-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Tryptyk patriotyczny

Oczywiście, każda z części mogła być odrębną notką, ale jestem "zarobiony" finalizowaniem dwóch innych  pomysłów i nie chciałem się  "rozdrabniać". Dlatego przedstawiam  teksty w pakiecie.

Część pierwsza - kościół w Kamionce

Po upadku Powstania Styczniowego, nad ziemią wileńską zawisła groza represji, prześladowań, deportacji oraz totalnej rusyfikacji. Ogarnęła ona także leżącą w prowincjonalnym zaciszu, na granicy powiatów wileńskiego i oszmiańskiego, na łagodnej równinie pod miasteczkiem Turgiele - wieś Kamionkę, skąd już tylko czterdzieści kilometrów do Wilna.

Nad wsią wykwitała dzwonnica wiejskiego kościółka. To była ostoja patriotycznego ducha i katolickiej wiary tutejszych mieszkańców. Ale wszelkie tego rodzaju bastiony były po upadku Powstania doszczętnie zniszczone. A więc, ukazem carskiej władzy kościółek w Kamionce zamknięto,  a księdza proboszcza wysiedlono. Na sznurach umocowanych przy wejściu do świątyni zwisała wielka czerwona pieczęć z dwugłowym orłem. Kościół miał być zamieniony na cerkiew prawosławną.

Ludność była przerażona, ale też pełna determinacji. Niedługo potem, gdy nad wsią zaczął już zapadać mrok, z kamionkowych chat zaczęli wychodzić ludzie. Szli Nasiukiewicze, Kodzie, Jurałowicze, Pileccy, Prokopowicze. Nieśli piły i siekiery. Wchodzili na obejście kościelne i zdjąwszy czapki patrzyli ponuro na pokryte mchem zielonym ściany kościoła, na krzyż. Wzdychali, drapali się po głowach.

Stary Kłuba wraz z Tyszkiewiczem stanęli tuż obok drzwi kościoła na wielkim kamieniu młyńskim, który jako przedproże był tu przed wiekami położony. Kłuba ogarnął spojrzeniem gromadę, położył siekierę na ziemi i ciężkim powolnym ruchem ukląkł na oba kolana. Zaraz też wszyscy klękli aż zadudniało. Obróceni twarzami ku zamkniętym drzwiom kościelnym mówili mocno i głośno: - Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny . . .

W łagodnym powietrzu nocy szumiały niskie głosy mężczyzn jak pogłos zbliżającej się burzy. Od gromady kobiet, stojących u płotu, rozległ się cichy płacz. Lekki wiatr kołysał odkryte czupryny, muskał brody i wąsy . Oczy wpatrzone były w drzwi kościoła, jakby przenikając do wnętrza przez grube deski. Tam wewnątrz były znajome twarze Świętych Pańskich i Aniołów, ołtarze z wiankami z ziół i w niebieskie gwiazdy malowany strop. Tam był wspólny od wieków rodzinny dom ich ojców i dziadów. Tam mieszkało błogosławieństwo, nadające sens życiu i pracy. Teraz słowa modlitwy biły  w milczące zamknięte drzwi, gdzie jak dwie serdeczne rany czerwieniły się moskiewskie pieczęcie. Kamiońscy ludzie po raz ostatni modlili się przed progiem swego kościoła. Potem wstali, ujęli oburącz siekiery i nie patrząc sobie w oczy, okrążyli kościół.

Michał Kłuba uderzył pierwszy. Na omszałym zrębie wyrosła szeroka szczerba. Rozległy się zaraz inne uderzenia. Łoskot siekier napełnił powietrze. Pracowali w milczeniu. Włazili po drabinach na dach. Zrzucali w dół potrzaskane gonty, porąbane deski.

Teraz już i kobiety wzięły się do roboty. Składały na płachty odszczepki i deski, znosiły je do stojących na drodze wozów. Coraz jakiś wóz naładowany wysoko odwoził drzewo do schowków, w obejście kamionkowskie. Kominy wszystkich chat dymiły obficie, paliły się wszystkie we wsi piece i szedł z dymem ku niebu kościół kamionkowski, jak ostatnia całopalna ofiara.

Tak pracowali całą noc w milczeniu, w pośpiechu, w nieustającym trzasku rąbanego drzewa i w swędzie dymu, który niesiony wiatrem od wsi, bił im w oczy. Przez noc stwardniały twarze kamionkowskich ludzi, wargi zacieśniły się zawziętością, oczy płonęły i gniewem i rozpaczą.

Gdy przyszła kolej na dzwonnicę, najpierw zdjęli dzwon. Zakołysał się w ich rękach, ostatni raz zajęczał głucho i zsunięty w głęboki dół, zakopany, zamilkł na zawsze.

Michał Kłuba wyszedł na zwaliska belek i desek, niosąc oburącz tabernakulum. Wszedł z nim do pustej kuźni. Niebieski ogień zapełgał po złoconych ściankach. Kłuba widział wciąż w wyobraźni białą hostię, tak niedawno jeszcze podnoszoną rękami jegomości.

- Jezu, zmiłuj się! Zmiłuj się, Jezu!

Od wczesnego rana młody Nasiukiewiez i Pilecki orali we dwie sochy obejście kościelne. Cała przestrzeń od drogi po skraj dworskiego parku, od kuźni po las, wydawała się teraz niepomiernie pusta i wielka. Tegoż dnia zabronowali, a pod wieczór zasiali owies.

W pewne majowe popołudnie przyjechał z Wilna do Kamionki nowy, niedawno z Petersburga przysłany urzędnik, w asyście dwóch młodych ludzi. Był to człowiek w średnim wieku, przystojny, elegancki, pachnący wodą lawendową i wtrącający do rozmowy francuskie słowa. Urzędnicy wyszli pieszo na dro, rozglądając się bacznie wokoło.

- Jakże to? - denerwował się starszy. U was w papierach kościół jest, a we wsi go nie ma. Gdzież on, pytam, messieurs?

Stropieni młodzieńcy patrzyli w milczeniu wystraszonymi oczami.

- Dziedzic mówi, że kościoła tu nigdy nie było. Jamais.

Skąd u licha wziął się on w rejestrach kancelarii?

W tej chwili z kuźni wyszedł szeroko uśmiechnięty, z głupowatym wyrazem twarzy, Michał Kłuba. Pokłonił się przybyłym w pas.

- Ty dawno tu mieszkasz? - spytał urzędnik.

- Ja tu urodzony.

- To gadaj, gdzie tu kościół?

Twarz Kłuby rozjaśniała się dobrodusznym wyrazem, uśmiech nie schodził z warg.

- Najbliższy, to musić w Turgielach.

- Nu, a tu, u was, gdzie kościół?

Kłuba rozpoczął długi wywód twarz urzędnika poczerwieniała z gniewu.

- Gadaj!

- Zeszłego roku, przed jesienną porą , jak raz byli u nas pany uradniki. Jeden niski gruby, a drugi wysoki i czerniawy. Ten wysoki, Iwan Piotrowicz, takoż pytał i haniebnie gniewał się, co kościoła u nas nie ma, a krzyczał tak, co w całej wsi było słychać. My ze strachu trzęśli się.

- Mów całą prawdę, nie bój się.

- Bieda w tym panok, co oni oba podkierzone byli. Ten czerniawy krzyczał, zwalił się jak długi na dro. A ten niski stał podłe jego i akać począł . ..

Za chwilę słychać było odjeżdżającą w stronę Turgiel bryczkę.

- Sława Tobie, Bożeńka - wyszeptał Kłuba.”(*)

*******************************************************************************

(*) fragment publikacji Zofii Bohdanowiczowej pt.: Gwiazdy i kamienie

edycja: Katolicki Ośrodek Wydawniczy "Veritas", Londyn 1960

Notka o Autorce:
Poetka i pisarka Zofia Bohdanowiczowa urodziła się 30 kwietnia 1898 roku w Warszawie. W 1915 roku została wysiedlona do Jekaterynosławia (po 1917 r. Dniepropetrowsk). Chaos w Rosji po rewolucji październikowej oraz odzyskanie przez Polskę niepodległości umożliwiły jej powrót do ojczyzny. Ze względu na okoliczność, iż Uniwersytet Warszawski nie uznał jej rosyjskiej matury, rozpoczęła studia polonistyczne na ponownie otwartym Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, gdzie aktywnie uczestniczyła w życiu społeczności polskiej. W 1921 r. wyszła za mąż za polskiego oficera Feliksa Bohdanowicza. W tym samym roku zadebiutowała jako pisarka w lwowskim dzienniku Wiek Nowy. Ponadto publikowała swoje utwory poetyckie w założonym przez Stanisława Mackiewicza dzienniku Słowo. Po studiach pracowała najpierw jako nauczycielka, a później jako urzędnik w Kolejach Państwowych w Wilnie. Kolejnym etapem jej pracy zawodowej był wileński oddział Polskiego Radia, dla którego tworzyła liczne słuchowiska. Bohdanowiczowa zajmowała się historią Wilna, odbyła także kurs dla przewodników miejskich. W 1938 r. ukazały się jej dwie powieści Droga do Daugiel oraz Wschodni Wiatr, w których fabuła to Wilno i jego okolice. Wileńską ziemię nazywała często „Ziemią miłości” i taki właśnie tytuł nosi tomik poezji wydany w 1954 r. W swoich utworach poetyckich opiewała świat prowincjonalny, „zabity dechami” zaścianek europejski przed agresywną nowoczesnością świata nieustannie świętującego „śmierć Boga”, czyli świata rozdartego granicami, podziałami, ideologiami, nienawiścią klasową i rasową noszonych na sztandarach przez współczesnych barbarzyńców. Oto jeden z ostatnich wierszy poetki, napisany niedługo przed śmiercią:
Zieleń w gałęziach gaśnie,
Mrok się wspina po drzewie.
Barwom jest coraz ciaśniej,
Kształtom - coraz rozlewniej,
Liściom - coraz to senniej,
Konarom coraz ciemniej...
Cień się zacienia od cienia,
Ciemność na ciemność opada,
I pierwsza gwiazda przysiada
Na drzewie którego już nie ma.

Po wybuchu drugiej wojny światowej wyemigrowała, przez Rumunię i Algierię, do Anglii. Po wojnie osiadłą w Penrhos w Anglii , gdzie zamieszkała w 1950 r. Na emigracji kontynuowała działalność pisarską, angażując się jednocześnie w wielu organizacjach na rzecz polskiego uchodźctwa. Publikowała w polskich czasopismach emigracyjnych i wspierała polską kulturę tworzoną za granicą.

Po sukcesie powieści Droga do Daugiel napisała w 1960 r. powieść Gwiazdy i kamienie poświęconą miastu Wilno. Ostatnie lata życia spędziła w Toronto (od 1960 r.) , gdzie zmarła 13 października 1965 r. Jej ostatnią publikacją był zbiór modlitw napisanych przez Litwinki wysiedlone podczas wojny na Syberię, przetłumaczony przez Zofię Bohdanowiczową z jęz. litewskiego, zatytułowany Maryjo, ratuj nas.

Proza
Wschodni wiatr. Opowieść wileńska,
Wilno 1936
(imprimatur: Towarzystwo Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, Bydgoszcz 1997);
Droga do Daugiel, Księgarnia św. Wojciecha, Poznań 1938;
Gwiazdy i kamienie, Katolicki Ośrodek Wydawniczy "Veritas", Londyn 1960;

Poezja
Ziemia miłości, Społeczność Akademicka Uniwersytetu Stefana Batorego na Obczyźnie, Londyn 1954;
Przeciwiając się świerszczom, Katolicki Ośrodek Wydawniczy "Veritas", Londyn1965

Przekłady (z litewskiego)
Rapsody litewskie: Maryjo, ratuj nas, Towarzystwo Polsko-Litewskie im. Adama Mickiewicza w Wielkiej Brytanii, Londyn 1966
(imprimatur: Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza - Oddział Białostocki: Zakład Teorii i Antropologii Literatury w Instytucie Filologii Polskiej, 1994);

Informacja dodatkowa
Kościół w Kamionce został odbudowany w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy ziemia wileńska znalazła się w granicach niepodległej Polski.
vide: http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/kolofon-do-kleru

 

Część druga - Pétain ostrzega

Jest to krótkie ale treściwe wspomnienie Aleksandra Karola Kędziora, płk dypl. artylerii Polskich Sił Zbrojnych, w 1939 r. attache wojskowego przy Poselstwie RP w Lizbonie. Wspomnienie to zostało opublikowane w listopadzie 1965 r. , gdy Autor przebywał na emigracji w Londynie (zmarł tam w 1986 r.)
https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksander_K%C4%99dzior

Wspomnienie uzupełniłem kilkoma przypisami […]

„Kiedy byłem attache wojskowym w Hiszpanii, 23 sierpnia 1939 r. zgłosił się do mnie w San Sebastian mjr Gorostargiu, oficer ordynansowy marszałka Pétaina, który był wtedy ambasadorem francuskim przy rządzie hiszpańskim.
[Philippe Henri Benoni Omer Joseph Pétain, 1856-1951; marszałek Francji, szef rządu Vichy]

Major spytał kiedy mógłbym przybyć do marszałka. Odpowiedziałem że jestem każdej chwili do dyspozycji. Major odjechał, a następnie zatelefonował, że dziś i że po mnie przyjedzie. Marszałek przyjął mnie słowami:

- Pakt Ribbentrop-Mołotow oznacza wojnę. Polska będzie pierwsza zaatakowana.

Następnie wziął mnie do rozłożonej na stole mapy, gdzie miał szczegółowo naniesioną sytuację niemiecką i polską. Objaśniając sytuację mówił:

- Jak pan widzi, jesteście wzięci w obcęgi, od południa i północy. Główne uderzenia niemieckie rozetną was, wezmą w sak by następnie zaatakować resztki waszej armii, które schronią się za Wisłę. Wasze ugrupowanie umożliwia całkowicie ten manewr niemiecki, w tych warunkach nie wytrzymacie ani tygodnia.
Zakończył pytaniem:
- Co w tej sytuacji zrobicie?
Odpowiedziałem bez wahania:
- Kości są rzucone, będziemy się bili !
- Wiem - powiedział Marszałek - że Polacy są waleczni, ale niech pan wie, że zostaniecie na początku sami, my nie jesteśmy w stanie wam pomóc, wojna będzie ciężka, długa i na oba nasze kraje spro- wadzi tragiczne ofiary i cierpienia. My nie będziemy mogli wam pomóc, - dodał - ponieważ Front Ludowy przez agitację w wojsku poderwał „morale" naszej armii, dopiero po zmianie rządu mogliśmy przystąpić do naprawy takiego stanu rzeczy. Minister Cot zdezorganizował nasze lotnictwo, tak że dziś gdy chodzi o sprzęt ustępuje ono całkowicie lotnictwu niemieckiemu. Anglicy poza flotą i nielicz- nym lotnictwem myśliwskim nie mają nic, teraz dopiero zaczynają się zbroić, jest to jednak kwestia długiego czasu.
[Pierre Jules Cot, 1895 – 1977; w latach 1932-39, polityk w lewicowym rządzie francuskim, m.in. minister lotnictwa w latach 1933-34, później doradca premiera Leona Bluma w sprawach lotnictwa]

Nie znając dokładnie położenia i konkretnych planów w Polsce zaznaczyłem, że o ile mi wiadomo sztab polski rozporządzał materiałem pozwalającym wypracować właściwą doktrynę obronną i że umocnienia znajdują się na obu skrzydłach, północnym i południowym. Z natury rzeczy, znając dokładnie „morale" naszych oddziałów, widziałem sytuację nie tak tragicznie jak Marszałek.

Po pożegnaniu Marszałka wysłałem natychmiast depeszę szyfrowa, w której zaznaczyłem że liczy się on z natarciem niemieckim na Polskę 25 sierpnia i że przewidywania te są bardzo pesymistyczne. Następnie opracowałem szczegółowy raport, który wysłałem tej samej nocy.

Przewidywania Marszałka spełniły się co do joty. Nie wytrzymaliśmy nawet tygodnia i już trzeciego dnia strategicznie Polska była ostatecznie pobita. Pierwszego dnia broń pancerna Guderiana przeszła jak przez masło przez armię „Pomorze", przygotowując się do manewru okrążania Polski od północy. Drugiego dnia została rozbita armia „Kraków", droga wzdłuż Wisły na Warszawę była otwarta. Trzeciego dnia w tragicznych okolicznościach została pobita armia północna Przedrzymirskiego, główne siły polskie znalazły się w saku, nastąpiły walki wyłącznie o honor, decyzja strategiczna nieodwołalnie zapadła, polskie siły zbrojne nie były zdolne do żadnego planowego działania.
[Emil Karol Przedrzymirski de Krukowicz herbu Łuk, 1886 – 1957; generał dywizji Wojska Polskiego]

Wpłynęły na to z jednej strony zupełnie niezrozumiałe zaskoczenie strategiczne i karygodne zaskoczenie taktyczne. Armia polska stanęła do walki ożywiona wspaniałym duchem. I wbrew głoszonej opinii z wystarczającym sprzętem; niestety, tak w sensie strategicznym jak taktycznym nie został on wyzyskany. Drugiego dnia wojny odbyła się charakterystyczna rozmowa między marszałkiem Śmigłym i gen. Kutrzebą. Obaj wyrazili zdziwienie, że korpus pancerny Guderiana, wsparty szturmowym lotnictwem, rozbił w czystym polu dwie polskie dywizje.

6 września w Brześciu marszałek Śmigły w rozmowie z gen. Zającem wyraził opinię, że wojna jest przegrana, że nad sytuacją nie panuje, i w sposób niesłychanie drastyczny ocenił, jego zdaniem, przyczyny katastrofy. Ta rozmowa pozwoliła gen. Zającowi samodzielnie zorganizować i przepro- wadzić ewakuację lotnictwa, które miało w przyszłości odegrać tak wspaniałą rolę.
[Józef Ludwik Zając, 1891 – 1963; generał dywizji, pilot Wojska Polskiego]

Pozostaje druga część ostrzeżenia marszałka Petaina, że Francja nie będzie mogoła nam pomóc. Zagadnienie to najlepiej ukaże stosunek sił niemieckich i francuskich na froncie zachodnim.
1 września 1939 r. Niemcy dla osłony od zachodu, poza zbudowanymi całkowicie fortyfikacjami na odcinku ograniczonym Renem i Mozelą, jedynym gdzie mogła się rozwinąć kontrofensywa francuska, mieli milion żołnierza, zorganizowanego w Grupę Armii „C" (1-a, 3-a, 7-a) i Armii „A", razem 43 dywizje. Odcinki obronne dla dywizji obejmowały 6 -12 km. Niemiecka pozycja obronna sięgała w głąb na 150 km. Całość sił francuskich na froncie zachodnim wynosiła 53 dywizje: z tego 38 dywizji na froncie północno-wschodnim, reszta na froncie włosko-szwajcarskim, 4 dywizje były w Maroku.

Dla każdego obiektywnego obserwatora jest bezsporne, że Francja we wrześniu 1939 r. nie była w stanie prowadzić samodzielnie, i to w dodatku w obliczu całkowitej katastrofy polskiej, działań zaczepnych przeciwko Niemcom. Pozostaje pytanie, dlaczego ten stan rzeczy nie był znany sztabowi polskiemu przed 1939 r. i dlaczego dzisiaj jest świadomie przeinaczany.

Na Zachodzie ostrzeżeń w stosunku do Polski padało bardzo dużo, nie tylko ze strony tzw. sojuszników, ale było wielu wyższych oficerów niemieckich, którzy choć przewidywali katastrofę Polski, wojny nie pragnęli, licząc się z ostateczną przegraną.

Angielski generał Fuller był stale zapraszany na wielkie manewry niemieckie, naturalnie poddawano go tam odpowiednim naciskom, ale jednak zachował zdrowy sąd, gdyż zgłosił się do pewnego wysokiego dygnitarza polskiego, odpowiedzialnego za te sprawy, i powiedział mu:
- Armia niemiecka, to potężne i doskonałe narzędzie agresji, całe to narzędzie jest w tej chwili szkolone i skierowane przeciwko Polsce.
Dygnitarz polski odpowiedział z pewnością siebie:
- My mamy wspaniałą kawalerię!
[John Frederick Charles Fuller, 1878 - 1966; generał-major armii brytyjskiej]

Wedle źródeł niemieckich straty niemieckie wyniosły 9720 zabitych i 27.000 rannych. Wedle źródeł polskich siły zbrojne polskie straciły w 1939 r. 66.300 zabitych (w tym 3300 oficerów) i 137.7000 rannych (w tym 6700 oficerów). Jak więc widzimy na jednego zabitego żołnierza niemieckiego przypada jeden ranny albo zabity oficer polski.

Polscy historycy wojskowi, zarówno emigracyjni jak reżymowi, są całkowicie zgodni w tym, że głównym powodem przegranej była zdrada sojuszników.

U historyków emigracyjnych odgrywa w pewnym stopniu rolę zgubna zasada podnoszenia ducha, że „nie mogło być inaczej". Historycy reżymowi, podtrzymując zasadę że „nie mogło być inaczej". chcą, dla celów partyjnych oplwać cały dorobek niepodległościowy.

Na zakończenie chcę podkreślić, że u marszałka Petaina wyczułem głęboką przyjaźń i troskę o Polskę, smutek z powodu sytuacji Francji; nie pozostawił on jednak najmniejszej wątpliwości że Francja podejmie rękawicę. Naturalnie trzeba się było liczyć że jest to opinia armii, a tylko tam Polska miała prawdziwych przyjaciół.”

Część trzecia - Szarża kawalerii

Czyli tekst rozprawiający się z jednym z szeroko powielanych mitów dotyczących kampanii wrześniowej 1939 r., napisany przez naocznego świadka wydarzeń. Tekst był opublikowany w emigracyjnej prasie londyńskiej w listopadzie 1965 r., a tym świadkiem jest kpt. Wojska Polskiego Tadeusz Saryusz Bielski, uczestnik kampanii wrześniowej w podolskiej brygadzie kawalerii.
[ur. 30 października 1897 r. w Schodnicy k. Drohobycza, zm. w Sydney 22 października 1973 r.]
http://www.akademicka.pl/index.php?a=1&zapowiedzi=1&id=30
Oto ten tekst, w którym również dodałem kilka przypisów […].

„Podczas kampanii wrześniowej 1939 r. odbyło kilka prób przebicia się kawalerii przez otaczające ją oddziały niemieckiej broni pancernej, natomiast nie było nigdy z góry nakazanej szarży kawalerii
na broń pancerną. Pokutuje np. fałszywy przekaz, że gen. Mond uratował swoją dywizję [6 Dywizja Piechoty] przez wysłanie szwadronów kawalerii, których zresztą nie mógł mieć więcej niż dwa, do szarży na brygadę czołgów niemieckich.
[Bernard Stanisław Mond, 1887 – 1957; generał brygady Wojska Polskiego]
Oczywiście, kawaleria nasza biła się z bronią pancerną Niemców nawet bardzo skutecznie, ale - w pieszym szyku. Typowym tego przykładem była walka stoczona 1 września pod wsią Mokre przez wołyńską brygadę kawalerii (z armii gen. Rómmla) z 4-ą niemiecką dywizją pancerną.
[Juliusz Karol Wilhelm Józef Rómmel vel Rummel, 1881 – 1967; pułkownik artylerii konnej Armii Imperium Rosyjskiego oraz generał dywizji Wojska Polskiego. Podczas kampanii wrześniowej dowódca Armii „Łódź”,
a następnie Armii „Warszawa
]
Wtedy brygada walczyła ciężko przez cały dzień i powstrzymała natarcie 4-tej dywizji pancernej, powodując u niej takie straty, że po kilku dniach tych walk dywizja nie była zdolna do dalszej akcji. Takich walk kawalerii w pieszym szyku z niemiecką bronią pancerną było dużo, natomiast walk toczonych w konnym szyku było bardzo mało, a jeżeli były, to jako przypadkowe, krótkie starcia.

Bodaj najczęściej powtarzającą się wersją o szarży naszej kawalerii na czołgi jest szarża 18-go pułku ułanów z Pomorskiej brygady kawalerii 1 września pod Krojantami.
Płk Leon Mitkiewicz w swojej książce „Kawaleria samodzielna Rzeczypospolitej Polskiej w wojnie 1939 roku" pisze o niej na str. 94: „Szarża konna, okupiona olbrzymimi stratami pułku, wykonała zadanie, narzucone pułkowi przez dowódcę grupy operacyjnej „Czersk", generała brygady Stanisława Skotnickiego, zmuszając nieprzyjaciela do zatrzymania się. Ginie w szarży konnej dowódca 18-go pułku ułanów pomorskich, płk Kazimierz Mastelarz, ginie dowódca 1-go szwadronu rtm. Świeściak, giną por. Mlicki i ppor. Unrug, szwadrony 1-y i 2-i mają ponad 50% strat".
Oczywiście, płk Mitkiewicz nie twierdzi że szarża była wysłana na czołgi, a jakkolwiek 18-y pułk ułanów poniósł tego dnia ciężkie straty, to jednak płk Mitkiewicz szarżę tę mocno „udramatyzował". W rzeczywistości bowiem płk Mastelarz, por. Mlicki i ppor. Unrug nie zginęli w konnej szarży, bo nie brali w niej czynnego udziału. Szarżę prowadził bowiem, z rozkazu płk Mastelarza, mjr Malecki, natomiast płk Mastelarz ze swym pocztem stanął z boku w takim miejscu, z którego by mógł dobrze widzieć szarżę swoich dwóch szwadronów. To bynajmniej nie odbiera laurów temu świetnemu żołnierzowi, bo dowódca pułku nie potrzebuje, a nawet nie powinien, prowadzić szarży dwóch szwadronów. Szarża wyszła z lasu, atakując piechotę niemiecką z 20-ej zmotoryzowanej dywizji
w sile około jednego batalionu. Wśród zaskoczonej piechoty niemieckiej powstał popłoch i zamie- szanie, które by zapewniło szarży pełne powodzenie, gdyby nie to że z lewego skrzydła szarżujących szwadronów odezwały się karabiny maszynowe z ukrytych w zaroślach samochodów pancernych. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności grupa płk Mastelarza stała właśnie na linii strzału między niemiecką bronią pancerną a szarżującymi szwadronami i dlatego pierwsza stała się ofiarą tego ognia. Od razu zabici padli płk Mastlarz i por. Mlicki. Ppor. Unrug został ciężko ranny, a pod rtm. Godlewskim zabity został koń. Szarżujące szwadrony natychmiast rzuciły się w bok za zalesiony grzbiet terenu wychodząc ze stosunkowo małymi stratami, nie przekraczającymi 10% stanu. Z jedenastu oficerów biorących udział w szarży zginął jeden, tj. rtm. Świeściak, a poza nim zginęło jeszcze około 20 ułanów. Tak więc szarżujące szwadrony poniosły tego dnia najmniejsze straty z całego pułku, gdyż np. szwadron 4-y, walczący przez prawie cały dzień w pieszym szyku, stracił 80% swego stanu,  a szwadron ckm-ów stracił 7 ckm z posiadanych 12 oraz proporcjonalną do ich obsługi ilość ludzi.

Szarża ta była pod względem taktycznym zupełnie prawidłową szarżą kawalerii na piechotę, a na Niemcach zrobiła piorunujące wrażenie. 20-a zmotoryzowana dywizja niemiecka wchodziła w skład XIX korpusu pancernego, którego dowódca gen. Hans Guderian napisał w swoich pamiętnikach, iż kiedy tego dnia wracał późnym wieczorem do kwatery głównej korpusu, to „zastał ludzi ze swego sztabu w hełmach bojowych ustawiających działko przeciwpancerne na stanowisku ogniowym. Na zapytanie dlaczego to robią, odpowiedzieli że w każdej chwili można się spodziewać polskiej kawalerii która właśnie rozpoczęła natarcie. Panikę pierwszego dnia wojny przezwyciężono dopiero na drugi dzień.”

****************************************

Koniec tryptyku

 



tagi: patriotyzm 

stanislaw-orda
15 lutego 2019 09:55
13     1032    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Trzy-Krainy @stanislaw-orda
15 lutego 2019 11:55

Przyklad podobnej rozbiorki kosciola, by nie dopuscic do jego zbezczeszczenia:

Pod koniec XIX w. we wsi Marienhausen (Inflanty Polskie, wowczas zabor rosyjski; obecnie miasto Vilaka na Lotwie) policja carska zamknela kosciol katolicki pw. sw. Mateusza. Powstalo podejrzenie, ze zostanie zamieniony na cerkiew prawoslawna, jak to stalo sie z kaplica katolicka i cmentarzem (z drugiej pol. XVII w.) obok wsi, ktore okolo 1840 roku zostaly przez wladze carskie zabrane Kosciolowi Katolickiemu, a oddane prawoslawnym (obecnie jest tu kosciol i cmentarz prawoslawny). 

Katolicy w ciagu jednej nocy przewiezli sprzety koscielne do nowego kosciola pw. Serca Jezusowego (wybudowany przez polska rodzine Lippe-Lipskich w latach 1884-1890, dedykowany przez bpa Zdanowicza w styczniu 1891 r.), a kosciol rozebrali, wszystko przewiezli nad pobliskie jezioro (jez. Vilackie), spalili, a popiol wrzucili do jeziora. Rano z kosciola zostaly tylko drzwi i pieczec carska, ktorej nikt nie chcial tknac.

Wokol kosciola sw. Mateusza (starsi miejscowi Lotysze, nieraz majacy korzenie polskie, czasem wlasnie tak, po polsku, go nazywaja) przez poltorej wieku, czyli od zbudowania kosciola, znajdowal sie cmentarz katolicki. Mimo rozbiorki kosciola, dzialal nadal. Na miejscu dawnego kosciola zostal w 1938 roku wzniesiony klasztor kapucynow. Byla w nim tez spora kaplica, do ktorej wierni mogli uczeszczac.

Kapucyni po paru latach zostali wyrzuceni przez przybyla ze wschodu nowa wladze. W latach 70-tych XX wieku resztki widocznych mogil zostaly zniwelowane buldozerem. Ostatni grob istnial do 1 marca 1916 r., gdy jako proboszcz ekshumowalem szczatki pochowanego tam kapucyna i przenioslem je do nowego grobu (obok grobu pochodzacego stad biskupa Kazimierza Dulbinskiego zmarlego w 1991 roku) przy kosciele Serca Jezusowego.

Klasztor z byla kaplica (wszystko w totalnej ruinie) zostal oddany miastu, ktore zaczelo budynek remontowac. Od pazdziernika 2013 roku w sali pokaplicznej sa sprawowane Msze sw. w niedziele i swieta. Na wiezyczce budynku poklasztornego jest krzyz z 1938 r. (zrzucony przez bolszewikow, przechowany przez pewna rodzine i okolo 30 lat temu znow umieszczony na swoim dawnym miejscu).

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Trzy-Krainy 15 lutego 2019 11:55
15 lutego 2019 12:22

thx

Problem w tym, że o takich "eventach" nie uczą w szkołach, nie ma o nich reportaży w telewizjach.
Głuchota wszędzie, ciemnota wszędzie. "Ktokolwiek widział lub słyszał, ktokolwiek wie"? 

A w przypadku autorki fragmentu z mojej notki, nawert jej nazwisko nie jest znane wspólczesnym magistrom-humanistom, nawet nie wspominając o tytułach jej publikacji. I właśnie szczególnie znamienne są miejsca i daty edycji  tych publikacji .

zaloguj się by móc komentować

atelin @stanislaw-orda
15 lutego 2019 12:36

"

Jest to krótkie ale treściwe wspomnienie Aleksandra Karola Kędziora, płk dypl. artylerii Polskich Sił Zbrojnych, w 1939 r. attache wojskowego przy Poselstwie RP w Lizbonie. Wspomnienie to zostało opublikowane w listopadzie 1965 r. , gdy Autor przebywał na emigracji w Londynie (zmarł tam w 1986 r.)
https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksander_K%C4%99dzior

Wspomnienie uzupełniłem kilkoma przypisami […]

„Kiedy byłem attache wojskowym w Hiszpanii, 23 sierpnia 1939 r. zgłosił się do mnie w San Sebastian mjr Gorostargiu, oficer ordynansowy marszałka Pétaina, który był wtedy ambasadorem francuskim przy rządzie hiszpańskim.
[Philippe Henri Benoni Omer Joseph Pétain, 1856-1951; marszałek Francji, szef rządu Vichy]

Major spytał kiedy mógłbym przybyć do marszałka. Odpowiedziałem że jestem każdej chwili do dyspozycji. Major odjechał, a następnie zatelefonował, że dziś i że po mnie przyjedzie. Marszałek przyjął mnie słowami:

Pakt Ribbentrop-Mołotow oznacza wojnę. Polska będzie pierwsza zaatakowana."

 

Coś mi tu nie pasuje. Jak to się stało, że 23.08.1939 w dniu podpisania paktu Ribbentrop - Mołotow jakiś francuski ambasador w Hiszpanii ma tę wiedzę i się nią dzieli, dlaczego reszta Europy nie wiedziała, dlaczego my nie wiedzieliśmy??? Takie wspomnienia są według mnie mocno kontrowersyjne.

zaloguj się by móc komentować

sannis @atelin 15 lutego 2019 12:36
15 lutego 2019 13:11

Przeciez nic nie dzieje się w próżni... Wywiady wiedziały o rozmowach niemiecko-radzieckich, ba mniej wiecej w tym czasie trwają rozmowy aliancko-radzieckie. Czysta licytacja. Beck też był informowany, tylko ignorował te informacje. Nie znaliśmy dokładnie szczegółów ustaleń np. "czy sowieci wejdą, czy nie wejdą", ale ogólnie o porozumieniu radziecko-niemieckim wiedzieliśmy. Szczegóły i faktografia bez problemu do odnalezienia w internecie. 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @stanislaw-orda
15 lutego 2019 13:20

Cóż napisać.?

Dziękuję za te teksty

.

 

zaloguj się by móc komentować

Trzy-Krainy @Trzy-Krainy 15 lutego 2019 11:55
15 lutego 2019 13:21

poprawka:

...ostatni grob istnial do 1 marca 2016 roku...

zaloguj się by móc komentować

sannis @stanislaw-orda
15 lutego 2019 13:26

Bardzo cenne są pańskie wipsy. Dla mnie szczególnie informacje o katolickich pisarzach/pisarkach, bo znałem jedynie ze  słyszenie a tak w krótkiej, tresciwej notce dostałem próbkę. I to najlepszego sortu. Moze kiedyś jakiś cykl o zapomnianych pisarzach.

Co do szarż kawalerii, to od lat 30-tych kawaleria jako taka w WP traci na znaczeniu na rzecz artylerii konnej. Jest dużo opracowań na ten temat. Sama kawaleria, tez raczej szkolona była do walki pieszej na wzór piechoty. A typowe szkolenie kawaleryjskie było nierozerwalne z opanowaniem jazdy konnej. Dużo tez pisał o tym prof. Wieczorkiewicz.

O relacji płk Kędziora pisałem, tez chyba u pana w komentarzu ale znałem z 3 ręki tzn. nigdy z bezpośredniej relacji tylko jako wzmianę w innych publikacjach.

zaloguj się by móc komentować

Globalny @stanislaw-orda
15 lutego 2019 15:40

Dziękuję, świetna składanka.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @sannis 15 lutego 2019 13:26
15 lutego 2019 16:39

Parę lat temu  na "speloon 24" zacząłem podobny cykl ("Nieobecni maja rację"),  ale po dwóch odcinkach zaniechałem kontynuacji, bo nie było odzewu, a nakład pracy przy redagowaniu tekstów notek był znaczny.

https://www.salon24.pl/u/dawidowicz/516763,nieobecni-maja-racje

https://www.salon24.pl/u/dawidowicz/531280,nieobecni-maja-racje-kontynuacja

To nawet nie była połowa zamierzonego cyklu, może jedna trzecia. I raczej już go nie dokończę.

 

 

 

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @atelin 15 lutego 2019 12:36
15 lutego 2019 18:14

Założenie, że data podpisania jakiegokolwiek traktatu jest równoznaczna  z  ostateczną redakcją jego tekstu wydaje się nazbyt abstrakcyjne.

zaloguj się by móc komentować

Andrzej-z-Gdanska @stanislaw-orda
15 lutego 2019 18:37

"3 perełki" - dziękuję.

zaloguj się by móc komentować

Szczodrocha33 @stanislaw-orda
15 lutego 2019 23:20

"Wiem - powiedział Marszałek - że Polacy są waleczni, ale niech pan wie, że zostaniecie na początku sami, my nie jesteśmy w stanie wam pomóc, wojna będzie ciężka, długa i na oba nasze kraje spro- wadzi tragiczne ofiary i cierpienia. My nie będziemy mogli wam pomóc, - dodał - ponieważ Front Ludowy przez agitację w wojsku poderwał „morale" naszej armii, dopiero po zmianie rządu mogliśmy przystąpić do naprawy takiego stanu rzeczy."

W jednym sie mylil Marszalek. Bylismy sami od poczatku do konca.

Ciekawa notka.

Dziekuje i pozdrawiam.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @atelin 15 lutego 2019 12:36
22 lutego 2019 11:35

Hans von Herwarth, (Hans-Heinrich Herwarth von Bittenfeld; 1904 - 1999) ; niemiecki dyplomata i wojskowy. Wywodził się ze starego (od XII wieku) patrycjuszowskiego rodu z Augsburga, którego przedstawiciele byli przez stulecia znaczącymi bankierami i kupcami. Wnuk jednego z twórców Hakaty, Heinricha Tiedemanna.

W latach 1931–1939 osobisty sekretarz ambasadora Rzeszy w Moskwie, hr. Friedricha von Schulenburga. Przeciwnik Hitlera i NSDAP, 24 sierpnia 1939, chcąc zapobiec wojnie, przekazał zaprzyjaźnionym dyplomatom amerykańskim (Charles E. Bohlen) i włoskim (Guido Relli) informacje o rokowaniach niemiecko-sowieckich oraz pełen tekst tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow, dotyczącego podziału wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować