-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Pytanie do Dana Browna

 Pytanie zaanonsowane w tytule notki sformułowałem w zakończeniu niniejszego tekstu, który jest jeszcze jednym z „odgrzewanych kotletów” ze zbioru moich publikacji netowych, bo liczy sobie już nieomal 10 lat, od debiutu na s24 (wówczas jeszcze w zakładce POLIS MPC, a nie na swoim blogu).  Jestem pewien, że  się nie  zestarzał, czyli  nie mam powodu aby go nie zamieścić. Jak zwykle dodałem kilka przypisów [...],  ale tym razem wyjatkowo mało.

Na początek tło, które jest potrzebne dla celów kompozycyjnych. Będzie ono przydatne głównie z tego powodu, aby w dalszej części tekstu nie było potrzeby wyjaśniania każdorazowo szczegółowych kwestii, które, jak oceniam, bez naszkicowania owego tła okazałyby się znacznie mniej czytelne.

Tło
Żyjemy w konkretnym miejscu świata, które charakteryzuje się właściwymi dla tegoż miejsca uwarunkowaniami. Rok na naszej planecie mierzy ok. 365 dni i nocy, zarówno w Chinach, jak i w Chile, czy w Anglii. W strefie umiarkowanej mamy w ciągu roku dwa momenty równonocy, nie zaś trzy czy pięć. Na niebie dane pokolenie widzi jedno Słonce i jeden Księżyc oraz wciąż te same gwiazdy w tych samych miejscach. Niekiedy pojawi się na nim kometa. Deszcze i woda są niezbędne do życia, nawadniania upraw, hodowli, gaszenia pożarów, a rzeki i morza służą jako akweny do transportu ludzi i towarów. Wiatr jest wszędzie zjawiskiem powszechnym. Postać matki z dzieckiem lub patriarchy z siwą brodą to archetyp ogólnoludzki, znany wszystkim kulturom i cywilizacjom. Prawie wszędzie można spotkać szczyty górskie , lasy, rzeki czy jeziora. A także zwierzęta hodowlane jak krowa, koza, koń, wół, ptactwo, ale przecież i pies, i kot. Pewne gatunki fauny i flory są wykorzystywane w symbolice częściej niż inne, dla przykładu można tu wymienić lwa, tygrysa, wilka, słonia, ale także kolibra , skarabeusza, węża, czy nawet koguta. Albo kwiat róży, lilii, chryzantemy czy orchidei. Powszechnie występujące są zjawiska w rodzaju powodzi, trzęsienia ziemi, wybuchu wulkanów, huraganów i nawałnic z grzmotami i błyskawicami. Można, rzecz jasna, ciągnąć znacznie dłużej taką listę, ale prędzej czy później jej pojemność. Okazałby się skończona. Wymienione przykładowo uwarunkowania związane z konkretnym miejscem, czyli cechy charakterystyki geofizycznej i biologicznej naszego miejsca w świecie powodują, iż ludzie mają do dyspozycji ograniczoną liczbę idei i form rytualnych tworzonych w oparciu o obiekty i zjawiska, których owe idee i formy dotyczą lub mogą do nich nawiązywać. Albo też stanowić punkt wyjścia do różnorodnych transformacji tematycznych, które najczęściej związane są ze zróżnicowaniem powodowanym przez wpływ bardziej szczegółowych lokalnych odmienności kulturowo-cywilizacyjnych.

Uwzględniając naszkicowane tło możemy pokusić się o następującą konkluzję. Zbieżność wspomnianych idei i form rytualnych nie musi być dowodem na istnienie związku przyczynowego, który wyjaśniałby każde podobieństwo używanych w nich motywów. Wszyscy ludzie bowiem egzystują w warunkach, które panują we współczesnej im epoce historycznej. Zarówno kiedyś jak też aktualnie, a także w przyszłości. Tak więc jako punkt odniesienia do wspomnianych inspiracji ideowych stają się te same zjawiska przyrodnicze i zbliżone warunki bytowania. Polowanie, hodowla, uprawa roli, budowa kanałów nawadniających albo tarasów uprawnych, wycinanie lub wypalanie traw i lasów, spław rzekami towarów, rybołówstwo, budowa umocnień, budowle związane z kultem religijnym, produkcja broni i sztuka prowadzenia wojen, formy wymiany towarowej to wszystko elementy bytu doczesnego społeczności ludzkich bez względu na długość i szerokość geograficzną. Ale przede wszystkim narodziny, życie, choroby i nieszczęśliwe zdarzenia, a w końcu śmierć były i są powszechnym doświadczeniem dla przedstawicieli wszystkich ras i kultur. Nikt od nikogo nie musiał zasięgać wiadomości na ten temat, bo wszyscy znali je z autopsji.

Wzorzec
Konsumpcjonizm, jako jedynie poprawny wzorzec kulturowo-cywilizacyjny, narzucany w skali globalnej od dobrych kilku dziesięcioleci, w którym naczelną zasadą są kategorie ekspansji i kumulowania zysków, wymusza ze względów ekonomicznych standaryzację produktów służących jako przedmioty konsumpcji. Tym samym, stosując zasadę racjonalizacji kosztów wytwarzania (tj. ich minimalizacji, gdyż w przypadku dłuższych serii produktów zmniejsza się koszt jednostkowy) musi dążyć do maksymalnego ograniczania bądź w ogóle niwelowania różnorodności oferty towarowej.. W jej miejsce wytwarzane są ersatze, czyli namiastki różnic przejawiające się np. w formach, kształtach i kolorach opakowania, gdy zawartość tychże opakowań różni się, co najwyżej, trzeciorzędnymi cechami. Wraz z upowszechnianiem oświaty oraz rozwojem technik elektronicznego przekazywania dźwięku i obrazu, do produktów konsumpcji dołączyły wytwory, które w epokach przed pojawieniem się elektronicznych technik odtwarzania, zaliczane były do sfery tzw. nadbudowy. Ale masowość oferty ideolo niesie ze sobą wszelkie konsekwencje zauważalne przy innego rodzaju produktach powszechnego użytku, czyli standaryzację i uproszczenie. W przypadku np. literatury czy filmu jest to bazowanie na kilku stałych schematach fabularnych wykorzystujących najbardziej podstawowe interakcje (miłość, nienawiść, zazdrość, żądza władzy i pieniędzy, zemsta i kara) i wzbudzających najsilniejsze emocje. Można by dodać do każdej z form ekspresji w dziedzinie kultury przyimek „pop”. W muzyce już od dawna określa on odrębną kategorię utworów. Niemniej, wcale nie tak trudno można byłoby wyodrębnić nurty popularne w każdym z przejawów twórczości związanej z oddziaływaniem na świadomość. Można by, obok pop music, wskazać zapewne na szereg innego rodzaju „popów”. Tematem tej notki będzie nasilający się nurt „religii pop”, czyli różnego rodzaju konfabulacji wykorzystujących motywy i symbole zaczerpnięte z tradycji religijnej, tak się nieprzypadkowo składa, że z reguły dotyczy to tradycji chrześcijańskiej. Używa ich się w celu wykreowania jak najbardziej „sensacyjnych” wątków dla zapewnienia stosownego rozgłosu i w konsekwencji zbicia kasy. Czyli przemysł medialny bazuje na trywializacji i fałszowaniu tekstów religijnych, ale oczywiście dotyczy to wyłącznie jednej religii. Pytanie „dlaczego akurat tej” jest pytaniem najzupełniej retorycznym.

Kod
Sztandarowym przykładem powyższego zabiegu jest sukces rynkowy książeczki z cyklu „religious fiction”, czyli „Kod Leonarda” autorstwa Dana Browna. Problem w tym, że nie jest to wyłącznie sukces rynkowy. Utwór ten stał się zjawiskiem kulturowym i, niejako, symbolem dominujących tendencji w przemianach świadomościowo-kulturowych globalnej wioski. Jasne, że największy rezonans ta książka wywołała w społeczeństwach zakorzenionych w tradycji chrześcijańskiej. Jej sukces rynkowy pociągnął wielu naśladowców i pojawiły się masowo klony „Kodu”. Każdy chciałby załapać się na żyłę złota. Nie będę analizował wszystkich drobnych i grubych przeinaczeń, przekręceń interpretacyjnych oraz zwyczajnych fałszerstw użytych w celu potwierdzenia z góry założonej tezy przez D. Browna i jego suflerów. Zostały one już wielokrotnie szczegółowo i kompetentnie wskazane w licznych krytycznych opracowaniach „Kodu”, w pracach biblistów, antropologów, specjalistów od dawnych języków bliskowschodnich, etnografów, archeologów i historyków starożytności. O tym wszystkim można sobie przeczytać (na końcu tego tekstu podaję wybrane pozycje literatury na ten temat) i sprawa z punktu widzenia nauki jest oczywista. „Kod” to pomieszanie fikcji i zmyśleń wkomponowanych w rzeczywiste postaci i niektóre fakty. Natomiast łańcuchy powiązań pomiędzy postaciami i faktami (niektórymi), a zwłaszcza wnioski z tychże, stanowią konfabulację autora powieści. Problem w tym, iż konwencja narracji zastosowana w „Kodzie” sugeruje, że jej treść zawiera zweryfikowane dane i oceny jednoznacznie przyjęte przez historyków i naukowców. Metoda zastosowana przez D. Browna stanowi zatem wariant manipulacji stosowanych przez Ericha von Daenikena, który w podobny sposób „tropi” ślady dawnych cywilizacji ziemskich i „dowody” na ich powstanie przy wydatnej pomocy i inspiracji przybyszów z dalekiego kosmosu. Bajki te odniosły trudny do wyobrażenia sukces rynkowy przynosząc fortunę Dänikenowi W takim samym stopniu sukces i fenomen „Kodu” więcej mówi nam o jego odbiorcach, ilustrując dobitnie ważne zjawisko socjologiczne obecnej doby, niż o motywach autora i manipulacjach zawartych w treści inkryminowanego dziełka. Aby wystandaryzowany produkt kultury masowej mógł odnieść sukces rynkowy musi istnieć nań popyt ze strony odbiorców. Ale odbiorców o dopasowanym do takiego produktu standardzie wrażliwości i wiedzy, czyli odpowiednio „przygotowanych” przez systemy edukacji oraz codziennego, medialnego oddziaływania propagandowego. Odbiorca o coraz większym stopniu ignorancji i lenistwa umysłowego, nastawiony na płytką sensacje rodem z tabloidów, staje się idealnym „targetem” do oferowania mu dowolnej blagi podawanej pod pozorem „naukowości” oraz odkrywania tajemnic, które miały być przed nim ukryte. W ten sposób sugeruje mu się, że oto odważni autorzy książki oferują mu nie tylko owoc zakazany, którego powinien pożądać, ale także odsłaniają przed nim kulisy spisków i manipulacji, które miały na celu okłamać go i zniewolić. Czuje się zatem potraktowany jako ktoś ważny, a także doceniony i zasługujący na to, aby przed nim odsłonić PRAWDĘ, która jest tak pilnie skrywana. To sprytny zabieg psychologiczny polegający na spreparowaniu wielopiętrowej mistyfikacji, w konfrontacji z którą nieprzygotowany czytelnik nie jest w stanie samodzielnie oddzielić fikcję od prawdy.

W niniejszym tekście ograniczę się do podania kilku przykładów[1], które zilustrują metodę manipulacji zastosowaną przez autora „Kodu”, a jako żywo przypominającą schemat postępowania z przepowiedniami Nostradamusa[2]. Można założyć, iż D. Brown „wstrzelił się”, zawartą w „Kodzie” interpretacją treści biblijnych w nurt feministyczny głównie ze względów marketingowych. Nurt ten, który w najnowszej wersji „political correctness, stanowi istotny element narzucanego globalnej wiosce kulturowego przeformatowania świadomości.

Konfabulacje i przeinaczenia
Wg D. Browna, rodowód imienia Boga w Starym Testamencie stanowi połączenie dwóch słów, czyli Jah (forma wtórna i skrócona od JHWH), które jest rodzaju męskiego oraz Hawa, rodzaju żeńskiego. Otóż w tradycji religii mojżeszowej imienia JHWH (tetragram) nie wymawiano. Prawo do tego przypisane było tylko dla arcykapłana Świątyni Jerozolimskiej, i tylko w dniu święta Yom Kipurim, czyli raz w roku, kiedy arcykapłan udzielał uroczystego błogosławieństwa. We wszystkich innych przypadkach z konieczności używano określeń zastępczych. W modlitwach codziennych posługiwano się najczęściej imieniem Adonaj („Panie mój”). W tym miejscu nieco dygresji historyczno-lingwistycznej. Otóż w języku hebrajskim jednoznaczny zapis samogłoskowy wprowadzony został w wiekach IX-X po ur. Chr. Był to tzw. system masorecki o niejednorodnej wokalizacji i dwóch formach zapisywania samogłosek poprzez umieszczanie kresek nad spółgłoską lub kropek - punktów, głównie pod nią (tzw. punktacja). Natomiast dla obecnego języku hebrajskiego przyjęto, jako standardowy, system wokalizacji tyberiadzkiej (punktacyjny). Wcześniej, czyli w tekstach starożytnych, w ogóle nie stosowano zapisu do wymowy samogłosek. Gdy więc zapiszemy ădonäj, a następnie samogłoskami występującymi w nazwie tego rzeczownika uzupełnimy spółgłoski składające się na tetragram, otrzymamy zapis w przybliżonym brzmieniu JeHoWaH. Wymowa samogłosek przy spółgłosce gardłowej oraz innych spółgłoskach oznaczana jest dla pisma hebrajskiego w charakterystycznysposób, ale omówienie tego wątku, ze względów edytorskich oraz luźnego związku z tematem, nie jest niezbędne. W każdym razie uzupełnienie zapisu JHWH samogłoskami z wyrazu Adonai wskazywało, że w tym miejscu powinno się wymawiać właśnie imię Adonaj. Etymologicznie tetragram wywodzi się od aramejskiego rdzenia hwj („być) i, wg najszerzej przyjętej wśród językoznawców interpretacji, należy go czytać jako: „ON JEST” (w innych wersjach także: „TEN, KTÓRY JEST”, „ISTNIEJĄCY”, „BĘDĄCY”). Zgodne jest to z tłumaczeniem określenia znajdującego się w starotestamentowej Księdze Wyjścia (3,14), a dotyczącego objawienia imienia Boga jako: „JESTEM, KTÓRY JESTEM”. Z kolei drugi człon imienia, wedle sugestii zawartej w „Kodzie”, brzmiałby Hawa. Imię pierwszej kobiety znajdujące się w Księdze Rodzaju (3,20) w transkrypcji z języka hebrajskiego ma zapis chawwah, co wskazuje jakoby na występowanie związku. Tyle, że w tetragramie występuje spółgłoska he (h), zaś w imieniu Ewy spółgłoska het (ch). Zamiana spółgłosek, poza tym, że stanowi błąd ortograficzny, może wskazywać na inny sens znaczeniowy.

Konfabulacja D. Browna, aby dołączyć modny wątek feministyczny, który jest przecież motywem przewodnim „Kodu”, nie znajduje uzasadnienia w żadnych opracowaniach etymologicznych dotyczących tetragramu.

Podobnie dzieje się z nadinterpretowanymi afiliacjami feministycznymi dla imienia Ariel, które przedstawiane jest jako mające związek z sakralnością kobiecą. I znowu kojarzenie ww. imienia z żeńskimi odniesieniami nie znajduje potwier- dzenia w etymologii ww. nazwy. Etymolodzy wywodzą jego brzmienie albo z rdzenia ‘rh (palić, spalać),w znaczeniu „ołtarz całopalny” (na cześć Boga), albo z rdzenia ‘rj (lew), jako części składowej imienia Ariel. Niektórzy wywodzą owe imię z przedkaananejskiej nazwy miasta Jerozolima, która brzmiała Urusalim. W nazwie tej występowało, obok okreslenia miasta (Ur - miasto) imię pogańskiego bóstwa czczonego w Kaananie tj. Salim, które plemiona hebrajskie, po zajęciu ziemi Kaanejczyków, zastąpiły imieniem El ( Uruel – Ariel).
Nie będę rozwodził się szczegółowo nad kluczowym wątkiem „Kodu”, czyli małżeństwa Jezusa z Marią z Magdali oraz losami potomstwa z tego związku, gdyż ta konfabulacja w „Kodzie” została dokładnie wyjaśniona i tak samo dokładnie wyśmiana przez wszystkich liczących się badaczy. Ciekawostkę natomiast stanowi wypowiedź D. Browna przy okazji procesowania się z nim w sprawie o plagiat przez autorów książki pt: „Swięty Graal, Święta krew” (R. Leigh i M. Baignet), gdy argumentował on przed sądem, że motyw małżeństwa Jezusa z Marią Magdaleną nie jest faktem historycznym, ale fikcją literacką, zatem jako wątek fabularny stanowi wartość chronioną prawami autorskimi. Ale jako jeden z kluczowych „dowodów” na ww. rolę i pozycję Marii Magdaleny, wskazana jest przez jednego z bohaterów „Kodu”, postać znajdująca się na prawo od Chrystusa na obrazie namalowanym przez Leonarda z Vinci pt. „Ostatnia Wieczerza”. Na obrazie jest trzynaście postaci łącznie z postacią Jezusa, ale w książce nie sprecyzowano, którego z apostołów miałoby wobec tego zabraknąć w gronie uczestniczących w wieczerzy. Wystarczy obejrzeć inne dzieła Leonardo, aby przekonać się, iż rysy wielu postaci są bardzo „żeńskie” (np. „Święty Jan Chrzciciel”). Niektórzy dopatrują się w tym wpływu domniemanych inklinacji seksualnych tego wybitnego artysty, inni wskazują na ówczesną konwencję malowania postaci świętych w nadawaniu im rysów „anielskich”. Tak czy siak, od „zawsze” wiadomo, iż ową postacią na obrazie Leonarda jest apostoł Jan, gdyż na rysunkowym szkicu obrazu, który się zachował do naszych czasów, znajdują się, wykonane przez artystę, podpisy z imionami poszczególnych postaci apostołów.

I jeszcze jedna uwaga wskazująca na rodzaj przekłamań znajdujących się w „Kodzie”, a dowodząca, iż dla z góry założonej tezy można uciekać się do grubego kalibru kłamstw. Zapewne z uzasadnionym przekonaniem, iż statystyczny produkt amerykańskiego systemu edukacji na pewno się w nich nie połapie. Moim zdaniem, nie jest w stanie połapać się w sposobie montażu tej fikcji nie tylko produkt systemu amerykańskiego, ale również dowolnego europejskiego, o azjatyckim nie wspominając.

Oto jeden z bohaterów „Kodu” o nazwisku L. Teabing głosi tezę, iż w zakres skarbu Sangraela (Św. Graala) wchodzą tysiące stron dokumentów, które nie zostały poddane żadnym badaniom i opracowaniom, a zostały napisane przez pierwszych wyznawców Jezusa, którzy czcili Go jako nauczyciela i mistrza, ale tylko jako człowieka. Znany jest tylko jeden manuskrypt o ww. tematyce, którego autorstwo przypisywane jest Marii z Magdali, pt.: „Pytania Marii Magdaleny”. Było to, dotychczas nie odnalezione, pismo gnostyckie dotyczące Marii Magdaleny. Wzmianka o jego istnieniu znajduje się w tzw. Spisie Samarytańskim wymieniającym apokryfy Nowego Testamentu. I dalej, D. Brown, ustami L. Teabinga, twierdzi że powstało ponad 80 ewangelii, z których do kanonu wybrano tylko cztery. Pominę dalsze konfabulacje o tym, że skład kanonu Starego i Nowego Testamentu narzucił rzymski cesarz Konstantyn Wielki, gdyż jest to po prostu niczym nie poparte zmyślenie. Natomiast jeśli chodzi o ilość Ewangelii, spis pozycji biblioteki z Nag Hammadi zawiera 45 tytułów, w tym pięć oddzielnych tekstów, które w tytule mają słowo „Ewangelia”. Są to Ewangelie: Prawdy, Marii(Magdaleny), Tomasza, Filipa, Egipska.

Tym gorzej dla faktów

Niefrasobliwość D. Browna w epatowaniu czytelnika nazewnictwem związanym z wczesnymi dziejami chrześcijaństwa jest szokująca. Otóż manuskrypty odnalezione w grotach w Qumran dotyczą praktycznie w całości ksiąg Starego Testamentu. Nie może nic w ich treści być zatem zgodne lub niezgodne z tekstami zawartymi w Ewangeliach. Jeden tylko dokument można identyfikować, jako tekst Ewangelii. Jest nim manuskrypt oznaczony kodem 7Q5, czyli piąty fragment z siódmej groty w Qumran (zwoje z Qumran odnaleziono w jedenastu grotach). Jeśli ktoś sobie wyobrażał, iż tego rodzaju dokument to coś w rodzaju współczesnego kilkudziesięciostronicowego opracowania, to informuję, iż fragment 7Q5 stanowi skrawek o wymiarach 3,9 cm na 2,7 cm, który zawiera 18 lub 20 liter, w tym tylko jedno trzyliterowe (spółgłoski) słowo w całości. W ten sposób z 80 ewangelii, wyliczonych przez D. Browna, pozostają nam cztery ewangelie z kanonu, pięć ewangelii apokryficznych z Nag Hammmadi oraz wspomniany fragment tekstu z Qumran, który prawdopodobnie jest fragmentem Ewangelii Św. Marka. Ewangelia ta zostałą  ostatecznie zredagowana ok. dwa dziesięciolecia przed 68 r. po ur. Chrystusa, mogła więc z całą pewnością dotrzeć do Qumran[3].

Podsumowanie
Na przykładzie popkultury biorącej za swój temat tradycję religijną można wysnuć pewne wnioski o kondycji bezkrytycznego odbiorcy wspomnianego rodzaju oferty kulturalnej. Przede wszystkim musi on mieć zachwiane poczucie hierarchii, co jest efektem ubocznym demokratycznego wzorca egalitaryzmu wszystkich i wszystkiego. W tym wypadku zrównana jest tradycja religii, która oparta jest na po wielekroć weryfikowanych i sprawdzanych pod kątem autentyczności przekazach, z frywolną i w sumie prymitywną zabawą terminami, nazwami i osobami zapożyczonymi z tej Tradycji, a osadzonymi w fabule sensacyjnej historyjki wymyślonej dla potrzeb komercji, niczym bohaterowie pierwszego lepszego komiksu.

Pytanie
Moje pytanie do Dana Browna brzmi; kiedy możemy spodziewać się podobnych przeróbek literackich, a de facto zleconych scenariuszy do filmów, ale dotyczących postacii Mojżesza, Mahometa, Buddy czy bodaj Konfucjusza?

Rzecz jasna to pytanie jest z rodzaju retorycznych.

 

Przypisy:

[1] Przykłady przytoczone głównie za:
Sławomir Stasiak „Thriller teologiczno-archeologiczny”: Poszukiwanie kodu czy prawdy?
Wydawnictwo Wrocławskiej Księgarni Archidiecezjalnej 2007 r.;

[2]Tekst pt.: http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/tako-rzecze-nostradamus

[3] Qumran zostało zajęte przez oddziały rzymskie tłumiące powstanie w Judei (66-70 n.e.) w roku 68. Mieszkańcy albo uciekli przed nadejściem Rzymian, albo zostali deportowani lub wybici.

Lektury w jęz. polskim (wybór):

Apokryfy Nowego Testamentu, tom I: Ewangelie apokryficzne. (red. M. Starowieyski)
TN KUL Lublin 1986, 2003.

Kto jest kim w Biblii? P. Calvocoressi; Wyd. Łódzkie, Łódź 1992.

Archeologia biblijna t. 1, S. Gądecki; Gniezno 1994.

Biblia dzisiaj (red. M. Kudasiewicz); Znak, Kraków 1969

Rękopisy znad morza martwego, Qumran – Wadi Murabba’at – Masada; The Enigma Press,
Kraków 1996

Małżeństwo i rodzina w Biblii, S. Szymik w : Życie społeczne w Biblii (red. G. Witaszek)
RW KUL, Lublin 1997

Kod Leonarda da Vinci – fakt czy fikcja? A.J. Palla; Betezda, Rybnik 2004

 

 

 



tagi: religious fiction 

stanislaw-orda
10 stycznia 2019 12:52
6     925    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
gabriel-maciejewski @stanislaw-orda
10 stycznia 2019 12:59

Unu, z Danem możesz co najwyżej o wypłacie porozmawiać

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @gabriel-maciejewski 10 stycznia 2019 12:59
10 stycznia 2019 14:33

no przecież napisałem, że pytanie jest retoryczne

zaloguj się by móc komentować

Autobus117 @stanislaw-orda
10 stycznia 2019 14:45

No masz Pan zdrowie. Sporo czasu poświęcił Pan na analizę kompletnego dyletanta.  Kod przeczytałem z nudów w jakiejś głuszy. Facet robi błędy z kryminałów z  B a może C klasy. Jest jakaś akcja z porwaną furgonetką. Błyskotliwy bohater nie wiedział że jakieś bankowe furgonetki mają nadajnik! Takich pereł tam więcej. Odpuściłem.

Co do książek o Mojżeszu Buddzie i innych. Powstaną takie w tym, że Konfucjusz będzie "afroamerykaninem", a Budda dilerem świec zapachowych.

Pozdrawiam

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Autobus117 10 stycznia 2019 14:45
10 stycznia 2019 15:04

Raczej stawiałbym na to, że nie powstaną.

W Paryżu nie tak dawno spróbowali z karykaturami  Mahometa, i chyba juz więcej nie spróbują.

zaloguj się by móc komentować

Autobus117 @stanislaw-orda 10 stycznia 2019 15:04
10 stycznia 2019 15:29

Jakiś czas temu hollywood wypuścił Dzień Niepodległości. Świat uratowali: żyd, murzyn i jakiś biały chrześcijanin alkoholik który poświęcił się dla ludzkości. Był pewnie pijany lub na kacu. Tacy ci biali chrześcijanie już są. Chwała spadła na tych dwóch. To pójdzie w tę stronę.

Mojżesza nie dotkną.

zaloguj się by móc komentować


zaloguj się by móc komentować