tam w górze pod dachami, ten młodzieniec pokaże wam co potrafi" – ciskał się stary wybijając długie werble na bębnie. Ludzie uśmiechali się z uznaniem. Słońce opadło niżej i kryte blacha dachy zaczęły ostro lśnić. Cień kamienic pokrył placyk i powiało chłodem. Chłopak zbudował wieżę z taburetów i ostrożnie prostował się w górze mrużąc oczy od blasku. Potem pochylił się i wolno stanął na rękach. Wszyscy wpatrywali się teraz w jego wyprężone drgające nieznacznie nogi, w ledwo dostrzegalne chybotanie się spiętrzonych taburetów.

S. palił papierosa i obserwował z uwagą i z lubością. Za młodych lat i on stawał świetnie na rękach, „wyciągał stanie na poręczy balkonu na trzecim piętrze. W drobnym ułamku sekundy przewinęły mu się w głowie jakby symbole wspomnień i zsumowały błyskawicznie. Kiwa się po nich melancholijnie głową. Lwowski "Sokół", matura, terezjańska akademia wojskowa, armia austriacka i wojna, ta prawdziwa na włoskim froncie.
Terezjańska Akademia Wojskowa
Potem wojsko polskie i bolszewicka zabawa w Indian „polnischer Indianerspiel" jak to zawsze nazywał. Zapatrzony w górę zapomniał o papierosie. Nie odrywał wzroku od postaci chłopca, która już trzeci raz kurczyła się i prostowała z wysiłkiem. S. czuł w rękach i w ramionach prężenie się mięśni, rozkoszował się nim jak wtedy: widział pod balkonem na Akademickiej jak ludzie gromadzili się, pokazywali palcami i wypatrywał przekrwionymi oczami policjanta. To były czasy, to była Europa. A potem nagle Polska, niepodległa ojczyzna. Uśmiechnął się wewnątrz z sarkazmem: Pipidówka o pretensjach stolicy, plemię z ambicjami narodu i mocarstwa. W pełni sił przeniesiono go w stan spoczynku bo był "z austriackiej armii". Później obcięli nawet tę nędzną emeryturę, bezprawnie, po złodziejsku. Dusił się w jakimś żydowskim domu bankowym w Krakowie i nie mogąc znieść tubylczego błazeństwa, wyjechał do Francji. Dopiero na „Gare du Nord” poczuł się znowu człowiekiem, rozpoznał dawny zapach. Europy. W nędznym pokoiku przy rue de la Roquette zmiął się w kłębek z rozkoszą i żył. Żył tak od trzynastu lat.

Rodzina akrobatów trzepała i zwijała koc, ładowała na ręczny wózek taburety i flaszki. Ojciec z matką liczyli pieniądze ustawiając je na ziemi w jednakowych kupkach i kłócili się zajadle z synem, który żądał od razu swojej części. Ulica znowu opustoszała. ,Wyciągnął z kieszeni złoty zegarek, otworzył. kopertę, spojrzał i delikatnie zamknął. Miał jeszcze pół godziny. „Madame Delphine-Massages" otwierała o trzeciej . Była to jego godzina. Maude była wypoczęta, lubi być pierwszy i nie śpieszyć się. Szedł znowu wolno sycąc oczy widokiem ulicy, sennym ruchem i ciszą. To był Paryż ale zupełnie inny; Paryż, którym od początku wojny zaczął zachwycać się na nowo nie mając go nigdy dosyć. Ruch i zgiełk odeszły z ulic, odsunęły się jak fala z plaży w czasie odpływu i urok tego jedynego miasta zaczął wydobywać się na powierzchnię z każdego domu, z każdej ściany, z placów i placyków. szerokich bulwarów i wąskich zaułków. Teraz był tylko monotonny szurgot stóp i klekotanie drewnianych sandałów kobiet, rowery terkotały jak świerszcze a śmiech dziewcząt było słychać z daleka. W nocy było ciemno, nad wejściami do „metro" paliły się sine lampki i wszystkie odgłosy ulicy stawały się jeszcze silniejsze.

Wszedł w rue Saint-Sulpice. Księgarnie były otwarte i przy każdej wystawie zatrzymywał się na chwilę przeglądając tytuły wystawionych książek. Spojrzał znowu na zegarek i upewnił się że już jest pora. Brama była uchylona, dom czcigodny jak wszystkie domy na tej ulicy. Wszedł rześko na drugie piętro i zadzwonił trzy razy. Otworzył a mu pokojówka i poprzez ciemny przedpokój wprowadziła go do małego saloniku. Usiadł w miękkim fotelu. Na stoliku i na etażerce porozkładane były książki, ta specjalna literatura saloników tych domów. Zawsze było to samo, znał to doskonale, a pomimo to zawsze odczuwał rozkoszny dreszczyk nowości, podniecającą ciekawość nieznanego. Maude wielokrotnie mówiła mu, że może przyjść do niego, ale on wolał tutaj. Tkwiło w tym coś z rytuału świątyni i nie chciał nic z niego utracić. Była w tym jakaś wspaniała ciągłość, jakby przedłużenie słonecznej kultury Hellady, powiew wierszyków Archilocha i Alkmana. Zamyślił się. To żydowskie nazwisko już w greckiej poezji nie dawało mu nigdy spokoju i uważał to za bardzo sygnifikatywne. Co się potem dziwić, że tylu było ich w polskiej?
Alkman
Czerwona portiera uchyliła się z szelestem i weszła Madame Delphine.
- Bonjour, mon capitain, comment ça va?
Była wysoka i postawna i w całej postaci, w utlenionych włosach, w jasno niebieskich oczach i w stroju przechowała coś nieuchwytnie dawnego. Dla S. była natchnieniem wspomnień, jakby rykoszetem Wiednia. "Kobiety w tym wieku zwykle są już tylko rykoszetem czegoś" - pomyślał. Postanowił to spostrzeżenie zapisać.
- Pan kapitan zawsze wierny swojej Maude. To bardzo uczciwa dziewczyna.
Jakże lubił tę elegancję i dyskrecję, zacisze prywatnej kliniki. Madame skarżyła się na różne braki, opowiadała mu ile musiała zapłacić ostatnio za mydło i ręczniki (les prix sont stupefiants) ale pocieszała się, że czystość w szanującym się domu nie ma ceny. Mimochodem zapytała go czy nie mógłby kupić jej fałszywych kartek na chleb: „les polonais sont si débrouillards". Szarmancko wręczył jej połowę własnych prosząc, by przyjęła je bez żadnego skrępowania.
-"Mon capitaine, vous êtes mon amour. Kiedy zapalimy znowu amerykańskiego papierosa i napijemy się whisky?"
- Niedługo, już niedługo, madame i mrugnął okiem porozumiewawczo.

Wyszła tak samo nagle jak weszła i po chwili zjawiła się Maude. Miała na sobie niebieski, roboczy szlafroczek z krótkimi rękawami. Była niska i pełna, ale pomimo przekroczonej trzydziestki zachowała figurę tak jak tylko Francuzki to potrafią. S. obawiał się całkiem młodych. To młode pokolenie bywało ordynarne i cyniczne. Maude mówiła mu zawsze „sous” i była delikatna jak pielęgniarka. Przywitał się z nią i objął. Lubił wyczuć pod dłonią zagłębienie tworzące się na pulchnym ramieniu pod naciskiem ramiączka biustonosza. Było jak obietnica. Poszli jak zwykle do "ich" pokoju. Maude była taktowna, wzdychała w odpowiednim momencie nie za głośno i bez przesady, prawie naprawdę. Potem nie podśpiewywała, nie starała się naśladować jazzu i uśmiechała się łagodnie nawiązując spokojną konwersację.
- Poznałam wczoraj jednego Polaka, młody lotnik. Miał poparzony kawałek twarzy i dałam mu pudełko "ocre" żeby się pudrował, bo za samą plamę mogliby go złapać. Przyprowadził go jakiś z „résistance". Biedny chłopak. Nie chciałam nic wziąć od niego, ale znalazłam potem w pantoflu tysiąc franków.
S. uśmiechnął się.
- Na pewno fałszywe. Drukują franki w Anglii i dają im zawsze pięć tysięcy na drogę.
- Tant mieux - to znaczy że prawdziwsze niż nasze. Schowam na pamiątkę.
S. znowu uśmiechnął się. Pomyleńcy biją się o Polskę dla Sowietów.

Od początku tej wojny nie wierzył w żadną Polskę, a teraz było to bardziej pewne niż kiedykolwiek. Polskie wojsko w 39-ym chcieli i jego namówić, w „Reginie” był notowany pochlebnie, ale odpowiadał im, że w jego wieku ojczyzna ma prawo domagać się życia, nie ma natomiast prawa wymuszania, aby on w Bretanii nabawił się dla niej lekkomyślnie zapalenia płuc na cemencie, pod połówką koca. Zawsze wspaniałe improwizacje, naród genialnych Improwizatorów - na niemej klawiaturze.

Przeciągnął się i dyskretnie ziewnął. Z kolei zaczął myśleć o wieczorze. Przyrządzi sobie dobrą kolację, a potem koncert. Dyryguje w Berlinie von Karajan i niech mu spróbują przeszkadzać. Kosztowało go to trzy miesiące pracy ale teraz ma ich w ręce. Pubela i Henri po obu stronach jego pokoju nie byli problemem, eliminowało się ich na sieci; natomiast ta parka z drugiej strony podwórza puszczająca na cały regulator „cafe au lait au lit" lub „lci Londres" doczeka się swego. Nie tylko Niemcy mogą głuszyć - on też potrafi dołożyć swoje. Ubierał się wolno i z pedanterią. Czuł się naprawdę wspaniale i wiążąc sznurówki przy bucikach podgwizdywał cicho uwerturę z  „Zemsty nietoperza". Pożegnał się z Maude umawiając się na przyszłą sobotę. Pogłaskała go po twarzy i powiedziała "Je vous attendrai, chéri”.

Gdy wyszedł na ulicę, słońce chyliło się ku zachodowi i już czerwone i wielkie opadało powoli nad Polami Elizejskimi. Postanowił przejść się jeszcze i poszedł w stronę Luwru. Bulwar Saint-Germain usiany był plamkami różnokolorowych przyczepek rowerowych. „Velo-taxi" pomalowane na różne odcienie żywych barw należały teraz do szyku. Jeździły w nich przeważnie utrzymanki i wielkie kokoty przybierając w koszykach najpowabniejsze pozy i reklamując ładne nogi odsłonięte aż do połowy uda. Czasem przemknął mały powozik na dwóch kołach ciągnięty przez kucyka. lub rasowego kłusaka. To były wojenne "Rolls Royce". "Cierpią" - pomyślał i zaśmiał się sam do siebie. Bulwar rozpływał mu się w ustach, topił na podniebieniu jak wspaniała czekolada od Fouché .

Przeszedł na drugą stronę Sekwan y i zanurzył się w odwiecznym przeciągu Luwru. Ciepłe powietrze nagromadzone w plątaninie uliczek koło Palais Royal i rue de Rivoli, wsysane przez bramę chłodem wnętrza wielkiej podkowy i ogrodu, pędziło w stronę rzeki. I w nim wywąchał już wiosnę. Pomnika Gambetty nie było, z posągu Joanny d'Arc opadła pozłótka i wyglądał on jak wykopalisko. „Zaczęło się od Joanny a skończyło na Petain 'ie" - pomyślał. „Sic transit gloria Galliae". Stanął pod pomnikiem i przyglądał mu się z ironicznym uśmiechem. Przyszło mu na myśl, że ta figura, pozłacana co pewien czas, była niezłym symbolem tego kraju. Złocą. Teraz znowu pozłocą i będzie im się wydawało, że cały świat im uwierzy. Już Cezar mówił o ich dzielności w czasie przeszłym porównując z Germanami. Uśmiechnął się z politowaniem. A jednak nie potrafił wyobrazić sobie życia gdzie indziej. „A jednak ... " – powiedział półgłosem do siebie. Tym „a jednak" zawracali głowę światu i sobie od wieków ale w końcu i to się skończyło. Zszedł do „metro" .

Na rue de la Roquette było ciemno i brudno. Na chodnikach i na jezdni leżały odpadki brukwi, podstawowej jarzyny wszystkich ulicznych targów, w powietrzu unosił się smród kiszonki wydobywający się z przepełnionych pudeł na śmieci poustawianych w sieniach domów. „A jednak" - pomyślał znowu wchodząc do wielkiej kamienicy i wślizgując się w długi i źle oświetlony korytarz. Pubela wałęsała się tu jak zwykle, zawsze pijana i czatująca czerwonymi oczkami na wejście każdego lokatora. Gdy przylgnął do drzwi aby otworzyć je i wsunąć się do swojego pokoju uchylając je jak najwęziej, czuł jej wzrok na karku i słyszał chwiejne ruchy poza plecami. Wsunął się bokiem i z ulgą przekręcił klucz w zamku.

Pokój S. przypominał wnętrze łodzi podwodnej. Poza normalną plątaniną rur wszelkich kalibrów rozpełzniętych po ścianach, które każdy pokój w tym mieście zamieniają bez żadnych dodatków w coś w rodzaju kotłowni, S. wykorzystał każdy decymetr kwadratowy i sześcienny przestrzeni zapełniając ją sprzętem radiowym, akumulatorami, bateriami, odbiornikami i sporym nadajnikiem własnej konstrukcji. To była jego duma, ostatni produkt i rezultat wytężonej pracy. Przy jego pomocy mógł teraz zamącać sąsiadom odbiór i zmusiwszy ich do milczenia, spokojnie słuchać muzyki. Jeszcze w płaszczu podszedł do niego i spojrzał z zadowoleniem. Przyda się na ciepłe miesiące gdy wszystkie okna otwierają się na podwórze i piekielna kakofonia kilkunastu odbiorników zatruwa spokój każdego wieczoru.

„Dlaczego hołota tak lubi hałas?" - zastanowił się i postanowił kiedyś przemyśleć to zjawisko do głębi. Już sam fakt, że obydwa wyrazy pisały się przez samo "h" nasuwał pewne podejrzenia. Było mu teraz trochę żal że wieczór był jeszcze chłodny i obawa przed „congestion" trzymała okna zamknięte. Miał ochotę wypróbować. Cieszył się specjalnie na utrącanie tego szanteklera z „Ici Londres"; nie znosił jego głosu i tonu, z których wynikało że walczy Francja, a inni są tylko jej sprzymierzeńcami.

W pokoju było czysto i nawet w małej kuchence panował wzorowy porządek. S. zdjął płaszcz. powiesił go starannie na wieszadle i zapaliwszy gaz postawił wodę na herbatę. Potem nalał do szklanki czerwonego wina, zdjął z półki z nutami gruby zeszyt i usiadł w fotelu. Przed jedzeniem lubił zawsze poczytać coś ze swoich "Myśli". Ostatnia, zapisana poprzedniego wieczoru, olśniewała go swoją trafnością i napawała dumą. ,,W każdej cywilizacji nie rola dołów jest ważna lecz rola góry. Cywilizacja rozpada się gdy góra zaczyna znajdować smak w rozkładzie, gdy sam proces rozkładu zaczyna być identyfikowany z cywilizacją". Zamyślił się. Odkręcił pióro i dopisał u dołu w nawiasie: "Francja?". Był pewny że znak zapytania dodał temu ciężaru intelektualnego. Prawdziwy intelektualizm sprowadza się zawsze do pytania, odpowiedzi może się nie bać tylko prostak. Na pytania stawiane przez najgenialniejsze umysły odpowiadało i odpowiada zawsze chamstwo. Teraz Hitler i Stalin. I wynik był bezbłędnie jednakowy. Po nich odpowiedzą Amerykanie.

Imbryk z gwizdkiem zaświstał wesoło i S. wstał aby zaparzyć herbatę. Wokoło było cicho i był pewny że uda mu się spokojnie wysłuchać siódmej symfonii Beethoven'a. Od kilku lat obserwował już von Karajana i był pewny, że ten młody dyrygent wybije się bardzo szybko na jedno z pierwszych miejsc. Nakrył dla siebie na małym stoliku, otworzył puszkę sardynek, obrał kilka zimnych kartofli i pokroiwszy je w talarki, przyrządzał apetyczną sałatkę. Chleb był ciemny i kluskowaty, na pewno z domieszką trocin lub jakiegoś innego świństwa, ale na to nie można było poradzić. Usiadł i wsunąwszy róg czystej serwetki za kołnierzyk, zabrał się do jedzenia. Popijał wino i żałował że nie kupił tuzina ostryg. Już niedługo skończą się razem z miesiącami z "r". Jeszcze "Avril" i potem aż do "Septembre" bez ostryg.

Było naprawdę cicho i z przyjemnością wsłuchiwał się w krótkie, urywane dźwięki gdy potrącił widelcem o talerz lub szyjką butelki o krawędź szklanki. W którejś z rur przeleciała z szumem woda. Wstał i wyjąwszy z półki z nutami album sonat Beethovena zaczął go przerzucać przy jedzeniu. Wydawało mu się, że jeden motyw z siódmej był w którejś z nich ale nie był pewny. Usłyszał pukanie do drzwi. Spojrzał z niedowierzaniem, odczekał, pukanie powtórzyło się. Wstał, przekręcił klucz i chciał wyglądnąć przez szparę. Pchnęli drzwiami gwałtownie, odepchnęli go nimi prawie na środek pokoju i weszli.

Było ich trzech. Jeden mówił źle po niemiecku, dwaj inni nie zwracali na niego uwagi wymieniając między sobą krótkie słowa po niemiecku, twarde l bezosobowe jak stukot telegrafu. Nie zamknęli drzwi za sobą i rozglądali się po pokoju, podchodzili do aparatów. Z korytarza wpadał przeciąg i kartka w albumie sonat uniosła się, stanęła pionowo, zachwiała się i opadła z powrotem. Drgnęła zasłona w oknie i sucha pelargonia w doniczce przygnieciona na chwilę brudnym kretonem, wyprostowała się sprężyście. S. stał przygarbiony i wszystko widział.

Do okna było pięć wzorzystych kwadratów na wydeptanym linoleum, po korytarzu kręciła się bezszelestnie Pubela i zaglądała ciekawie do środka, gdzieś smażyli coś na ohydnym tłuszczu wołowym i pokój napełniał się ciężkim zaduchem. Francuski „flick” podszedł do niego i przesunął po nim z wprawą rękami. ,,Keine Waffe" - powiedział zwracając się ze służalczym uśmiechem do tamtych. Oglądali z zainteresowaniem nadajnik. S. przyglądał się Francuzowi i nagle nienawiść zamroczyła go. Skośnym spojrzeniem obliczył dystans do drzwi i skoczył zwinnie zatrzaskując je za sobą. Dostrzegł tylko jak PubeIa rzuciła się wprzód i zaczęła niespodziewanie pewnie biec przed nim. W tych kilku susach, w których doganiał ją, pomyślał że gdy wyskoczą i zaczną strzelać, mogą trafić i ją. Zapał ją za ramiona, zręcznie podbił nogi i zwalił na podłogę. Wyprostował się i biegł dalej. To go zgubiło, strzały dosięgły go tuż przed zbawczym zakrętem na klatkę schodową. Gdy upadał w tył pomyślał tylko, że lepiej tak. Tam w dole na ulicy, nie mógł oczekiwać pomocy od nikogo, to nie była Warszawa. Żal i tęsknota rozświetlały nadchodzący mrok. Spod przymkniętych powiek dostrzegł nad sobą czerwone oczki Pubeli.
- C'est pour ... - zdołał tylko wyszeptać.

Opieczętowali drzwi, znieśli go szybko do samochodu. „Je l’ai au quand mêmê, ce salaud" powiedział głośno Francuz. Odjechali dyskretnie i tylko na korytarzu i na schodach pozostały gwiazdki rozpryśniętej krwi. Mieszkańcy sąsiednich pokojów wychylali się ostrożnie, zbijali w lękliwą grupkę rozmawiając szeptem. Henri obracał brzuchem wokoło i opowiadał dokładnie, ze szczegółami, jakby wszystko widział. Pubela podeszła do niego i pokazując z głupim uśmiechem na czerwone plamy mówiła w kółko: „Powiedział: c'est pour, c'est pour ... " Henri rozejrzał się przezornie i spojrzawszy na nią wyniośle podniósł w górę rękę z wytkniętym palcem wskazującym: - "Pour la Pologne, imbécile".

**************

*) Karol Sauczey – wzmianka prasowa kogoś o tym nazwisku dotyczy  aspiranta do adwokatury lwowskiej bodajże z 1909 r. Trochę więcej jest na temat: Tadeusz Sauczey, także ze Lwowa. Np. firma handlowa Łopuszański & Sauczey. Ale nie dogrzebałem się, czy Karol i Tadeusz to były osoby spokrewnione, no i czy mają coś wspólnego z bohaterem eseju.

********
Akcent, Literatura i sztuka, 4, (118)/2009
(str. 10-21)

*********

Wykaz moich wszystkich notek na portalu "Szkoła Nawigatorów" pod linkiem:

http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/troche-prywaty



tagi: mistrzowie prozy 

stanislaw-orda
29 listopada 2025 21:09
5     835    7 zaloguj sie by polubić

Komentarze:

MarekBielany @stanislaw-orda
29 listopada 2025 22:48

Nie dam plusa. Brak percepcji. To jest jak Zwierzęntowskaja.

 

mazurek a oberek ?

 

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @MarekBielany 29 listopada 2025 22:48
29 listopada 2025 23:14

a dałbyś radę napisać coś jeszcze równie śmiesznego?

zaloguj się by móc komentować




zaloguj się by móc komentować