-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Wspomnienia linotypisty

Tekst wspomnień uzupełniłem o linki, a także przypisy umieszczone w nawiasach kwadratowych: […], natomiast skróty zaznaczyłem jako (…).

„Po odbyciu czynnej służby wojskowej w r. 1933 byłem bezrobotny. Drukarnia, w której poprzednio pracowałem, zbankrutowała. Gorączkowo poszukiwałem pracy. Uprawiałem wówczas kolarstwo i śmigałem na rowerze po całej Warszawie, szukając kontaktów gdzie można by się zaczepić. Wpadłem do Henryka Anczarskiego. kolegi ze szkoły graficznej, który pracował w firmie "Galewski i Dau" na Ordynackiej. Może u nich potrzebują składacza? Anczarski powiedział że właśnie do ich drukarni przyszły „Wiadomości Literackie", radził żebym porozmawiał z redaktorem Grydzewskim („łatwo go poznasz, jest łysy"), przy jego poparciu zakład mógłby mnie zatrudnić.
[wytłuszczenie moje – bo dalej w tekście będzie często używane tylko określenie Redaktor].

Cóż miałem do stracenia? Następnego dnia dosiadłem „rumaka" i pognałem na Złotą. Na pierwszym piętrze w pokoju było trzech ludzi.
- Panie redaktorze - zagadnąłem łysego - jestem bezrobotnym składaczem. Mam znajomych u Galewskiego, którzy mi powiedzieli że pan wydaje swój tygodnik u nich. Czy mógłby pan powiedzieć kilka słów w dyrekcji aby mnie przyjęli do pracy, bardzo proszę... Popatrzył na mnie ze zdumieniem.
- Proszę pana, ja wydaję tygodnik, o zespół pracowników martwi się drukarnia, nie rozumiem dlaczego pan się do mnie zwraca?
- Panie redaktorze, od przeszło roku próbuję wszędzie, nigdzie nie chcą przyjąć, pomyślałem że pan może wpłynąć jako wydawca. Będę ogromnie wdzięczny...
Zmarkotniał. Pogładził łysinę, spojrzał na mężczyznę przy biurku.
- Widzi pan - ja się zajmuję sprawami literackimi, ale pan Borman, który prowadzi gospodarkę wydawnictwa, może przy załatwieniu rozrachunków wspomnieć o panu w dyrekcji drukarni.
Antoni Borman wypytał o szczegóły mojej osoby. Zanotował i polecił zgłosić się za tydzień. https://www.bu.umk.pl/Archiwum_Emigracji/Wia1.htm#r4
Stawiłem się o wyznaczonym czasie. Borman poinformował mnie że drukarnia na razie nie może mnie przyjąć, jednak jeśli będzie więcej roboty, dadzą mi znać. Podziękowałem i wyszedłem rozgoryczony. Jeszcze jedna obiecanka. W jakiś czas potem przez kolegów-sportowców otrzymałem pracę na razie dorywczą, a później na stałe w drukarni Mertensa na Hożej. Zatrudniony tam byłem aż do mobilizacji w r. 1939, Szlakiem wielu żołnierzy przewędrowałem Europę: Węgry, Francja, Szkocja. W Forfar składałem „Dziennik Żołnierza". [Fhairfair - miasteczko w Szkocji, kilkanaście km na płn. od Dundee]. Później 1-sza Dywizja Pancerna i znowu Francja i marsz na wschód. W Bredzie przeszliśmy z powielacza na druk „Dziennika Żołnierza I Dywizji Pancernej". Natychmiast przyjechał z Londynu Borman. Witał się ze mną jak ze starym znajomym wypytując o możliwość druku. „Wiadomości" były w zawieszeniu, rząd angielski cofnął im przydział papieru. W Holandii wówczas wszystkiego brakowało.
- Trudno. Ale dobrze było spotkać znajomego drukarza - rzekł Borman.
Po kapitulacji Niemiec "Dziennik Żołnierza" osiadł w zarekwirowanej drukarni Roberta Kleinerta w Quakenbrücku. [Dolna Saksonia, ok. 50 km na płn. od Osnabrück]. Wkrótce zjawił się znowu Borman, przypominając mi warszawskie spotkania. Chodziło mu o to, czy w naszej drukarni można by drukować „Wiadomości". Nie było można. Jednak po pewnym czasie z pomocą I Dywizji Pancernej uruchomiliśmy w Brukseli drukarnię p.n. „La Colonne". Tam zaczęły się drukować „Wiadomości". Z dywizji otrzymałem dłuższy urlop, aby pomóc przy składaniu tygodnika. Któregoś dnia przyjechał z Londynu red. Grydzewski. Po załatwieniu z zarządem „Colonne" spraw związanych z "Wiadomościami", zapytał:
- Gdzie jest pan Goll?
Wstałem od maszyny do składania. Przyglądał mi się dłuższą chwilę i rzekł:
- Nie poznałbym pana. Miło mi odnowić znajomość sprzed lat. Dziwne są zrządzenia losu. Nie mogłem panu pomóc kiedy pan był w biedzie, a teraz pan mi pomógł w nieszczęściu. Dużo mi opowiadali o panu red. Czarnocki i Borman.
apcz.umk.pl/czasopisma/index.php/AE/article/download/3912/3846
Strasznie się zmartwiłem pańskim wypadkiem samochodowym. Świetnie pan wygląda w mundurze. (Przy przewożeniu urządzeń drukarni u ciężarówki trzasła opona. Z katastrofy wyszedłem ciężko po- turbowany …)
- A tak, wylizałem się, ale w środku coś mi jeszcze skrzypi.
- No, już muszę uciekać. Bardzo dziękuję za wszystko. Do zobaczenia!
Po demobilizacji zaangażowałem się do składania „Dziennika Polskiego" na Curtain Road w Londynie. Rządził tam wszechwładnie dr Leszek Kirkien. Po sześciu latach Kirkien postanowił przenieść drukarnię „Dziennika" do Hove [opodal Brighton, hrabstwo East Sussex], bo tam robocizna tańsza i zdrowsze powietrze dla niego. Przy przenoszeniu próbował mi narzucić swoje warunki. Doszło do burzliwej rozmowy, rozzłoszczony wreszcie krzyknął do księgowego Czesława Srogi:
- Czesiu, wypłać mu za 2 tygodnie i urlop. Nie angażujemy go do Hove.
Poszedłem do zecerni spakować swoje manatki. Wtem telefon. Podniosłem słuchawkę.
- Hallo. słucham, Goli.
- Pan Edmund? Tu Borman.
Słyszałem że nie wszyscy linotypiści chcą iść do Hove. Pan zostaje?
- Tak, zostaję w Londynie.
- Czy chciałby pan składać „Wiadomości"? Strasznie pragniemy polskiego linotypisty.
Zdumiałem się „nosem" Bormana! Skąd ten człowiek wiedział że będę szukał pracy? No i ta chwila decydująca: gdyby kwadrans później - poszedłbym szukać roboty u Anglików.
- Mogę spróbować, jaki adres?
- New Road 12. Stacja podziemki Aldgate East albo Whitechapel.
Właściciel nazywa się Silberg, ukraiński Żyd, swój chłop. Zaraz do niego zadzwonię że pan dziś przyjedzie.
- Nie, jutro rano pójdę obejrzeć zakład i omówić warunki.
- Dobrze, powiem Silbergowi że jutro. Ależ pan Grydzewski się ucieszy!
Nazajutrz przyjął mnie właściciel „Superior Printers" Nachum Silberg. Drukarnia mieściła się w dużej suterenie, zakład średnich rozmiarów, zatrudniała dziesięciu drukarzy, wśród nich maszynista, Polak. Zygmunt Leon Porankiewicz. Kierownikiem był Mojsze Sinclair, który składał „Wiadomości". W drukarni wychodził także tygodnik „Die Stimme" - "The Voice" drukowany po żydowsku (jiddish) i miesięcznik „The London Citizen". oprócz tego były rozmaite roboty z afiszami i książkami włącznie. Stawkę zaproponował mi szef mniejszą niż w „Dzienniku". Krzywiłem się. Wówczas powiedział że będzie dużo godzin nadliczbowych, w sumie mogę u niego zarobić nawet więcej. Sinclair zaprowadził do intertypu i wskazał pękatą teczkę.

- Oto pańskie królestwo. Rękopisów do składania nigdy nie zabraknie. Maszyna choć staruszka sprawowała się nieźle, popłynęła robota. Po kilku dniach przyszedł Borman na pogawędkę. Powiedziałem mu o mniejszej stawce.
- O, to nie nasza sprawa. Ale niech pan weźmie pod uwagę że skończy wydział polonistyczny w „Wiadomościach" na poziomie uniwersyteckim. A to więcej znaczy niż pieniądze. Facecje zawsze trzymały się Bormana. Po pewnym czasie wpadł Redaktor. Długo na mnie patrzył, wreszcie rzekł:
- Znowu nie poznałem pana. W cywilu zupełnie inny człowiek. W mundurze wyglądał pan na nie byle jakiego zabijakę - te różne naszycia, a teraz groźny wojak wygląda jak każdy z nas. Witam pana i jestem rad ze wznowienia współpracy. Ogromnie jest nam potrzebny polski składacz. Sinclair świetnie składa po polsku, jednak ma duże trudności z odczytywaniem poprawek i dzieleniem wyrazów. Przyniosłem właśnie artykuły do składania, korekty i rewizje. „Rewizje" to płachty stron korektowych, na których wyznaczał poprawki i błędy. Mój Boże! Kto tego nie widział, nie uwierzy. Dziesiątki, setki krzyżujących się odsyłaczy na marginesie płachty, znaczących poprawki literowe, przeróbki wyrazów czy zdań. Czytanie rewizji odbywało sie w ten sposób że po złamaniu strony w drukarni odbijało się 5 arkuszy: w redakcji Redaktor rozdawał te płachty przynajmniej trzem osobom, które samodzielnie wyłapywały usterki, później Redaktor porównywał ze swoim arkuszem, na który nanosił „cudze" poprawki. Wszystkie korekty Redaktor sam czytał. Kiedyś powiedział mi że każda rzecz zanim się ukaże w druku jest czytana przez niego siedem razy! Jako redaktor i tzw. „techniczny" był najgorszą zgagą pod słońcem. Liczył linijki wierszy nad i pod kliszami, musiało być idealnie równo i symetrycznie. Nie tolerował tzw. „interlinii", które wypełniały brakującą przestrzeń na stronie. Czasem wkładaliśmy między poszczególne linijki cienkie kartoniki - Redaktor natychmiast spostrzegał „oszustwo” - i ten purysta językowy pisał na marginesie takie horrendum: „No papierki please", i dopisywał słowo czy zdanie, aby wyrównać „dziurę". Szlifował, polerował, głaskał, sprawdzał, aż końcowy produkt ukazywał się w najpiękniejszym języku literackim i najlepszym smaku graficznym. Te ciągłe przeróbki i szlifowania bardzo mnie początkowo złościły. Proszę sobie wyobrazić że forma drukarska jednej strony „Wiadomości" waży razem z ramą i klinami około 40 kg. A tu nagle telefon:
- Bardzo przepraszam, ale niech pan będzie łaskaw poprawić na stronie 2, łam 4, wiersz 64 od góry: trzeba zmienić „płaszcz" na „palto". Bardzo dziękuję - i trzask w telefonie. Redaktor nie lubił słowa „płaszcz". Strony w ramach rozstawione pod ścianami, czekające na druk, trzeba dźwignąć na „fundament" na wysokość żołądka, rozklinować, wsadzić poprawiony wiersz, zaklinować, ustawić pod ścianę, aby po chwili się dowiedzieć że w innym miejscu brak przecinka, albo że należy wyrzucić dwukropek. Był uprzedzająco grzeczny, pełen taktu, urzekającego podejścia do ludzi. Od razu odczuwało się że to jest „ktoś". Pomimo ciągłych irytacji nie mogłem się zdobyć, aby mu kategorycznie stanąć okoniem. Czasem w żartobliwy sposób zwracałem mu uwagę że gdyby miał dźwigać formy drukarskie odechciałoby mu się „szlifowania".
- A wie pan, muszę kiedy spróbować. Co ze mnie za redaktor, który nie wie jak ciężka jest strona w ołowiu? A co będzie jak panów zawstydzę? Nie spróbował i nie zawstydził. Rzadko widywaliśmy Redaktora w drukarni. Niemal wszystko załatwiał przez telefon i pocztę. Jeżeli były pilne sprawy sam przynosił pękatą kopertę, wypchaną różnymi papierkowymi różnościami. Ale przychodził już o siódmej rano, kopertę wpychał do otworu w drzwiach i śpieszył do redakcji na Great Russell St. Czasem można go było spotkać idąc od podziemki do pracy, ale bywał tak zamyślony, zaaferowany, marszczył czoło, wzrok nieobecny - że nie dostrzegał kłaniających mu się. Pewnie w głowie ,,łamał" strony „Wiadomości".

Pomimo ciągłego sprawdzania przy składaniu wyłapywałem istotne błędy. Np. że 36 p.p. Legii Akademickiej [pułk piechoty] miał swoje koszary przy ul. 11 Listopada a nie przy Jagiellońskiej: że bazylika na Pradze była u wylotu Kawęczyńskiej a nie Grochowskiej i t.p. Kiedyś w artykule Tadeusza Nowakowskiego nie zgadzały się daty, złożyłem poprawnie. Na korekcie dopisek (mam do dzisiaj): „Panu Składaczowi Bóg zapłać za zwrócenie uwagi. Ma pan u mnie piwko. T. N." Jeszcze nie wypiłem piwka z mistrzem, on daleko, ja tu, ale kto wie? Może jeszcze się urżniemy w „dryzg"?
[Tadeusz Nowakowski był wówczas redaktorem rozgłośni polskiej RWE w Monachium].
Redaktor „szlifując" artykuły często je skracał, twierdząc że to wychodzi na zdrowie nadesłanej pracy. Jedni autorzy przyjmowali cięcia z rezygnacją, inni z „pijanym hałasem". Gen. Sławoj Felicjan Składkowski napisał, że w czasie swego premierowania kazał pokryć asfaltem szosę między Bielanami a Łomiankami. U spodu artykułu złożyłem: „Nawalanka! Pedałowałem często tamtędy. Szosa miała nawierzchnię z kostki granitowej". Podpisałem jak zwykle: J. E. Składacz. W korekcie autorskiej dopisek:
„Święta prawda! Była kostka. Poprawiłem. Dziękuję Jego Ekscelencji Składaczowi - S. Składkowski".

Redaktora zdumiał wyraz "nawalanka".
- Co to jest „nawalanka"? - pytał wszystkich - pierwszy raz słyszę to smakowite wyrażenie.
Tylko trzech autorów nie „szlifował": Juliusza Sakowskiego, Tymona Terleckiego i Stefana Badeniego, ich rękopisy szły bezpośrednio do składania. Kiedyś ze złośliwym humorem zauważył:
- Wie pan, oni tak piszą że nie mam się do czego przyczepić. Czasem mnie ta doskonałość irytuje. Redaktor za każdą słuszną poprawkę zaraz dziękował. kończąc sentencją: - Ja zawsze miałem szczęście do składaczy .

W podpisanej rewizji zauważyłem błąd w nazwisku autora. Poprawiłem, ale „corpus delicti" odesłałem do redakcji. Później na skrawku z błędem napis: „B. B. dziękuję. Nie lubię de Gaulle'a, ale Goll jest niezawodny".

W ogóle prawiliśmy sobie nawzajem dusery. Ja jemu przewidywałem w przyszłości w Warszawie pomnik pod samo niebo! Redaktor wzruszał ramionami: „Za co?" Ale ja także i dziś upieram się przy swoich przewidywaniach.

Napisał recenzję z książki Orwella: "The Animal Farm", przetłumaczył na „Jarmark zwierzęcy". Gdzieś usłyszałem inaczej i poskładałem wszędzie „Folwark zwierzęcy". Następnego dnia telefon:
- Dlaczego pan mi pozmieniał w Orwellu „jarmark" na „folwark"? Wypraszam sobie taką samowolę.
- Panie redaktorze, przecież to korekta, nic się jeszcze nie stało. przywrócę jak pan sobie życzy. Przepraszam. Poprawiłem na „jarmark". Po kilku godzinach telefon:
- Panie drogi, ogromnie pana przepraszam, pan ma rację. Musi być „folwark". Czy korektę pan już wprowadził?
- Tak, wszystko jak pan kazał.
- No to szkoda. Niech pan mnie nazwie jak się panu podoba, ja się nie obrażę, ale proszę przywrócić „folwark". Wie pan, ja zawsze miałem szczęście do składaczy, ale ten ostatni szczególnie mi się udał. Rozbroił mnie „do cna". Jakże mogłem się gniewać? W ciągu 15-letniej współpracy chyba ze trzy razy się na mnie strasznie zirytował. Krzyczał przez telefon iż kabel przy słuchawce jeszcze bardziej się poskręcał. Cóż, miał rację, słuchałem pokornie.

Pierwszy raz na pierwszej stronie przy poprawianiu ostatecznych błędów na maszynie odwróciłem dwie linijki wierszy do góry nogami. Artykuł był arcyważny i taki despekt! Innym razem zauważyłem w podpisanej do druku odbitce powtarzające się kilka razy nazwisko "Dołgoruki". Chyba błąd! Poprawiłem na Dołgorucki... https://pl.wikipedia.org/wiki/Jurij_Do%C5%82goruki
W artykule Cata-Mackiewicza występował „suweren" ileś tam razy, aż tu nagle „suzeren". Pewnie się pomylił, wszędzie dałem „suweren". Kiedy się wykrzyczał, wyzłościł, zapytałem:
- Panie redaktorze, jaka jest różnica między suwerenem a suzerenem?
- Ach, to pan nie wie... - głos mu złagodniał i począł tłumaczyć co i kto.
Redaktor i tu miał piękny rys charakteru. Jeżeli ktoś zawinił - zwymyślał' nie używając "ciężkich" wyrazów, ale później do klęskowej sprawy nigdy nie wracał. Gdy się wysapał, znów był uprzedzająco grzeczny, uroczy człowiek. Dorocznie „Wiadomości" urządzają konkurs na najlepszą książkę wydaną po polsku na emigracji.
[tekst napisane w roku 1974; ostatnie posiedzenie jury konkursowego odbyło się w dniu 18 maja 1991 r.].
Na pierwszej stronie wielkimi literami stało: „Tegoroczną nagrodę przyznano Marianowi Hłasce" itd. Przy rewizji zatoczyłem „Marianowi" kółko czerwonym ołówkiem. Druga rewizja: „Marianowi" zataczam na czerwono. Ostateczna, trzecia, też rysuję na czerwono. Telefon. Wzburzony głos:
- Panie, co pan wyprawia? Co pan się uwziął na te czerwone kółka. Proszę więcej takich żartów nie robić!
- No dobrze. Czy mamy tak drukować?
- Oczywiście. Wszyscy tu czytali, i myślę że nie ma w tym artykule ani jednego błędu.
- Literowego może nie ma, ale słowny jest.
- Co pan mówi? Gdzie!
- Marian.
- No? Gdzie tu błąd?
- Tu, że Hłasko ma na imię Marek.
Chwila ciszy, ciężkie sapanie w słuchawce.
- Jakże ja mogłem! Uratował mnie pan od nieszczęścia. Przecież cały świat by mi znowu dokuczał. Aż truchleję, gdyby tego „Mariana" wydrukowano i rozesłano do abonentów! Musiałbym wycofać co się da i wydrukować nowy nakład: jaki wstyd, koszt i opóźnienie. Dziękuję stokrotnie. Ja mam zawsze szczęście do składaczy.

„Znowu dokuczał"... Stanisław Cat-Mackiewicz przysłał do druku artykuł z czeskim tytułem: „Gdo bude za to platit?" Redaktor artykuły Cata dawał natychmiast do bieżącego numeru. Kreślił, przerabiał, szlifował, w końcu artykuł ukazał się (odtwarzam z pamięci) pt.: „Kto budiet za to płatit?". Autor bardzo się irytował, bo to ani po czesku, ani po rosyjsku („Kto za eto zapłatit’?"). Posypały się listy czytelników, poprawki do poprawek, pouczenia lingwistów, wykłady językowe. Redaktor kajał się, walił w piersi. Do drukarni często wpadał sekretarz redakcji, olbrzym Kazimierz Grocholski, wielce sympatyczny opo- wiadacz zabawnych kawałów i zdarzeń. Załatwiał sprawy związane z drukowaniem „Wiadomości", po drodze przynosił maszynopisy, korekty, rewizje i dyrektywy Redaktora. Tym razem wielkolud szedł z ręką wyciągniętą naprzód, a w niej butelka w opakowaniu.
- Dla pana za „Marka" od p. Grydzewskiego!
Tu zwolnił uchwyt. butelka wysunęła się z opakowania i rąbnęła na asfalt podłogi, rozbijając się w drobiazgi. Wino musiało być wysokiego gatunku, bo piękny aromat unosił się po zakładzie przez kilka dni.

Intertyp, na którym pracowałem, był ustawiony tuż koło wnęki pod chodnikiem ulicy; sufit w tym miejscu podtrzymywała potężna belka, umieszczona dla mego wzrostu nieco za nisko. Gorzej było z p. Grocholskim. Zdarzało się że zapominał o zdradzieckiej belce i walił głową w występ aż dudniło; było na niej kilkanaście szczerb znaczonych hrabiowską głową. Roboty było aż za dużo. Szef kupił trzeci intertyp. W tym czasie opowiedział mi w jaki sposób „Wiadomości" trafiły do jego drukarni. Dawniej Cat-Mackiewicz wydawał w jego tłoczni miesięczniki p.n. „Styczeń", „Luty". „Marzec" i t.d., w których atakował ostro różne polskie organizacje i ludzi. Jeden z zaatakowanych poczuł się dotknięty i zaskarżył Cata do sądu o t.zw. „Iibel" [ang.: potwarz, oszczerstwo]. Sprawę wygral i Mackiewicza skazano na grzywnę pieniężną. Mackiewicz nie miał pieniędzy, a więc karę musiał zapłacić wydawca - Silberg. Cat wywdzięczył się w ten sposób że naraił mu stałego klienta. „Wiadomości" drukowały się w bardzo drogiej tłoczni angielskiej, Redaktor skorzystał z dużo tańszej oferty Silberga. Niektóre maszynopisy przychodziły do składania bez polskich akcentów. Redaktor je znaczył, bywało jednak że prosił abym przy składaniu akcenty uwzględniał. W pewnym artykule występowało nazwisko Wantuła. Jakoś mi to „n" nie właziło do ucha. Poskładałem przez „ń". W korekcie Redaktor przywrócił „n". Zadzwoniłem.
- Panie redaktorze, nazwisko: Wańtuła czy Wantuła.
- Nie jestem pewny, ale wydaje mi się że przez „n".
- A mnie się wydaje „ń". W mojej parafii jest współwyznawca o takim nazwisku. Wszyscy w rozmowie nazywamy go Wańtułą.
- W jakiej parafii? - zaciekawił się Redaktor.
- W ewangelickiej na Leighton Crescent.
- To pan ewangelik? Ja też.
- Miło się dowiedzieć, witam pięknie współwyznawcę.
- Proszę pana, a kto rządzi parafią?
- Ksiądz biskup Fierla - rzekłem.
- A to luteranin. Ja jestem kalwinem.
- To prawie jedno. Reformowanym umarł X. Mazierski, oni teraz przychodzą do naszego kościoła. Mógłby pan redaktor też czasem przyjść na Leighton Crescent, biskup Fierla bardzo by się ucieszył.
- Ja do kościoła nie chodzę. Szkoda czasu. Ja pracą chwalę Pana Boga.

W jakiś czas po tej rozmowie w londyńskim „Pośle Ewangelickim" (nr 232) ukazał się artykuł p.t. „Piłsudski ewangelikiem" z reprodukcją dokumentu, który stwierdza że w Łomży 24 maja 1899 Józef Klemens Piłsudski, lat 31, wyznania rzymsko-katolickiego przeszedł na wyznanie ewangelicko-augsburskie. Dokument jest spisany po rosyjsku i podpisany przez świadków zdarzenia. (Mam reprodukcję fotograficzną). Przesłałem „Posła …" Redaktorowi do wykorzystania. Odesłał go z powrotem z dopiskiem: „Dziękuję - jako kalwin zmartwiłem się że P. …. był lutrem" - i ciekawego dokumentu nie wykorzystał. Zupełnie nie rozumiem dlaczego ten historyczny przyczynek z życia Komendanta ukrywa się w tajemnicy? Twórca Legionów Henryk Dąbrowski był ewangelikiem i z tego nie robi się żadnego sekretu. Gen. Anders także był ewangelikiem, po kampanii włoskiej zmienił wyznanie na rzymsko-katolickie, o tym powszechnie wiadomo. O Piłsudskim - ewangeliku panuje zmowa milczenia.

W r. 1960 namówiłem składacza Adama Homańskiego aby przyszedł do „Wiadomości". Zecer wszechstronny, metrampaż wyborny, składał także na intertypie, wykonywał inne zamówienia. Zdarzało się nawet że kiedy zabrakło żydowskiego metrampaża, łamał tygodnik „Die Stimme”, co nie jest rzeczą łatwą, zważywszy że hebrajski czyta się od prawej do lewej, przy tym nie znał ani jednej litery tego alfabetu. Kiedyś wykonał druki dla dużej firmy obok. Odbiorca pochwalił, wręczył mu duże cygaro, podał rękę, mówiąc: - I wish you a gitten szabes! - było to w piątek. Często wdawaliśmy się w rozmowy z personelem żydowskiego tygodnika. Redaktor Klinger mówił świetnie po polsku. W pogawędkach nie szczędził swoich współrodaków.
- Podziwiam Polaków. Jest was tutaj na wyspie sto tysięcy i macie dziennik we własnym języku, tygodnik, który czytam z najwyższym uznaniem, wiem że wydajecie jeszcze kilkanaście czasopism i książki po polsku. Niech pan spojrzy na nasz tygodnik - jaka to nędza w stosunku do „Wiadomości". Żydów jest w Anglii prawie milion i nie stać ich na utrzymanie jednego dziennika, ba - tygodnika żydowskiego. Nie chcą czytać po hebrajsku. Staramy się o ogłoszenia - też nie chcą dawać, chociaż jest dużo bogatych firm żydowskich: oni wolą się ogłaszać u gojów. Pan myśli że Żydzi to wielka sitwa, że trzymają się kupy między sobą, wierutne brednie. Mnie za wzór spójni narodowej służą Polacy. („Die Stimme" przestała wychodzić z powodu braku czytelników).

Homański kiedyś zagadnął Dawida Liskiego czy będzie wojna, było to po pierwszym starciu z Egiptem.
[kampania sueska 1956 r.].
- Nie będzie - odparł kategorycznie.
- Dlaczego nie będzie?
- Co znaczy dlaczego? Powiedział srul co nima kul.

Ekspedycją „Wiadomości" i innych periodyków zajmował się George Joseph, młody, uroczy Murzyn, lubiany przez wszystkich. Pracowity, chętnie służący pomocą każdemu. Falcowanie i pakowanie zorganizował sobie że tylko uczyć się u niego ekonomii czasu i wysiłku. Szef Silberg chorował na serce, miał 75 lat: po ostatnim ataku postanowił sprzedać drukarnię. Kręciło się kilku nabywców: zakład kupiło młode małżeństwo Linder, ponoć za £ 12.000. Nowy szef na drukarstwie się nie znał. Silberg zobowiązał się że przez miesiąc wprowadzi Linderów w interes, nauczy kalkulacji, zapozna z dostawcami i klientami. Po dwóch tygodniach Linder już był mądrzejszy od Silberga, który miał 60-letnie doświadczenie. Nowy szef chciał szybko dojść do pieniędzy, podawał wysokie ceny, nie dotrzymywał terminów, zniechęcał stałych klientów. Silberg nie mógł patrzeć na nieprzytomną gospodarkę, dochodziło do ostrych sprzeczek. Po trzech tygodniach Silberg trzasnął drzwiami. Nowa gospodarka odbijała się na „Wiadomościach". Ponieważ Redaktor nie zgodził się na wyższą cenę druku, Linder zaczął przeprowadzać różne oszczędności: kupował tanią farbę, która nie chciała schnąć i murzyła, gorszy gatunek papieru itp. Homańskiego i mnie zatrudniał przy lepiej płatnych zamówieniach, „Wiadomości" szły w odstawkę, były opóźnienia. Po roku ciągłych irytacji red. Grydzewski dostał lekkiego udaru, z którego się wygrzebał po kilku tygodniach. Nie mógł wytrzymać w tych warunkach kierownik, świetny linotypista, Sinclair, wymówił pracę i odszedł.

Miara się przebrała, gdy Redaktor dowiedział się od zagranicznych abonentów, że "Wiadomości" są podle drukowane i na podłym papierze. Linder na rynek wewnętrzny starał się utrzymać wymagany standard, na zagranicę - ponieważ ekspedycja odbywała się z drukarni - wypuszczał byle -co. Redaktor poprosił polskich drukarzy na naradę: co robić dalej? A no trzeba się przenieść do innej tłoczni bo tu źle się dzieje. Gdzie? W rachubę wchodziły dwie firmy: “Gryf" na Battersea i “White Eagle Press" Stanislawa Janickiego. Niestety „Gryf" był na "odludziu", daleko dla każdego z nas i komunikacja wielce utrudniona. A więc Janicki. Obiecał on że wyszykuje pierwszorzędny zakład przy London Bridge. Dobrze, niech będzie „White Eagle", bo centralne położenie. Po tym postanowieniu Redaktor dostał drugiego ataku paraliżu, przewieziono go do zakładu Aleksjanów na Wembley, gdzie już pozostał do końca. https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksjanie

Końcową fazę przenosin załatwili Borman i Homański. Odwiedziłem Redaktora u Aleksjanów.
Siedział w fotelu, wkoło książki i przybory do pisania, telefon. Ogromnie się ucieszył. Wypytywał o wszystkich, których znał i jak mi się podoba nowa drukarnia. Opowiedziałem o kolegach, znajomych. najnowsze wiadomości, a nawet ploteczki. Kiedy doszedłem do nowego zakładu pracy i powiedziałem że się źle tam czuję, wybuchł nagle szlochem. Byłem na to przygotowany, gdyż Borman mnie uprzedził, ale chyba miałem głupią minę, bo powiedział:
- Przepraszam za ten płacz, ale widzi drogi pan, mnie w mózgu coś się zepsuło i nie mogę tego defektu opanować. Jednak, wie pan. już mogę jedną nogą poskrobać drugą kiedy mnie swędzi. Namawiają mnie żebym próbował spacerować: trzeba będzie na razie przy pomocy braciszków uczyć się od nowa chodzić. - Tu znowu zapłakał .
- No, czas mi uciekać. Mam nadzieję że w czasie następnej wizyty przespacerujemy się po parku.
- Wie pan że ja już nie mam. Lewą rękę odpisałem na straty, nie mam w niej żadnego czucia. Dobrze iż prawą mogę jeszcze pisać. Niechże pan ode mnie pozdrowi kolegów i znowu mnie odwiedzi.
Dużo wertował książek. czytał, pisywał swoje „Silva rerum", ale nie było to już to co dawniej - brakowało pazura znakomitego polemisty. W czasie następnej wizyty powiedział:
- Rozmawiałem z panem Sakowskim, powiedziałem że źle się pan czuje w Londynie i poleciłem do drukarni nad morzem. „Dyrektor Sakowski chętnie zatrudni pana w „Dzienniku". Radzę jak najbardziej pójść do Hove. Zresztą on tu zaraz będzie."
Jakoż po kilku minutach zjawił się oczekiwany gość. Omówiliśmy wstępne sprawy. Po dwóch tygodniach zacząłem składać „Dziennik Polski". I tak do dziś. [data publikacji: 21.04.1974]

Ostatni raz widziałem Redaktora około 6 tygodni przed śmiercią.
[Grydzewski zmarł 9 stycznia 1970 r.].
Już niedowidział, seplenił, tylko słuch miał jeszcze niezły. Na moje „Dzień dobry, panie redaktorze!" natychmiast odpowiedział:
- Dzień dobry, panie Edmundzie, jakże się cieszę że pan przyszedł, niech pan siada. niech pan opowiada co u was słychać. Bo widzi, kochany pan, mnie wszystko z naszego świata bardzo interesuje - tu zaszlochał.
Coś we mnie zaskowyczało. Siadłem, opowiadałem o sprawach drukarskich, o „Wiadomościach" że przeszły na skład 9-punktowy.
- Tak, wiem o tym - przerwał mi - to sprawa pana Chmielowca i pana Bormana, oni mówią że tak jest lepiej. Ja im zostawiłem wolną rękę - tu znowu zaszlochał.
- Ja pana przepraszam za ten płacz. ale nie mogę się opanować. Kochany pan pewnie sobie myśli że ja idiota...
Nie mogłem z siebie słowa wydobyć. Na to wszedł braciszek, aby podać leki, obsłużyć pacjenta. Trzeba wyjść. Rzekłem jakimś drewnianym głosem:
- Do widzenia, kochany redaktorze.
- Do zobaczenia - i znowu szloch
Wsiadłem na rower, i do dziś nie mogę zrozumieć dlaczego w pustej alei. gdzie nie było żadnego ruchu, ja stary kolarz, któremu zdawało się że jazdę na dwukołowcu doprowadził do perfekcji, rąbnąłem jak długi bez najmniejszego powodu na jezdnię. Braciszek, pracujący przy różach na klombie popatrzył zdumiony i przeżegnał się nabożnie. Wstałem, otrzepałem się, otarłem zamglone oczy, potarłem stłuczone kolano. – „All right" rzekłem nadbiegłemu braciszkowi i ruszyłem przed siebie.

***

Po śmierci, na skutek polecenia Redaktora, ciało spopielono, a później popioły rozsypano na okolicznych terenach. (…)”

[Edward Goll, „Wiadomości” nr 1463/1464 z 1974 r., str. 8]

 



tagi: emigracja 

stanislaw-orda
1 grudnia 2018 10:25
3     655    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Maryla-Sztajer @stanislaw-orda
1 grudnia 2018 11:52

Śliczne te przygody z redaktorem :)

Dawno dawno, gdy miałam lepsze oczy,  robiłam przez kilka lat korektę.  Wydawnictwo dawało mi do domu i całkiem przyzwoicie płacili na tle innych.  Tyle ze odbitki papierowe,  czasami tzw ozalidowe, nie wiem czemu te akurat mialy czerwone litery .

Przygody z redaktorami wprost bezcenne,  błędy zdarzały się po obu stronach.  Kiedyś poprawiłam  dobrą formę na błędną.  Wtedy okazało się ze redaktor dopadł mnie przy obiedzie w klubie Pod Gruszą i tak zimno wykazał co zrobiłam. Już nigdy mu nic nie zmienialam. Chodzący ideał. 

Inny przychodził do wydawnictwa tylko po wypłatę  I nie robił nic.  Mógł. 

Ale dzięki temu poznałam kilka interesujących postaci,  autorów domagających się w sekretariacie rozmowy z redaktorem  :))..

Wtedy dzwoniono po mnie i to były najzabawniejsze spotkania,  choć nie pozbawione momentów grozy. 

.

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Maryla-Sztajer 1 grudnia 2018 11:52
1 grudnia 2018 22:31

Czy dzisiaj funkcjonuje zawód korektora?

Jedynym korektorem jest "gugiel", ale gugiel wszystkiego nie wie, a jedynie tylko  tyle, na ile go "zaprogramowano".

I kto miałby wykonywać ten zawód,  jeśli nawet osoby z dyplomami stosownych kierunków studiów rzadko kiedy potrafią posługiwać się poprawną polszczyzną.

zaloguj się by móc komentować

tomciob @stanislaw-orda
2 grudnia 2018 11:24

Notka cudnej urody. Pracowałem "na składzie" kilka lat, a przyuczali mnie do zawodu starzy "linotypiści" którzy właśnie przeszli na skład komputerowy, ale ich wiedza i doświadczenie były "ręczne," że tak się wyrażę. Ten klimat ludzi którzy czytają bo składają, myślą bo pracują i jeśli chcą, a chcą bo dzieło końcowe to także wartość ich pracy, biorą aktywny udział w korekcie, takiej właśnie był urody jak powyższe wspomnienia. No i ten "Silberg, ukraiński żyd, swój chłop." Serdecznie dzięki za taką ciekawą notkę i pozdrawiam.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować