-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Szlachectwo nie (z)obowiązuje

 

Notka stanowi uzupełnienie poprzednio zamieszczonego tekstu tego samego Autora http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/panowie-i-szlachta , a który to tekst został opublikował ponad 60 kilka lat temu.
Przypomnę, że moje ingerencje w tekst oryginalny to:
1/ dodanie przypisów w nawiasach kwadratowych […];
2/ oznaczenie pominięć fragmentów tekstu poprzez (…).

„Pierwszą znaną uzurpacją tytułu w Polsce, może w dobrej wierze, ale jednak uzurpacją, był fakt "nadania" posiadanego przez Tęczyńskich tytułu hrabiów na Tęczynie współherbowym Ossolińskim. Od tego czasu Ossolińscy tytułowali się stale "hrabiami na Tęczynie". Ludwik Kubala twierdzi, że działo się to na zasadzie "prywatnej” cesji tytułu, której miał dokonać Jan Tęczyński, kasztelan wojnicki, zmarły bezpotomnie w r. 1593. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludwik_Kubala
(…)
Nigdzie już wtedy i nigdy potem nie można było przenieść tytułu rodziny na rodzinę, czy to w formie cesji, czy adoptacji, inaczej niż za specjalnym zezwoleniem panującego. W konkretnym wypadku musiały istnieć nie znane nam względy, dla których Tęczyńscy nie zaprotestowali przeciwko używaniu ich tytułu przez inną rodzinę. Jedynym zachowanym śladem opinii panującej w rodzinie Tęczyńskich o tej cesji, jest fakt że ostatni z Tęczyńskich, zmarły w r. 1638 Jan, wojewoda krakowski, podpisywał się jako "ultimus vivorum de Tenczyn" (ostatni mąż na Tenczynie).
[zobacz: http://www.ratujtenczyn.org.pl/Ktory_Jan_spoczywa_w_kosciele_w_Tenczynku.html]

Często później podstawą uzurpacji było wpisanie do aktów państwowych dyplomów na dawniej nadane tytuły. Po dokonanym wpisie dyplom wycofywano, uniemożliwiając w ten sposób, zazwyczaj raz na zawsze, stwierdzenie jego autentyczności. Jaką bowiem mamy dzisiaj możliwość stwierdzenia, czy dyplom Latalskich z r. 1538, oblatowany dopiero w r. 1606, był prawdziwy? Julian Błeszczyński twierdzi że wiele starych pergaminów, stwierdzających osławione dostojeństwo komesów, a oblatowanych nawet i w Metryce Koronnej w XVI w. i później, to falsyfikaty.
[https://pl.wikipedia.org/wiki/Julian_B%C5%82eszczy%C5%84ski]

Wzmacnia podejrzenia fakt, że chociaż do r. 1638 nie było po temu zasadniczych przeszkód ,takie niby „potwierdzenia” tytułów w Polsce nie przeszły nigdy przez sejm. Nie ma o nich ani słowa w "Volumina Legum".
[https://pl.wikipedia.org/wiki/Volumina_Legum]

Król zezwolił wpisać do aktów, ale nikt się nie kwapił aby się swoim sukcesem pochwalić Zaczęto się chwalić dopiero w wiele lat później. Na takich oblatowanych i nie oblatowanych falsyfikatach opierały się najrozmaitsze legendy o pochodzeniu niektórych rodów od jednego z 24 syn6w Leszka, a nawet od rzymskich cezarów. Czas patynuje równie pięknie miedź na dachach jak fałszerstwa. Często już wnukowie autorów takich podań święcie wierzyli w ich prawdziwość. W nic nie jest tak łatwo uwierzyć, jak w dostojne pochodzenie swoich przodków. Pochlebstwo dokonywa reszty.

Polacy często używali tytułów przebywając za granicą. Boniecki notuje wypadek, kiedy to już w r. 1616 X. Jan Konopacki, wojewodzic chełmiński, złożył w Padwie swój podpis jako "hrabia z Konopatu".
[https://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Boniecki_(heraldyk)

http://ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/jan-konopacki]

W samej Polsce konstytucje w latach 1638 i 1673 bardzo uzurpacje utrudniły. Mimo to, za czasów saskich, używanie nieprawne tytułów zaczęło wchodzić w modę. Nawet tak niepotrzebujący sztucznego blasku wielki pan, jakim był hetman wielki koronny i kawaler [Orderu] Złotego Runa, Jan Klemens Branicki, używał (podobnie jak jego ojciec i dziad) tytułu hrabiowskiego, do którego prawa nie posiadał. Toteż dziwne się wydaje że dopuszczony 4 listopada 1763 „aux Honneurs de la Cour" na dworze Ludwika XV w Wersalu, jeden z książąt Czartoryskich, zapewne Józef Klemens, został na liście audiencjonalnej wpisany bez tytułu, a przecie musiało to zależeć od jego woli, skoro miał do tytułu niezaprzeczalne prawo. Może powodem takiej skromności ks. Czartoryskiego był fakt o wiele starszego niż w Polsce nadużywania tytułów we Francji. W latach bezpośrednio poprzedzających (…) rewolucję miało być we Francji nie mniej niż 8000 rodzin margrabiów, hrabiów, baronów itd., z czego trzy czwarte stanowiły tytuły uzurpowane. Dosyć przypomnieć, że nawet Wolter nabywszy Ferney zaczął się tytułować "comte de Ferney" [hrabia na Ferney] i nadał sam sobie herb "d’azur à trois flammes d'or" [lazur i trzy złote płomienie]; [https://en.wikipedia.org/wiki/Ferney-Voltaire].

Ustawy trzech mocarstw, pod których panowaniem znaleźli się Polacy po rozbiorach, zapobiegały uzurpacji tytułów. W zaborze pruskim uzurpacje były niemożliwe. Aż do ostatnich lat cesarstwa niemieckiego tamtejsze władze ścigały najmniejsze uchybienie. Niewiele też było takich wypadków, a te które się zdarzyły, zostały zlikwidowane wyrokami sądowymi. W zaborze austriackim wprowadzono od samego początku ustawowo tytuły dla większości rodzin, z których mogliby się rekrutować pretendenci do tytułów, nie było więc, w pierwszym przynajmniej okresie, potrzeby uciekania się do uzurpacji. Poza tym władze krajowe czuwały pilnie nad właściwym używaniem przyznanych tytułów.

Jedynym zaborem, w którym częściej spotykać się było można z próbami uzurpacji, był zabór rosyjski. Wprowadzone tam gubernialne szlacheckie deputacje wywodowe były w pierwszych kilkudziesięciu latach po rozbiorze głównym terenem nadużyć.

Punkt 12-y paragrafu 92 "hramoty" Katarzyny II z r. 1785 przewidywał, że dowód szlachectwa przodków może być, w braku dokument6w, stwierdzony pisemnym zaświadczeniem dwunastu szlachty „0 których szlachectwie nie ma wątpliwości". Ten punkt w "hramocie" zadecydował, że w t zw. guberniach zachodnich Rosji, czyli na ziemiach oderwanych od Rzeczypospolitej, szlachta zaczęła masowo wystawiać zaświadczenia o hrabiowskim tytule różnych rodzin bez najmniejszych do tego podstaw i wbrew wszelkiej prawdzie. Trudno dzisiaj pojąć, co mogło sprawić, że ta sarna szlachta, która kiedyś zwalczała wszelkimi sposobami próby używania przez Polaków nadanych im prawnie tytułów, ułatwiała potem uzurpacje. Zwalczała kiedyś wprowadzenie we własnym kraju ustaw, które w mniemaniu tej samej szlachty naruszały "aegalitatem", a potem w deputacjach, ustanowionych przez wroga-zaborcę, kreowała urojone tytuły. Nie przeszkodziło to potem polskim „marchands des merlettes” twierdzić, że przecie chyba ważniejszy Jest tytuł przyznany zgodnie z polską tradycją przez polski czynnik obywatelski, którym niby być miały wywodowe deputacje, niż tytuły nadane przez obcych monarchów.
[handlarze z Merlette. Merlette to nazwa sieci handlowej o specjalizacji odzieżowej; tutaj synonim handlarzy podróbkami].
Twierdzenie to nie wytrzymuje krytyki, gdyż komisje wywodowe ustanowiła Katarzyna II na pewno nie dla zachowania polskich tradycji narodowych, następcy Katarzyny II nie tylko znieśli deputacje ale unieważnili wstecz ich decyzje. Jeżeli deputacje odegrały korzystną rolę dla elementu polskiego, to tam gdzie stwierdzały pochodzenie drobnej szlachty, broniąc w ten sposób od rusyfikacji.

Drugim, częstym stosunkowo faktem z kategorii uzurpacji było uzyskiwanie od władz zaborczych „za- twierdzeń” niby to dawnych tytułów. Istniala bowiem forma nadania tytułu, jednocześnie z formą zatwierdzenia dawniej posiadanego, a jeszcze w Rosji nie uznanego.

Znany jest wypadek zatwierdzenia tytułu książęcego w Rosji, bez obowiązku złożenia wymaganych dokumentów, gdyż te „zaginęły w czasie buntu 1831 roku". Znane są też wypadki zatwierdzenia tytułów nadanych jakoby jeszcze w Średniowieczu przez różnych królów i książąt. Najwięcej takich tytułów spotykamy za panowania Mikołaja I. Z punktu widzenia prawa, nie ma różnicy między tytułem "nadanym" a jedynie przez niego "zatwierdzonym". Ważnym momentem była tylko jego wola [tj. wola monarchy], aby dana rodzina tytuł posiadała. Forma, w jakiej tytułu udzielono, była rzeczą drugorzędną. Władze zaborcze zbyt dobrze znały kandydatów do tytułu, aby można było twierdzić, że zostały wprowadzone w błąd przez czyniących starania i przez złożone przez nich dokumenty. Proceder wprowadzania w błąd obcych monarchów w celu uzyskania zatwierdzenia nie istniejących przedtem tytułów, został z powodzeniem i wielokrotnie zastosowany dopiero po wielkiej wojnie. [I wojna światowa].

Po rozbiorach także utarł się zwyczaj nieprawnego używania mitry książęcej nad herbem przez wiele rodzin niby książęcego pochodzenia. Wytyka to fałszerstwo herbu nawet J.A. Jabłonowski we wstępie do swojej „Heraldyki". Józef Wolff daje całą listę rodzin, które nazywa "pseudokniaziami", a którym słusznie odmawia prawa do tytułu i mitry, stwierdzając że przodkowie ich nie byli nigdy książętami.
[Józef Aleksander Jabłonowski; „Heraldyka, to jest osada klejnotów rycerskich i wiadomość znaków herbowych, dotąd w Polszcze nie objaśniona”... Lwów, 1742. Wyd. nast. poszerz.: Lwów, 1748; Lwów, 1752; https://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_Aleksander_Jab%C5%82onowski];
[
Józef Wolff ; „ Kniaziowie litewsko-ruscy od końca czternastego wieku”, Warszawa 1895 (reprint Warszawa 1994); https://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_Wolff_(historyk)].

Polska korona szlachecka przypomina swoim kształtem używaną na Zachodzie koronę margrabiowską, co niejednemu ułatwiło uchodzenie za osobę utytułowaną.

W czasie wielkiej wojny i zaraz po niej, a masowo po ogłoszeniu konstytucji 1921, nieśmiało przedtem używane nieprawne tytuły stały się chlebem powszednim. Nie było prawie stronicy nekrologów „Kurjerze Warszawskim" na której nie znajdowałyby się, opatrzone tytułami wszelkich stopni, nikomu przedtem nie znane z tym dodatkiem, nazwiska. Powstanie tych tytułów okrywała zupełna tajemnica dla wszystkich, z wyjątkiem naturalnie samych autorów. Wspomniana już konstytucja r. 1921, zawierająca paragraf o nieuznawaniu przez Rzeczpospolitą Polską tytułów rodowych, wytworzył stan w którym nikt nie mógł w aktach urzędowych używać tytułów prawnie kiedyś nadanych, ale za to każdy mógł w życiu prywatnym, w korespondencji, w prasie, na biletach wizytowych, sygnetach, wyprawnym srebrze czy bieliźnie, używać najbardziej fantastycznych herbów i tytułów bez żadnej obawy narażenia się na dochodzenie. Wytworzyło to warunki sprzyjające żerowaniu na snobizmie ludzkim. W tych czasach powiedzenie "tradycja ważniejsza niż dyplom" stało się hasłem dnia, dla wszystkich którzy uważali za godziwe używanie tytułu bez posiadania do niego prawa. Dyplom trzeba jednak było zastąpić odpowiednio redagowaną literaturą.

Powstawały też jedno po drugim, w Warszawie i w innych miastach Polski, heraldyczne biura, instytuty, kolegia, czasopisma itd. Były czasem prowadzone z zadziwiającą nieznajomością tematu który omawiały, ale czasem też z ogromną wiedzą. Wiedzą aplikowaną w sposób utrudniający szybkie wykrycie fałszu w podawanych tradycjach i rodowodach.

Wiele szkody prawdzie historycznej przynieśli też sami zainteresowani, wydając całe monografie, pisząc gorące filipiki w obronie "zagrożonych tradycji”, walcząc o prawa dla tytułów „komesowskich” i różnych dostojeństw tego typu. Jako przykład dosyć przytoczyć zdanie jednego z takich szermierzy o uprawnienie bezprawia, który stwierdził, że dwa są tylko w Polsce rodzaje "prawdziwych" tytułów książęce - dynastyczne i hrabiowskie – komesowskie. Trudno brać takie zdanie poważnie.
(…)

Polski pisarz Józef Weyssenhoff, w swojej „Gromadzie" pisał, że w Warszawie „spotkać było można dużo karmazynowej szlachty, nierzadki przeciągał hrabia, a comesów, których przodkowie za Piastów trzęśli krajem, było co niemiara". Wywyższano więc owych komesów.
[http://www.lubelskieklimaty.pl/znani-i-nieznani/102-w/586-weyssenhoff-jozef-emanuel.html]

Tworzono z tego określenia rodzaj fetysza. Przeciwstawiano go prawdzie oczywistej zamkniętej w znienawidzonych, bo nieposiadanych "papierowych nadaniach". Ponad wszystko miała mieć znaczenie tylko t zw. "tradycja”. Tylko "tradycja" miała być ważną podstawą dla wszelkich „prawdziwych" tytułów. Zapomniano że tradycja szlachecka Polski przedrozbiorowej była właśnie przeciwko tytułom. Co partyzanci uzurpacji tytułów w Polsce uważali za tradycję, to były legendy literackie, a częściej jeszcze pamiątki rodzinne, jak np. koperty, na których czyjeś nazwisko występowało z tytułem. Do tradycji zaliczano też wypisy z ksiąg metrykalnych, w których zależny od możnego kolatora proboszcz, wymienił go z tytułem. Przytaczano opowiadania seniorów rodzin o tym, jak to gdzieś, kiedyś, do kogoś, jakiś panujący użył zwrotu „panie hrabio". Nie było możności wytłumaczenia zainteresowanym że nigdzie na świecie prawo nie uznawało takich precedensów i „dowodów" za ważne. Nie pomogło przypominanie, że w Królestwie Polskim, w prawie o tytułach z r. 1840 istniał specjalny artykuł, który mówił „Nie służą za dowód nadania tytułów reskrypty, nominacje na urzędy i inne akty, lub dokumenty, w których bądź sam wywodzący się lub jego przodkowie mieli sobie przydawane tytuły".

W Rosji istniało już od r. 1805 prawo według którego zwrócenie się panującego do kogokolwiek z użyciem tytułu bynajmniej nie stanowi aktu jego nadania, gdyż nawet "jeżeli Monarcha używa w aktach państwowych tytułu względem osób prywatnych, czyni to, rozumiejąc że osobie, do której się zwraca, tytuł ten się z prawa należy". A przecież nie było w Polsce nigdy tytułów, których nie można by, grosso modo, zaliczyć do kategorii tytułów dyplomowych o znanej dacie nadania. Nawet tytuły książęce litewsko-ruskie uzyskały rodzaj „uznania" na sejmie unii lubelskiej w r. 1569. Wszystkie więc polskie i niepolskie tytuły w Polsce mają swoje daty nadania lub zatwierdzenia. W Polsce jedynie szlachta, ta najstarsza, piastowska, nie miała dyplomów nobilitacyjnych. Ona była szlachtą analogiczną do tej, jaką we Francji nazywano "noblesse immemoriale". Natomiast nasz obyczaj szlachecki, jeśli chodzi o tytuły rodowe, można porównać z takim samym obyczajem niemieckim i rosyjskim, ale nigdy z francuskim. We Francji przedrewolucyjnej każdy szlachcic mógł, z wyjątkiem tytułów księcia i "duc"a, używać każdego innego według własnej woli, podczas gdy u nas przynajmniej od r. 1638, tytuł mógł nosić prawnie tylko ten, kto prawo do niego mógł udowodnić.

Wiedzieli o tym dobrze uzurpatorzy, ich protektorowie i faktorowie, i jednocześnie z walką, jaką prowadzili z "papierowymi nadaniami", prowadzili wszędzie, gdzie i gdy się tylko dało, proceder "uznawania" czy „zatwierdzania" wyimaginowanych tytułów różnych rodzin polskich.

Najgłośniejsze stały się w tej kategorii tzw. - nie bez podstawy - tytuły hiszpańskie. Tytuły zatwierdzane przed r. 1918 przez rządy zaborcze opierały się przynajmniej na tym, ze czynniki zatwierdzające znały „dossier" danej rodziny. Kto od r. 1772 do r. 1918 nie zdołał wyrobić zatwierdzenia swego domniemanego tytułu, dowiódł chyba że nie posiada odpowiednich do tego warunków. Po r. 1918 w państwach, które zachowały jeszcze ustrój monarchiczny, przyjmowano za dobrą monetę, w dobrej czy złej wierze, dokumenty, które nie miały żadnych szans, aby mogły być za wystarczające uznane w kancelariach rządów zaborczych , o ile więc tytuły nadane po r.1918 mają dokładnie tę samą powagę jak nadane przed tą datą, o tyle tytuły zatwierdzone lub uznane po r. 1918 przez różne dwory i urzędy, są jaskrawym naigrywaniem się ze zdrowego rozsądku.

Częstym rodzajem uzurpacji tytułów po r. 1918 (chociaż znanym i stosowanym już i wcześniej aż do dzisiaj), było i jest używanie tytułu przez rodziny nieutytułowane o innym herbie, lecz o tym samym nazwisku, co utytułowana. Częstym też używanie tytułu przez członków nieutytułowanych gałęzi rodzin, posiadających tytuł w niektórych swoich liniach. Fakt ten występował przede wszystkim w rodzinach których gałęzie osiadłe po rozbiorach w zaborze austriackim miały w pozostałych dwóch zaborach, czy tylko w jednym z nich, linie nieutytułowane. Zdarzały się też wypadki używania tytułu przez całe rodziny, z których tylko jedna osoba uzyskała tytuł osobisty - "ad personam" .

Niektóre rodziny wszczęły odpowiednie starania, lecz nie zdążyły uzyskać zatwierdzenia swoich tytułów w Hiszpanii przed wojną domową, która tam wybuchła. Te musiały zadowolić się osobnymi publikacjami i kampanią polemiczną, jaką te publikacje wywołały. A publikowano zręcznie. Nie wystarczyło służące wiernie tym sprawom znane w Warszawie czasopismo niby naukowe. Uciekano się nawet do specjalnie w tym celu inicjowanych wydawnictw we Francji, a jeszcze w czasie ostatniej wojny [2 wojna światowa] na Węgrzech. Przykro jest stwierdzić, że od r. 1918 poczynając, polska bibliografia heraldyczna wzbogaciła się o wiele pozycji, o których trudno powiedzieć coś więcej niż to że są to pozycje bez żadnej wartości.

Łatwo znaleźć dowody dla takiej (…) oceny owych wydawnictw na łamach „Miesięcznika Heraldycznego" w recenzjach podpisanych przez najpoważniejszych polskich pracowników naukowych.

W ostatnich latach przed wojną i r. 1939, a także i po niej na emigracji, rozpowszechnił się dziwny zwyczaj dołączania do własnego szlacheckiego nazwiska utytułowanego nazwiska matki. Nazwisko takie, przedzielone kreską, a poprzedzone tytułem, nosi wszelkie cechy nazwiska powstałego z adoptacji. Jeżeli nawet tak było, to i tak stanowi to uzurpację tytułu, skoro wiadomo że tytuł nie przechodzi na adoptowanego razem z nazwiskiem adoptującej osoby.Chęć używania tytułu przez rodziny nie posiadające do tego prawa wzrastała w miarę upływu lat po r.1918. Wiele osób, wymienionych w "Woreydzie" w r. 1926 jeszcze bez tytułu, używało go po tej dacie stale. [wydawnictwo „Woreyd Almanach” : https://books.google.pl/books?id=YqhCDwAAQBAJ&pg=PT378&lpg=PT378&dq=woreyd+almanach&source=bl&ots=VyKIvqIIp2&sig=dSmnrX4zPzu7u62BPtZaArApDVc&hl=pl&sa=X&ved=2ahUKEwj9l_zV7M_eAhUHJMAKHZp5C4w4ChDoATAJegQIBxAB#v=onepage&q=woreyd%20almanach&f=false]

Nie starano się nawet wpoić w kogokolwiek przekonania, że tytuł tymczasem nadano lub zatwierdzono. Decyzję o konieczności używania tytułu, rodziny te powzięły same. W języku zwolenników takich metod brzmiało to dosłownie "podjęli tytuł hrabiowski przodków".
(…).”

za: „Wiadomości” (londyńskie),Nr 435; 1954 r.



tagi: tytuły szlacheckie i hrabiowskie 

stanislaw-orda
14 listopada 2018 14:34
4     700    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:
gabriel-maciejewski @stanislaw-orda
15 listopada 2018 09:58

Ciekawe jak te fałszerstwa wymuszały na gangach znających rzeczywistą swoją przeszłość poszukiwanie ochrony u organizacji nie mających herbów za to tajnych i dysponujących gotówką?

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @gabriel-maciejewski 15 listopada 2018 09:58
15 listopada 2018 10:52

 Jestem zdania, że to miało więcej wspólnego ze "sprzedawaniem odpustów", czyli kupowaniem sobie (lub wyłudzaniem) towarzysko-środowiskowego znaczenia, w celu dowartościowania swojej pozycji towarzysko-polityczno-zawodowej.
Choć, oczywiscie,  motywy zapewne były rozmaite, czyli żadnych opcji nie należy z góry wykluczyć.

zaloguj się by móc komentować

Cicha @stanislaw-orda
18 listopada 2018 11:49

Przedstawił Pan bardzo ładny opis tego  jak żydostwo produkowało w Polsce nowych szlachciców. Od XVI wieku żydzi urządzili nam podmianę elit, skutkiem tego były rozbiory Polski.

zaloguj się by móc komentować

Cicha @stanislaw-orda
18 listopada 2018 11:51

Tak samo potem "produkowano" żydowskich bohaterów walki o niepodległą Polskę. Pisała o tym p. Katarzyna T. S. na portalu wprawo.pl

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować