-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Na dalekiej Ukrainie

Zanim rozpocznę zamieszczać  swoje nowe teksty,  jeszcze  jeden tekst z mojego bogatego archiwum na  s24.

Gwoli refleksji na temat stosunków polsko-ukraińskich przedstawiam tekst autorki Janiny Przecławskiej, pochodzącej majątku Lubcza (którego współwłaścicielem, gdy urodziła się tam Autorka, był Kazimierz Przecławski), wówczas w powiecie radomyskim, w dobrach iwankowskich (gł. miasteczko Iwanków). Nie znalazłem o Janinie Przecławskiej wszystkich danych, które mnie interesowały. Nie dotarłem w szczególności do daty jej urodzin ani do daty ślubu z Edmundem Berezowskim, inżynierem budownictwa (Mikołajewska Akademia Inżynieryjna w Petersburgu), oficerem armii rosyjskiej i oficerem w stopniu pułkownika Wojska Polskiego (od 1920 roku przydział na szefa inżynierii i saperów w Okręgu Białostockim, a od 1923 jako tytularny generał brygady przeszedł w stan spoczynku ze względu na kryterium wieku). Zmarł w lipcu roku 1924., natomiast żona Janina zmarła w marcu 1936 r. Małżeństwo miało dwie córki, jedną z nich była znana malarka, grafik i scenograf Maja (Maria) Berezowska, ur. 13.04.1893 r., - zm. 31.05.1978 r. Janina Przecławska była autorką wierszy (znalazłem tytuły dwóch zbiorków poezji: „Dusza: fantazya dramatyczna w czterech aktach – wrażenia, myśli, obrazy” z 1905 r. oraz „O Jadwidze królowej. Poemat dawnych dni” z 1911 r.).
Ponadto zajmowała się organizacją nauki i wychowania dzieci polskich – głównie sierot uratowanych z pogromów ziemian i szlachty polskiej na Kresach w trakcie walk polsko-ukraińskich i polsko-rosyjskich w latach 1917-1920. Dwa linki dotyczące tego rodzaju aktywności :

(http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/425258.html)

http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/gdy-dom-byl-kuznia-polskosci/

Ze względu na to, iż Janina Przecławska opisała na podstawie własnych doświadczeń kwestie, o których wyżej, zdecydowałem zamieścić jej tekst .Wspomnienia i refleksje Autorki zamieszczone zostały w dwóch tekstach, które ukazały się w kwartalniku „Przegląd Powszechny”, w t. 176 październik – listopad – grudzień) z 1927 r., wydawanym w Krakowie.
A zdecydowałem się, gdyż przez cały okres PRL-u zarówno nazwisko jak i publikacje Autorki były objęte ścisłym zapisem cenzorskim żydokomuny sprawującej monopol władzy nad nadwiślańskimi tubylcami (dyktatura lumpenproletariatu).

Pierwszy z tych tekstów dotyczy głównie sytuacji w latach 1917-1918, ale także zawiera odniesienia do lat wcześniejszych, drugi zaś (ewentualna następna notka) to są rozważania Autorki na temat dramatu Polaków na Kresach w trakcie wojny polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920.

Pozostawiłem pisownię w wersji oryginalnej, poza poprawieniem oczywistych „przekłamań” wynikających z zastosowania techniki skanu (dla zbiorów bibliotecznych. Musiałem także dostosować akapity do formy strawnej na blogu. Ponadto uzupełniłem tekst w przypisy. Moim zdaniem percepcja tekstów napisanych prawie 100 lat wcześniej bez przypisów jest z reguły niewystarczająca.

Cyzli jest to reedycja mojej notki z s24 sprzed ponad trzech lat.  Prezentowany tekst nosił tytuł: „Najsmutniejsi” , a podtytuł  Najsmutniejsza ziemia – polskość na Ukrainie”.

Oto ten tekst.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Boście przybyli z najsmutniejszej ziemi,

Gdzie krwawą pieczęć położyły dzieje.

Temi słowy pozdrowił zmarły już poeta Kazimierz Gliński [1] przed laty delegację kresową polską, przybyłą na zjazd do Warszawy. „Najsmutniejsi”, więc z najsmutniejszej ziemi, ta nazwa charakteryzować może doskonale osiadłych tam Polaków. A więc najsmutniejsi, bo odsunięci od życia kraju, od wieków przeznaczeni do wartowania u rubieży ojczyzny, zaprawieni do Walki, nie znający spoczynku, twardzi dla siebie, bez miłosierdzia dla wrogów, czujni na wszelkie napaści - ten typ żołnierza kresowego stawia nam przed oczy Wincenty Pol, malując swego Mohorta [2].

 

Mohort na kłodzie powalonej siedział,

Tak jak na koniu, a choć sobie drzemał,

Lecz śpiąc, pistolet w prawem ręku trzymał.

W podobieństwie do tego typu mogą służyć słowa zasłyszane już w ostatnich dniach przejść pogromowych 1918 r., a wypowiedziane przez wieśniaczkę rusińską, chcącą wykazać różnicę między panem a chłopem. Mużyk, jak narobytsia, spyt, a pan choczaj spyt idnym okom, a druhym wse taki dumaje (Chłop, jak napracuje się, śpi, a pan, chociaż jednem okiem śpi, drugim wciąż rozmyśla).

Takby się więc zdawało, że dola kresowa szła, pozostawiając i w dalszym rozwoju rysy podstawowe, przekształcając się w miarę zachodzących przemian dziejowych. Przebrzmiały walki, kraj stał się własnością cudzą, ale Polacy na kresach to była zawsze owa warta strażnicza, przechowująca poczucie trwania i obrony na rubieżach Rzeczypospolitej, święcie piastująca miłość tradycji i wiarę, że Polska wymarzona „będzie". Wiarę tę przekazywały pokolenia pokoleniom, w tych uczuciach rośli młodzi osadnicy na Wołyniu, Podolu, Ukrainie, zwartą siłą zgrupowani przy warsztatach pracy polskiej, wynosząc przekonanie, że duże obszary ziemi w polskiem ręku są Polską, która trwa. Nie mogąc mieć szerszego ujścia dla uczuć narodowych, odsunięci od prac państwowych, oddaleni od Polski; całą duszę skupili w tem jednem pojęciu, iż nie wolno sprzedawać ziemi. Ziemia sprzedana szła w obce ręce i tem samem waliły się środowiska polskie, które zgromadzone przy tych obszarach, stanowiły podstawę polskiego życia na kresach.

Z jakąś wzgardą i potępieniem obrzucano tego, kto lekkomyślnie ziemię swą sprzedawał obcemu, uważając go za zdrajcę i odstępcę! Tak rozumiały swój czyn ówczesny te pokolenia „najsmutniejszych", którym sądzoną była epoka przymusowej bezczynności dla zachowania miejsc polskich pracowników, fachowców, inteligentów. W tem haśle pozornie skromnem była samoobrona przed wrogiem, była woła' nieustępliwa, która milcząc protestuje. Dziadowie nasi mogli byli bronić ojczyzny w otwartej walce, orężnej i nie obronili jej; synom i wnukom przypadł inny obowiązek w udziale. Trzeba było walczyć o tę ojczyznę codziennie, w każdej jednostce, w domu, rodzinie, szkole, kościele - słowem, jak za dawnych mohortowskich czasów, „śpiąc pistolet w mocnej dłoni trzymać!"  Bo odkąd każda pierś musiała być warownią, każdy próg ojczyzną, każda dusza narodem, i tego dobra bronić trzeba było życiem całem. Z pozorem poddania i uległości prawom niewoli, z zatajeniem uczuć i myśli trzeba było stanąć do tej pracy trudnej, nieraz niemożliwej do wykonania, często tak zdradzieckiej, iż niepodobna było odkryć istotnych jej wartości - nieraz stawało się na niebezpiecznej pochyłości, w której jednak trzeba było zwyciężyć. Stokroć milej było może unieść się zapałem, zorganizować pracę szeroką, zgarnąwszy cały naród rozsiany w tem morzu obcem i nie bacząc na przeszkody zakładać ogniska polskiej kultury, tajne szkoły, bibljoteki. Byli tacy odważni tu i ówdzie i praca podziemna szła, rwąc się co chwila...

Byli tacy, co pod grozą zsyłki lub konfiskaty, rezygnując z własnego życia i mienia, nieśli pracę twórczą w miasteczkach i wsiach ukraińskich. Praca ta jednak rwała się wciąż, krępowana obawą,  bo ostre oko żandarma rosyjskiego przenikało tendencje i częstokroć nawet wygórowane opłaty i świadczone usługi nic nie pomagały. Wykrycie zaś pracy takiej było już jednocześnie jej zgonem, narażając jej uczestników na daleko idące konsekwencje. Każda taka praca n jaw wydobyta budziła czujność policji i tamowała dalszy rozwój.

Dziś, patrząc bezstronnie na to życie polskie na kresach z perspektywy lat ubiegłych, trudno się dziwić lub oburzać, że bardziej spokojna i mniej zapalna część społeczeństwa dla zachowania swych stanowisk, majątku, swobody i możności wychowania dzieci wstrzymywała się od udziału w tej, pracy podziemnej, że na te młodzieńcze zapały rwących się bezsilnie a uparcie patrzano jak na szaleństwo.

Bezwarunkowo, rola poddanych warunkom ówczesnym, toczących swój byt szary była rękojmią utrzymania egzystencji polskiego żywiołu. Nawet i owe gdzie niegdzie powstające śmielsze prace polskie, dzięki usunięciu się od nich przeważnej liczby Polaków kresowych, mogły w cieniu rozwijać się i rosnąć. Nikomu nie przychodziło na myśl, ż e wśród tych zrezygnowanych i milczących, oddanych rodzinie i majątkowym zabiegom mogły się budzić myśli jakiejś nielegalnej roboty i ta obojętność pozorna jednych niejednokrotnie stanowiła mur ochronny dla powstających tu i ówdzie prac.

Milczano, ale w głębi nie sprzedano nigdy uczuć. Marzenia wykołysane przeszłością bohaterską, wiecznie drogie i święte, w zatajeniu czekały na taką chwilę - ale, że milczeć musiano, tem były najsmutniejsze. Na tle życia odsuniętego od prac państwowych i społecznych paczyły się nieraz charaktery. Przymusowy zastój spowodował wiele bolesnych i niepowrotnych odejść. System szkolny gwałtownie rusyfikował, wprowadzając do domów nawet przymusowo książkę rosyjską jako robotę wakacyjną, zadając olbrzymią ilość dzieł rosyjskich do przeczytania i tym sposobem rugując bezwzględnie polską lekturę. Historja Iłowajskiego [3], fałszywie komentująca historję polską, w umysłach młodych nieciła zamęt i ból, lub też ujemnie kształciła uczucia narodowe. Wpływ ducha rosyjskiego nieraz przenikał i przekształcał tak dalece polskie dusze, iż młodzież szukając ujścia dla burzącej się krwi młodej ginęła dla Polski na zawsze w szrankach rewolucyjnych związków rosyjskich.

Bolesny przykład jawnego terroru daje nam rok 1890, kiedy to 36 polskich uczniów szkoły w Żytomierzu nie dopuszczono do matury za to, że założyli koło samokształcenia się w języku ojczystym i że nie chcieli brać udziału w donosach i szpiegowaniu kolegów, do czego zmuszał ówczesny dyrektor, znany rusyfikator Sidorów [4].

Zamożniejsza inteligencja, ziemianie jeździli rok rocznie do Warszawy, by spojrzeć w dokonywującą się tam pracę polską, nacieszyć się polską mową, ujrzeć polską scenę... lub też do Krakowa, by się tam „najeść, napić ojczyzny". Mając w oczach żywe obrazy Polski kontuszowej, odurzeni wolnością obchodów manifestacyjnych na wielkiej scenie „Dwadzieścia kroków wszerz i wzdłuż", wracali do swej Pipidówki , pełni nowych wrażeń, lęków i protestów... A w głębi rosło jakieś ciche zamyślenie, jakaś modlitwa strażnicza ognisk rodzinnych, którą tak piętnuje poeta Wyspiański jako „zaprzysiężenie grobom". A jednak ona to w kornem skupieniu ratowała Polskę, przez nią w owym czasie pokutnym Polska trwała i przetrwała, bo był to ów bój bezkrwawy, w którym „o duszę walczono duszą".

Pałace, dwory i dworki to były ogniska kultury polskiej, rozsadniki polskiej myśli. To były przytułki podczas wakacyjnych urlopów dla niejednego uczonego, literata, poety, artysty, zmęczonego życiem miasta. Jakżesz spieszyli w te gościnne progi ziemian kresowych, spędzając tam nieraz długie miesiące, by w ciszy i spokoju w warunkach odpowiednich dla pracy ducha, wzbogacić polską sztukę, wiedzę, kulturę nowem dziełem, nową zdobyczą! A te arcydzieła malarskich mistrzów naszych, skupywane wystawach, zapełniające sale, te olbrzymie księgozbiory, zawierające nieraz bezcenne materjały dla uczonego, historyka, poety, czyż to nie były namacalne dowody pielęgnowania ducha narodowego i tej miłości tradycji przechowującej wiarę w jutro Polski? To były gwarancje trwania i budowania na przyszłość.

Odrzucano narazie pracę podziemną, nielegalną, na chwiejnych podstawach, aby trwać w całości, aby nie obalić tego, co istniało, aby przechować i utrzymać. Ilość ziemi w posiadaniu polskiem na Wołyniu, Podolu i Ukrainie wedle obliczeń dosięgała 3 miljonów hektarów, a to posiadanie rozwijało kulturę rolną, przemysł krajowy, utrwalało na tym zanikłym, zatęchłym ułomku wschodniego barbarzyństwa i dzikości tchnienie ducha i myśli. Uniemożliwione współżycie bliższe z ludnością miejscową i z pewnym odsetkiem polskiego włościaństwa i tak zwanej drobnej szlachty nie zatamowało jednak w zupełności pewnego dobroczynnego wpływu i pomocy, której ośrodkiem pozostawały zawsze dwory.

Wraz z zanikiem polskości na kresach, wraz z hasłem „śmierć panom, śmierć burżujom", odeszło z ziem tych prawdziwe życie. Jednak przez lat dziesiątki pielęgnowany - ideał trzeźwości, trwania przy majątku jako jedynej ostoi polskiej, zacieśniał dusze i wyjaławiał myśli. Bezwzględne poddanie obcemu rządowi, który był uważany jako swój, ż tego względu, iż cesarz rosyjski tytułował się królem polskim i wielkim księciem litewskim, wywoływał przymusowy zanik dążeń i w wielu wypadkach wykoszlawiał serca. Wychodząc z tego założenia, iż przysięgłszy rządowi nie wolno było przeciw niemu występować, nie wolno było nawet pragnąć niepodległości, kurczono duszę, kaleczono język, zatracano indywidualność polską... Oficjaliści, drobni właściciele, dzierżawcy i pracownicy fabryczni i rolni, ci którym brakowało funduszów na wyjazdy i odwagi na wypowiedzenie swych uczuć, ci najbardziej skazani byli na poddanie się temu losowi.

A przecież, kiedy w latach 1905 i później zaczęły odzywać się głosy wolnościowe, kiedy już wolno było myśleć o narodowej swobodzie, najpierwsze właśnie, najżywiej czujące okazały się te z pozoru zanikłe dla polskości dusze - ci pracownicy, których synowie kuli w gimnazjach rosyjskich, przyjmując obojętnie wszystkie wpływy i poglądy dla karjery i przyszłości, te skromne panienki gimnazjalistki, których jedynem wyjściem były hasła rosyjskiej demagogji, te domy gdzie dla taniości kupowano rosyjskie książki i tworzono bibljoteki z wydawnictw „Niwy", najpierwsze stanęły do apelu. Jakby jednej chwili opadł pokost zewnętrzny przymusowego marazmu i zamanifestował się Polak, patrjota żądny pracy polskiej. Cześć wam ubogie zagrody, szarzy pracownicy, iżeście tak zaraz, w tej chwili osobliwej, usłyszeli ów dzwon spiżowy dzwoniący na powstającą ojczyznę! Każdy wasz ciężko zarobiony grosz dany na wojsko polskie, czy też na szkołę polską stwierdzał ów tak długo hamowany wybuch żywiołowego odczucia i radości, którego już nie było potrzeby ukrywać i który rodził nadzieję, wiarę, iż „nie zginęła".

Jeżeli zatrzymany w rozwoju, zachwiany w granicach dawnych duch Polski jednak trwał w pałacach i dworach, gorzej bywało z tą młodszą bracią, z tą, do której dostęp był wzbroniony, do których tylko czasami, ukradkiem dochodziło słowo otuchy i pokrzepienia. Na Podolu, Wołyniu, a nawet Ukrainie nierzadko spotykało się całe osiedla zajęte przez ludność czysto polską — chłopów mazurów całemi rodzinami różnemi czasy sprowadzanych przez ziemian polskich dla prac rolnych. Skupienia takie w większych ilościach ludu polskiego chroniły ich od wynarodowienia; złączeni życiem wspólnem przechowywali właściwości narodowe, obyczaj i język, nie dając się pochłonąć większości ludu ruskiego. Bronił ich kościół, usuwali się z pod obcego wpływu w ścisłem, rodzinnem złączeniu. Szkoła nie obowiązywała, więc dowolnie można było uniknąć nauki rosyjskiej, zato nierzadko spotkać można było ojca lub dziadka, uczącego polskiego pacierza i pokazującego na starym, wytartym elementarzu polskie litery...

Ale najsmutniejsi z najsmutniejszych, najbardziej wydziedziczeni i upośledzeni to byli  ci zagonowi, małorolni lub bezrolni, szlachta z dziada pradziada, herbowni Polacy o pięknie brzmiących nazwiskach, gdzieś od Jagiellonów, lub Batorego ród swój wywodzący. Tendencją rządu było, aby spłynęli w jedną masę chłopów ruskich, zmieszali się z ludnością miejscową, co też stawało się powoli, przez ciągłe wspólne obcowanie, przystosowanie do wspólnych potrzeb, przez małżeństwa, przez to współżycie, w którem nie było żadnego powiewu, żadnej myśli wyróżniającej ich.

Hasłem też ich było: „nie wyróżniać się", aby nie drażnić dzikich instynktów. Podobni tym anemicznym, bezramiennym sosnom, wciśniętym w las szeroko rozrośniętych dębów i buków, zanikali.

Małżeństwa mieszane odrywały całe rodziny od Polski, zapisując je do ksiąg prawosławnych. Według prawa rosyjskiego dzieci takich małżeństw musiały być prawosławne. Ze zdumieniem rok rocznie spostrzegano zmniejszanie się elementu polskiego. Mówiono: „Jeszcze pięćdziesiąt, dwadzieścia lat temu cała Janiszówka-Bohatyrka, miejsce rodzinne Bohdana Zaleskiego [6], to były wsie katolickie, polskie, dziś ledwie kilka chat pozostało".

Przystosowywali się, wsiąkając niewidocznie w żywioł miejscowy, zapominali mowy, plącząc jeszcze zniekształcony pacierz polski, zachowując zwyczaj wielkanocnej spowiedzi, której już nawet po polsku odbyć nie potrafili. Stawali się żyjącem odbiciem owego Zabudy z „Pana Balcera" [7], który wszystko zapomniał. „Od swoich my odeszli, a tutaj nas nie chcą", mówili żałośliwie. Niezatarte różnice pozostawały, drażniąc ruskiego chłopa, wywołując zawiść lub pogardę. Delikatniejsi, mniej zaprawieni do pracy, słabsi fizycznie, nieraz nie umieli, czy też nie chcieli sprostać robocie, szybciej i sprawniej wykonywanej przez chłopa Rusina, narażając się nieraz na jego lekceważenie.

Znienawidzoną też bywała taka synowa „szlachcianka" „cia z chwostom", jak ją zwali pogardliwie. W tem wszystkiem tkwiła ich tragedja. Coraz częściej od 1905 r. powtarzające się agitacje, burzące lud miejscowy przeciw „panom", groźnie zwracały się przeciwko nim, tej pozostałej garstce drobnej szlachty, która się coraz bardziej kuliła, aby ujść niepostrzeżenie. „Was najprzód wyrżniemy, boście także „lachy" wołano. Nazwę ich „szlachta" tłumaczyli „szlajusyjsia" - włóczęgi. Takie warunki, takie uczucia, przeradzając się w bolesną trwogę, znieprawiały ten smutny odsetek polskiej ludności, która już tylko pragnęła' spokojnego życia. Zdarzało się, iż zaniedbywano nawet chodzenia do kościoła. byleby nie zwracać na siebie uwagi. W chatach mówiono nawet między sobą po rusku, a na zapytanie dlaczego przynajmniej u siebie w domu nie starają się przechować język ojczysty, odpowiadali: „Tak my już przywykli! My tu jak mysz pod miotłą siedzimy - zabiliby nas inaczej! Nam straszno!"
Czasem, czasem, stara jak świat babcia próbowała odezwać się po polsku, kiedy się ją tak zaszło niespodzianie, potrafiła wydobyć z zamierzchłej pamięci wspomnienia poległych pod Dubienką... Bywało, iż w poufnej pogawędce ośmielał się „Zabuda", rozwiązywały się usta i oto opowiadał o ojcu - dziadku, którzy zginęli w powstaniach, o lasach, gdzie się kryli przed wrogiem... I wówczas z głębi kufrów wyciągano stare, zbutwiałe papiery, dowody szlachectwa, herbowne ślady zasług dla ojczyzny, nadania królewskie z XVII wieku jeszcze - i cicho z pietyzmem i łzą w oku układano je znowu w tychże miejscach. Tak się czasem udawało odsłonić rąbek tych dusz... Zabuda mówił i pamiętał.

Ale bywało gorzej. Kościół , jedyne miejsce, gdzie mogli słyszeć katolicką „pańską mowę" zbyt wielkiem, nieraz paromilowem oddaleniem utrudniał dostęp. Z konieczności nieraz, niedostatecznie poinformowani, dla chrztu lub pogrzebu udawali się do miejscowego popa, sami niebacznie tym sposobem wpisując się w księgi prawosławne. Złe wspominki targały nimi, nie umieli przebaczać, nie chcieli rozumieć. Jakieś dawne procesy graniczne o kawał gruntu dworskiego, te źle uświadamiane tendencyjne powstania polskie, o których nauczano, iż panowie chcieli powrotu „pańszczyzny" i tak nawet przekształcono pieśń narodową: „pańszczyznę racz nam wrócić, panie!" To stanowiło nieprzyjednanie i zaciśnięcie się coraz większe w status quo.

Inteligencja ziemiańska, pragnąca przebić ten mur niechęci, wchodząc do ich chat z miłością ofiarną, nieraz narażona bywała na bolesne przyjęcie. Nieraz zatrzaskiwały się drzwi z groźbą i łajaniem. A kiedyś jasno i dokumentnie tłumaczył jeden ponury szlachcic na wzmiankę o polskiej nauce: że się oni nie dadzą dziś wciągnąć, już oni nie tacy i wiedzą dobrze za co to rząd więził i skazywał na wygnanie, wiedzą czemu to panowie chodzili po lasach... Nie, oni nie dadzą dzieci na żadną polską naukę... to na nic!" Inni z niedowierzaniem kiwali głową: „Niech się uczą po polsku, ale to im nic nie da!"

Najtrudniej było przezwyciężyć tę nieufność - nie szczędzono zapału, aby dopiąć celu. Byli tacy co potrafili pogodzić uczęszczanie na tajną naukę polską i oficjalne chodzenie do szkoły wiejskiej.
W 1900 roku zorganizowano w najbardziej zapadłej części Ukrainy, w taraszczańskim powiecie [8], dwie formalne cztero klasowe szkoły polskie, które pod oficjalną nazwą szwalni i stolarni garnęły chłopców i dziewczęta, dzieci polskiej ludności wiejskiej - i dzięki przychylności ówczesnego prystawa [9], dobrze opłacanego, który w tych zakładach chciał widzieć tylko „stolarnię i szwalnię", przetrwać zdołały lat dziesięć. Szkoły te przez szereg lat budziły ruch polski na wsi i garnąc polskie ziemiaństwo do współpracy, stały się podstawą dla przyszłych pionierów polskości wśród drobnej szlachty polskiej. Dzieci, wracając do chat, swych protestowały ostro przeciw mowie obcej z rodzicami i rodziną; wiadomości wynoszone ze szkoły imponowały rodzicom, którzy z większą ufnością powierzali dzieci opiece instruktorów polskich. Nadchodziły liczne prośby o przyjęcie na naukę tak, że szczupłe ramy zakładów nie były nieraz w stanie sprostać zadaniu, które się rozszerzało, rosło w oczach. Jednocześnie po 1905 roku poczęły się sypać błagania ludności ze wsi sąsiednich o zorganizowanie takiej szkoły u nich, zobowiązania przyjęcia na siebie wszelkich kosztów utrzymywania nauczycieli, ofiarowanie bezpłatnego mieszkania oraz miejsca dla szkoły. Rok 1911 - 1912 wniósł gwałtowne zmiany, rzucono się z zażartością na te zapoczątkowane zbożne prace; dzięki tylko uprzejmości niezwykłej „prystawa" oba zakłady cichutko, jak powstały tak też pokryjomu przestały istnieć. Te same dzieci, które kilka lat temu kryły się przed opieką polską, które narazie uciekały jak dzikie stworzonka, nie rozumiejąc usiłowań pracy kulturalnej polskiej, po kilku latach starań usilnych zjednane, przeobrażone - oto w tej chwili okrutnej, gdy im zapowiedziano koniec, zamknięcie nauki, powrót do domu, z płaczem rzuciły się na kolana wołając: „Co my im zrobiliśmy, jacy ludzie są niedobrzy, czy oni wiedzą jaką krzywdę nam robią!"

Wiele dworów przyjęło częściowo rozpierzchłą gromadkę dzieci, wedle możności dopełniając przerwaną naukę, w ukryciu dalej pod różnemi pozorami kształcąc dzieci i wysyłając je do Warszawy do seminarjów nauczycielskich lub zakładów gospodarczych. Takie próby ryzykowne pod różnemi pozorami powstawały w różnych częściach Wołynia, Podola i Ukrainy, przeważnie po miastach w Kijowie, Żytomierzu, Berdyczowie, Kamieńcu, Winnicy, tworząc tajne koła oświaty, które roznosiły na prowincje swe kosztowne dobroczynne ziarna. Nie chcę tu wymieniać nazwisk tych odważnych założycieli na polu narodowej twórczości, aby nie pominąć tych, którzy pozostali ukryci, nieznani do końca dzięki ostrożności swej mrówczej, podziemnej roboty, która właśnie dlatego dłużej i wydajniej działać mogła. Nazwiska się zamazują, pozostają plony.

W roku 1917 zawiązała się pierwsza oficjalna organizacja „Rady okręgowej", a później „polski Komitet wykonawczy", który gromadzić miał rozsianą polskość na kresach pod jedną naczelną władzę, która przedstawić miała potem w Warszawie siły polskie pozostałe na dawnych rubieżach Rzeczypospolitej. Kiedy olbrzymi pochód narodowościowy rozwinął się na ulicach Kijowa, pozdrawiając wolność ludów, ludność polska ze wszystkiemi organizaciami swemi, szkolnictwem ludowem, bracią rzemieślniczą, pomocą polskim żołnierzom i wygnańcom, Komitetem wykonawczym, polską Macierzą szkolną przesunęła przed oczami zdumionych obywateli miasta.

Szli długo, W porządku, sprawnie, z chorągwią, na której Orzeł Biały i Matka Najświętsza świeciły jak pochodnie wieczne, a śpiew za ojczyznę lał się w przestrzeń zgodnym chórem. Patrzano z niedowierzaniem i niechęcią; słychać było z różnych stron głosy nieprzyjazne; „Co to jest, skąd ich tu tyle się nabrało". Wierzyć nie chciano, że ta ludność polska przetrwała w ciszy i skupieniu hodując naród. Jednak z liczby tych, którzy pracę swą ofiarną z poświęceniem życia całego nieśli, aby przechować Polskę w sobie cisną mi się pod pióro nazwiska dwa, które przemilczeć trudno. Pamiętam niewymowne chwile spędzone w ciasnych pokoikach na najniższem piętrze u tak zwanej powszechnie św. p. „babci" Ułaszyn w Kijowie [10].

Gromadka dzieci obsiadła duże podłużne stoły i sypią się pytania i odpowiedzi jasne, zwięzłe, śmiałe, świadczące o rozbudzonych sercach i dobrze przygotowanych, rozwiniętych umysłach. I ten dzień piękny, kiedy na sali polskiego klubu „Ogniwo", w tymże Kijowie, w sali zapełnionej po brzegi polskimi obywatelami ukazała się drobna, nieco pochylona postać, Jozafata Andrzejowskiego, powracającego z wygnania, na które był skazany za tę robotę polską tajną, oświatową,
za zorganizowanie narodowe całej rzeszy robotników swej fabryki ceramiki - za opiekę nad dziećmi ich, za całe umiejętne, długotrwałe ujęcie tej zbożnej pracy. Powstał tysięczny tłum i długo niemilknące oklaski witały powracającego pracownika, w głębokim hołdzie do stóp jego padając. I oto pod egidą i za przykładem tych ludzi krzewiła się oświata polska, aż zabłysła' ową gwiazdą cudną 1917 roku, od której blasku śćmiły się oczy wrogów. Lata późniejsze, zupełnie swobodnie rozwijającej się polskości, kreśli Jan Kornecki w książce swej: „Dzieje oświaty na Rusi", duże wspomnienie mieści się także w broszurce o Sejmie i Polskim Komitecie Wykonawczym z roku 1917 [11].

Znamienne jest, że od 1915 - 16 roku polska praca wybuchła lawą gorącą. Długo wstrzymane a niewygasłe uczucia przemówiły. Polska świtała... I na twarzach tych ludzi skupionych w jednej myśli,  w jednej nadziei, w jednej bezprzykładnej pracy nad siły, odbił się naprawdę ogień Boży. Pewność, że „ta, co nie zginęła, powstanie z naszej krwi", dodawała lotu. Od poddaszy do suteryn, chaty do chaty, cierpliwie, bez odpoczynku spisywano ludność polską wsi, miast i miasteczek - i dzień każdy przynosił swój plon.

Ten przegląd i stwierdzanie polskiej ludności to była podróż po nieznanej krainie nowych odkryć lub rozgoryczeń, codziennie rodziła się Polska lub padała w gruzy. Wielu wracało zapomnianych, wielu nie przyznawało się do polskości, kontentując się nazwą „katolik", ale Polska rosła z dnia na dzień mocniejsza, pewniejsza, bardziej zwarta w sobie. Bywały sceny rozczulające, wrażenie, iż nareszcie wolno być Polakiem i wolno mówić o tem upajało, podniecało, więc wielu, ośmielonych i już pewnych, radośnie tłoczyło się do zapisów - powracało do katolicyzmu gremjalnie. Wyrwy bolesne i odstępstwa goiły te chwile serdecznych powrotów. W tem była wiara, otucha, przyszłość.

Istotnie, zważywszy warunki i okoliczności nieprzyjazne, nie oburzać się należało, że ich tak mało już było, ale dziwić się i radować, że ich tak wielu zostało. I oto z tych serc najsmutniejszych szły nieraz rozrzewniające w swej prostocie hyperbolicznej słowa. Tak mówił Bratkowski [12], jeden z seniorów tej drobnej szlachty, wspominając czas ubiegły: „Było tu nas wielu, staliśmy na moście, nieraz zmuszano nas, aby przejść na tamtą stronę i nawet może trzeba było przejść, ale my staliśmy i stoimy dotąd i tak stać będziemy". Rodziły się nowe siły codziennie coraz mocniej rozbrzmiewało Polską. Przyjście wygnańców polskich w 1916 r., tego chłopa polskiego, wywarło ogromne wrażenie na ten lud polski z pod wiejskiej strzechy. Uwierzono nareszcie, że Polak to nietylko „pan", ale to naród, który stanowi Polskę, że ona była naprawdę i stanie się jeszcze, jeśli o to dbać będziemy. Wołyń, Podole, Ukraina te ziemie przed rozbiorami stanowiące jedno z Polską, po zaborach powszechnie „zabranemi prowincjami" zwane, zakipiały, zabiły jednym tętnem, otworzyły się nagle ukryte głębie pragnień, w których widniała tylko Polska. Nie było dworu, dworku, pałacu, na wsi i w mieście, gdzieby zwarta praca pomocy wygnańcom, opieki moralnej, roboty oświatowej nie trwała szczerą myślą, nie organizowała nowych placówek, pociągających rzesze całe do czynu. Na całym obszarze Wołynia, Podola i Ukrainy zaroiło się od szkół, a szkoła polska i każda organizacja polska była wzorem ładu, sprawności, umiejętności, która imponowała obcym. Rusini ubiegali się o zaszczyt przyjęcia dzieci do polskiej szkoły. Żywioł polski rósł i potężniał; duży wpływ na rozwój języka miała ta napływowa ludność wygnańcza, już nie wstydzono się mówić po polsku, polska mowa z dumą i pewnością rozbrzmiewała we wszystkich chatach. A wielka burza zbliżała się hucząc i grożąc. Nadchodził rok 1917.

Zdawna tlejące iskry w chłopie ruskim, moskiewsko-bolszewicka propaganda wybuchła strasznym płomieniem, w którym spłonąć miała i wiara tego ludu i ci, którzy wiarą tą zawsze żyli. Pracy nie przerywano. Burza już zrywała dachy, podkopywała grunt pod nogami, a złączona w zapamiętałej pracy inteligencja polska nie odrywała oczu od tego co się rozpoczęło tak wspaniale - pracowano wśród wichru i burzy. I ktoby spojrzał na tę garstkę polską wśród wrogich fal obcych, wśród rozpadających się podstaw społecznych, z zaparciem się i oddaniem sił wszystkich budującą i tworzącą wśród rozpętań wściekłych żywiołów, wziąłby ją za garść szaleńców. Istotnie to była praca szaleńców, której co chwila groziła zagłada. Od tych szaraczków, od tych wczoraj jeszcze nieznanych, jeszcze dalekich, dziś już bliskich i swoich szła otucha, pociecha. Mówili: „Trzeba trwać, trzeba siedzieć, aż się dach zapali nad głową". I trwaliśmy, aż się zapalił dach. A kiedy się zapalił, kiedy w gruzach legł dobytek wiekowy, prace ostatnie, myśli, które karmiły pokolenia, kiedy runął „dom"; ognisko pogody, dobra idei twórczej, kiedy na głowy ziemian polskich każdego inteligenta naznaczono ceny, a terror jak dym dławiący zatruwał wszystkie oddechy, kiedy wszystko waliło się w krwawych ogniach i jękach męki okrutnej... kto mógł, biegł do Polski,... kto nie mógł...

Gdzie wy dziś? Gdzie wy, coście z błogosławieństwem rodzicielskiem, z piersią wzruszeń pełną stali u progu pierwszej oficjalnej szkoły polskiej, powtarzając nabożnie słowa polskiej narodowej pieśni; wy co zebrani w chatach, łowiliście chciwie opowiadania o Polsce w kajdanach i o tej drugiej już wolnej i niepodległej słuchali, iż ledwie wam serca z radości nie pękły! Czy źywiście, czyście umarli w męczarniach prześladowań, czy też zmożeni walką, torturami, przemocą, chylicie znękaną głowę pod nowe, straszliwsze jeszcze jarzmo? Te polskie dzieci nieszczęsne, skazane na bolszewickie zwyrodnienie, te nauczycielki ofiarne, które nie chciały ich porzucić,, by czuwać cichym wpływem nad duszą przeszłości polskiej. Te rodziny bez środków, te wsie obałamucone, ci zmuszani do pracy, od której z ochydą odwracały się serca, — a ręce i myśli przyjąć musiały, aby żyć. Ci kapłani święci, te dusze misyjne, wpatrzone w ducha ludzkości, niosące sztandar Boży? Wywieźć ich chciano, uratować, bezpiecznie w Polsce umieścić. Kiedy z tem przyjechano do Kijowa, ksiądz Naskręcki [13] i ksiądz Skalski [14] odpowiedzieli: „Przyjdźcie jutro do kościoła!" A gdy nazajutrz weszli warszawscy posłowie do kościoła, uderzyła ich oczy zdumione świątynia po brzegi zapełniona ludem. To była odpowiedź czcigodnych kapłanów: tych potrzebujących, stroskanych, rozbitych nie mogli przecież, nie chcieli opuścić.  I pozostali. Nie ulękli się prześladowań, mąk, tortur, które stały się udziałem nieskończonej ilości męczenników, których imiona ognistemi zgłoskami zapiszą się na krawych kartach historji.

Zostali, bo byli potrzebni. A ci, co dotarli, co przez wszystkie piekła bolszewickie dobili w końcu do ojczyzny, padli na kolana, całując proch, ziemi w ślubowaniu dozgonnem. Wszyscy stanęli do pracy. Jak kto mógł i umiał, odważnie, śmiało, bez fałszywego wstydu, z obawą jedynie, aby na zagonie ojczystym nie okazać się bezpożytecznym, byleby znaleźć miejsce, byle pracować. Ciasno było w ojczyźnie, rozpychano się, deptano wzajemnie. Dzień po dniu, cicho, z poddaniem zdobywać trzeba było szacunek i zaufanie rodaków. Walka o byt gorzką jest. W walce tej niejeden stawał bezsilny! Ale nikt, nigdy nie zaszemrał przeciw losom, które wzamian za byt niezależny, za dach swój własny, dały mu niepodległą własną ojczyznę. Za nią tylko dziękowali Bogu, mówiąc z dumą: „Mamy Polskę!" Szeregi bladych, smutnych kobiet, igłą lub szydełkiem zarabiających na chleb powszedni, dobijających się o najzwyklejszą pracę kuchenną lub pokojową, legjon nauczycielski, z uśmiechem witający dzień troski i głodu, mężczyźni w wytartych, wylatanych ubraniach, pędzeni z biura do biura, wyczekujący napróżno!...

A ta młodzież polska, te polskie dzieci, z ekstazą i nadzieją biegnące do Polski jak do matki. Jęk mordowanych rodziców, syk rozpadających się w płomieniach domów idzie za niem i znaczy się w sercach przerażającem odbiciem. Żywot każdy, to bezmiar rozwijających się cierpień, na które niema wyrazu. Wikłają się straszne sceny i zapadają w bezdeń głucho. Ból tam tkwiący dostarczyć może na długie lata tematów do nieprawdopodobnych powieści. Ludzie to przeżyli i przeżywają. Młodzieńcy, dzieci prawie, na pierwsze wezwanie stają na rozkaz Ojczyzny w obronie przed najściem bolszewickiem. Wielu ginie śmiercią walecznych, wielu przynosi zarodki nieuleczalnych chorób. Przejścia nas Ukrainie, praca nad siły, wojna, źle wychowują. Oni wychodzą z tego zwycięsko. Dzięki towarzystwu pomocy dzieciom i młodzieży polskiej z kresów, organizacji niedobitków kresowych, znajdują dach, opiekę, kończą szkoły. Potem w ubogich ogniskach akademickich, powstałych także za staraniem tychże kresowców, idą dalej. Uczą się i zarobkują, często upadając w pracy nad siły. Uczą się, by nie być ciężarem ojczyzny. I wrócić do swego kraju. Ojczyzna i kraj ojców, te dwa uczucia załamują się w sercach podwójnem ukochaniem. Cel jasny grzeje i przyświeca w tej drodze dalekiej jeszcze do przebycia. Trudno odwrócić wzrok od swej kolebki, nie odchodzi dusza od początku swego.

W wizjach prawdopodobieństw niemożliwe staje się możliwe. Nadchodzą wyczucia przemian, powrotów, zjednań, snują się nici misyjnych przeznaczeń. Huczą z dna Dniepru trąby Bolesławowe i strażnicy Złotej Bramy przynoszą wołania: „Do pracy zwartej na zostawionej placówce!” Nadzieją żyje młodzież stepowa.

Dla wykończenia jeszcze jeden obraz przesuwa się przed oczami. Jest potęga myśli, która przekracza ciasne ramy polityki ludzkiej — są czyny, będące owocem natchnień, nie osądzone przez ludzkie rozumowania. Znaczenie ich pogłębia się twórczo poza granicami świata realnego.

Wchodząc do Kijowa, wojsko polskie było objawem majestatu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Niema słów w ludzkiej mowie na oddanie wrażeń i przeżywań tych „urodzonych w niewoli, okutych w powiciu!" Nie dziw, iż pękały serca radosne, iż oglądały zbawienie. Za to uniesienie niezapomniane serc „najsmutniejszych", za potwierdzenie dziejowej przemiany, za ukazanie Polski żywej, działającej, niepodległej, za te nagle pobladłe twarze wrogów, niech będzie błogosławione szaleństwo. Niech będzie błogosławiony ten, który je spełnił, ożywił karty dziejów naszych blaskiem dawnym, wskrzesił i umocnił nadzieję, z za mgły ukazał-zarysy przyszłości. Zwycięstwo tym, którzy wierzą.

 

Przypisy :

[1] Kazimierz Gliński (ps. Kazimierz Poroh) – ur. 1850 w Wasylówce k/ Kijowa, zm. 1920 w Nałęczowie. Polski poeta, dramaturg i powieściopisarz. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej. Był synem Ludwika Glińskiego oraz ojcem Mieczysława Glińskiego. Szkołę średnią ukończył w Berdyczowie.  W 1868 r. rozpoczął studia na wydziale historyczno-filologicznym uniwersytetu Jagiellońskiego. Z Krakowa do Warszawy przeniósł się w 1873 r. Leczył się w Nałęczowie, gdzie zmarł i został pochowany na miejscowym cmentarzu, a na budynku zarządu Spółki Zakładu Leczniczego w Nałęczowie znajduje się tablica, która upamiętnia pisarza.

Bibliografia:

http://www.biblionetka.pl/author.aspx?id=3764

[2] „Mohort. Pieśń o ziemi naszej”” – poemat napisany przez Wincentego Pola, którego fabułę stanowi historia kresowego rycerza, obrońcy ojczyzny i wiary. Poemat powstał w latach 1840-52, wydany został w 1855. Temat zaczerpnął poeta z opowieści swego przyjaciela, Ksawerego Krasickiego. W sześciu rapsodach, napisanych w konwencji gawędy, Autor nakreślił wzór chrześcijańskiego rycerza-patrioty, sytuując dzieje Mohorta na tle panoramy dziejów polskich poczynając od czasów Jana III Sobieskiego. Wizja ta inspirowała wielu wybitnych malarzy, m.in., Juliusza Kossaka, Piotra Michałowskiego, Januarego Suchodolskiego;

[3] Dmitrij Iwanowicz Iłowajski ( 1832 - 1920 ), historyk rosyjski, autor podręczników dla szkół średnich
i podstawowych, obowiązujących w
Królestwie Polskim, które zafałszowując historię Polski, używane były jako narzędzie rusyfikacji;

[4] W 1750 r. sejmik kijowski w Owruczu uchwalił żeby w Żytomierzu otworzono szkoły, a misję ich tworzenia powierzono jezuitom. Kazimierz Stecki otrzymawszy godność senatora w kasztelanii kijowskiej ufundował misję jezuicką, budując dla jej potrzeb budynki (murowane) wraz z kościołem. Ale postawił warunek, iż Jezuici będą utrzymywali szkołę trzyklasową. Zakres nauki w fundacji Steckiego rozszerzony został przez Józefa Andrzeja Załuskiego, biskupa kijowskiego, który do owych trzech klas dodał czwartą. Po kasacji zakonu jezuitów kwestie oświatowe przejęła nowo powstała Komisja Edukacyjna, która przekształciła dotychczasową szkołę zakonną w instytucję świecką. Szkoła otrzymała charakter „wydziałowy” dla województw kijowskiego i bracławskiego i była placówką szybko rozwijającą się,
ze zwiększającą się liczbą uczniów. Po dziesięcioletnim okresie istnienia szkoły „wydziałowej, która składała się z 6 klas (zakres gimnazjum – ówcześnie „matura”), liczba uczących się w 1784 r. wynosiła ok. 600 uczniów. Dodatkowo prowadzeniem polskiej szkoły zajmowali się w Żytomierzu Bernardyni.
W 1761r. Jan Kajetan Iliński - starosta żytomierski, wzniósł drewniany kościół i klasztor dla Bernardynów, gdzie do 1832 r. zakonnicy prowadzili szkółkę elementarną dla ubogich dzieci z przedmieść Żytomierza.

Żytomierz został oderwany od Polski po drugim rozbiorze (1793 r.), pozostał jednak silnym ośrodkiem kultury polskiej. Szkoły średnie w Żytomierzu, do rozbiorów podległe Szkole Głównej Koronnej – dawnej Akademii Krakowskiej, od 1797r. zostały podporządkowane Ministerstwu Skarbu. Gdy kuratorem okręgu został książę Adam Czartoryski, cały obszar do którego należał Żytomierz, objęty został siecią szkół średnich, które wychowywały uczniów w polskim duchu narodowym.

Od 1853 r w Żytomierzu wraz z rodziną mieszkał i pracował Józef Ignacy Kraszewski, który był kuratorem szkół polskich oraz uczył w słynnym Kolegium Jezuickim, założonym w 1763 r. (kolegium mieściło się przy ul. Czerniachowskiego).

Piotr Sidorow – został mianowany dyrektorem szkoły średniej w Żytomierzu po upadku Powstania Styczniowego, gdy nastąpiły ostre retorsje odnośnie zakresu praw Polaków w Królestwie Polskim. Celem rosyjskiej administracji oświatowej było maksymalne zrusyfikowanie gimnazjum i w ten sposób selekcjonowało kandydatów-Polaków na uniwersytet. I to podobni jak Sidorow decydowali o tym, ilu uczniów polskich nie otrzyma matury.

 

Ww. informacje zebrałem w oparciu, m.in., o:

Z zapisków i ze wspomnień Żytomierzanina” . autor: ks. Kazimierz Naskręcki, oprac. Maria Dębowska.

http://www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/zytomierz:-potrzebna-polska-szkola

http://kresy24.pl/25269/dawny-zytomierz/

http://dir.icm.edu.pl/pl/Slownik_geograficzny/Tom_XIV/903
(str. 903 – 913)

http://dir.icm.edu.pl/pl/Slownik_geograficzny/Tom_XV_cz.2/729

[5] „Niwa” - dwutygodnik naukowy, literacki i artystyczny poruszający tematykę społeczno-kulturalną. Pismo wydawane w Warszawie w latach 1872-1905 (od . 1895 r. jako tygodnik , a od 1898 r. pn. „Niwa Polska”, propagowało przejściowo idee pracy pozytywistyczne (m.in. zamieszczała swoje teksty Eliza Orzeszkowa – „Listy o literaturze”, , Bolesław Prus – cykle felietonów pt.: „Z ustronia” – 1874 r., „Sprawy bieżące” od 1874 r., Henryk Sienkiewicz, Julina Ochorowicz), zaś po objęciu funkcji redaktora naczelnego przez Mścisława Godlewskiego (1898 r.) profil ideowy pisma zmienił się na konserwatywny;

http://pl.wikipedia.org/wiki/Niwa_(czasopismo)

[6] Józef Bohdan Zalewski - ur.1802 r. w Bohatyrce (d.Janiszówka), gubernia kijowska, zm.1886 r. w Villepreux, (obecnie miejscowość w regionie Île-de-France, w departamencie Yvelines). Pochowany został na Cmentarzu Montmartre w Paryżu. Polski poeta okresu romantyzmu. Wraz z Antonim Malczewskim i Sewerynem Goszczyńskim zaliczany jest do "szkoły ukraińskiej" polskiego romantyzmu. Jego wiersze były pisane rzadko spotykanym w poezji polskiej tzw. sylabotonikiem melicznym, charakteryzującym się bardzo regularnym uporządkowaniem sylab akcentowanych i niezwykłą melodyką wiersza. Z tego powodu wiele jego utworów stało się bardzo popularnymii uzyskało oprawę muzyczną, również ze strony wybitnych ówczesnych kompozytorów, m.in.,Fr. Chopina;

[7] Zabuda – jedna z postaci poematu Marii Konopnickiej zatytułowanego „Pan Balcer w Brazylii”

(„Poezye, wydanie zupełne, krytyczne t. X , „Pan Balcer w Brazylji””, Gebethner i Wolff, 1915);

http://pl.wikisource.org/wiki/Poezye_wydanie_zupe%C5%82ne,_krytyczne_tom_X/Pan_Balcer_w_Brazylji

[8] powiat taraszczański (ujezd) – d. powiat w guberni kijowskiej (istniał do1918 r.), utworzony w 1800 r. z powiatów piatyhorskiego i lipowieckiego, którego stolicą była Taraszcza;

http://dir.icm.edu.pl/pl/Slownik_geograficzny/Tom_XII/160
(str. 160 – 163)

[9] prystaw – funkcja policyjna w carskiej Rosji (od 1837 r. do rewolucji w 1917r.), komendant albo komisarz posterunku policji w danej miejscowości;

[10] Stanisława Ułaszyn prowadziła w mieszkaniu Pasenkiewiczów w Kijowie nielegalne nauczanie (szkołę) polskich dzieci;

[11] http://bs.sejm.gov.pl/F?func=find-b&request=000000698&find_code=SYS&local_base=ARS10

[12] nie udało mi się „zidentyfikować” , o którego Bratkowskiego chodzi. Bratkowscy był to liczny ród szlachecki na Podolu, a także, m.in., w sieradzkiem i ziemi łowickiej;

[13] ks. Kazimerz Naskręcki, ur. 1878 r. Żytomierz, zm. 1950 r. Kwidzyn;

http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/Naskrecki.htm

[14] ks. Teofil Skalski, ur. 1877r. Kiryłówka na Podolu (powiat zwinogródzki, gubernia kijowska),
zm. 1958 r. Mszana Dolna;

http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/Skalski.htm

 

 

 

 

 

 

 



tagi: polskie kresy  kresy polskie 

stanislaw-orda
25 czerwca 2017 18:34
8     518    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Magazynier @stanislaw-orda
25 czerwca 2017 19:45

Super tekst. Mój plus pierwszy. I to "Mużyk, jak narobytsia, spyt, a pan choczaj spyt idnym okom, a druhym wse taki dumaje (Chłop, jak napracuje się, śpi, a pan, chociaż jednem okiem śpi, drugim wciąż rozmyśla)." Ekstra. Teraz wiem nieskromnie, czemu mam problemy z zasypianiem.

Jeszcze raz muszę przeczytać.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Magazynier 25 czerwca 2017 19:45
25 czerwca 2017 19:47

No może to po dziadkach uciekinierach z białoruskiego kołchozu. Jak nauczała znana anegdotka o tow. Josifie Wisarionowiczu: Nie spij. Mai towariści toże nie spiat.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @stanislaw-orda
25 czerwca 2017 20:03

A oto  dalszy ciąg wspomnień tej Autorki.

link:

http://dawidowicz.salon24.pl/587823,u-krainy-krwawy-lud

 

podr.

u-ai

zaloguj się by móc komentować

Anna-Mieszczanek @stanislaw-orda
26 czerwca 2017 01:12

Zdziwił mnie ten link z ngo.pl ale kliknełam,  zobaczyłam autora i stała sie jasność:)) On lubi grzebać w historii. Inna rzecz, że portal sie na to zdecydowal, oni zwykle sa tacy "postepowi".

 

zaloguj się by móc komentować


Anna-Mieszczanek @stanislaw-orda 26 czerwca 2017 08:57
26 czerwca 2017 12:33

Karol Wittels - autor tekstu w portalu ngo.pl.

zaloguj się by móc komentować

A-Tem @stanislaw-orda
15 października 2017 09:44

Zaleski. Bez "w". Dzięki za wskazanie tego wybitnego poety, de facto nestora polskiego romantyzmu literackiego. Prawidłowy przypis brzmi zatem tak:

[6] Józef Bohdan ZALESKI - ur.1802 r. w Bohatyrce (d. Janiszówka), gubernia kijowska, zm.1886 r. w Villepreux k. Paryża, (V. to miejscowość w regionie Île-de-France, w departamencie Yvelines). Pochowany został na Cmentarzu Montmartre w Paryżu. Polski poeta okresu romantyzmu. Wraz z Antonim Malczewskim Sewerynem Goszczyńskim zaliczany jest do "szkoły ukraińskiej" polskiego romantyzmu. Jego wiersze były pisane rzadko spotykanym w poezji polskiej tzw. sylabotonikiem melicznym, charakteryzującym się bardzo regularnym uporządkowaniem sylab akcentowanych i niezwykłą melodyką wiersza. Z tego powodu wiele jego utworów stało się bardzo popularnymii uzyskało oprawę muzyczną, również ze strony wybitnych ówczesnych kompozytorów, m.in. Fryderyka Chopina.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @stanislaw-orda
15 października 2017 10:41

Bóg zapłać.

W tekście notki napisane jest  poprawnie, a w przypisie to pewnie  auto word Windowsa dopisał   zbędne "w".

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować