Genatsvale; dokończenie
czyli ciąg dalszy podróży poślubnej wzdłuż wybrzeża czarnomorskiego.
poprzednia część:
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/genatsvale
******
Liuba wskazała drogę. „Moskwicz” skrzypiał i gruchotał, ale toczył się mozolnie po zdewastowanym asfalcie szosy między pustymi plażami a górami. Minęli przedmieścia, gdzie stały dacze znanych nie tylko w Suchumi dygnitarzy: Berii, Stalina, Kaganowicza, Mikojana. W centrum miasta Patrick Warren ze zdumieniem oglądał zrujnowane budynki, czołgi na ulicach i tłumy ludzi przed sklepami.
-„Wszystko jest takie interesujące!” – co i raz wykrzykiwał Patrick.
„Wygląda na to, że tylko my dwoje jesteśmy tu jedynymi turystami”.
Zatrzymano ich na wyjeździe z Suchumi. Drogę blokowały dwie ciężarówki i radiowóz.
-„Patrol!” krzyknął wąsaty porucznik i zaczął wypytywać: -„Broń? Amunicja? Granaty?”
-„To twoi koledzy” – wyjaśniła Liuba. -„Policja”.
Polecono im otworzyć bagażnik.
-„Co macie w walizkach?”
Walizki były prawie puste: wszystko, co nie zostało skradzione, zostało już rozdane.
-„A to co? Jest zakaz wywożenia benzyny z miasta”.
Policjant wystawił kanister i oddał go innemu, a tamten szybko wyniósł go gdzieś w krzaki.
„Dlaczego?” – zapytał uprzejmie Patrick.
Odpowiedź nie padła.
-„Jedźcie dalej, nie blokujcie przejazdu, bo was ukarzemy”.
Droga wiła się nad morzem, ukazując wspaniałe widoki.
„Wiesz co” – zaproponował Patrick.- „Rezo ma rację, tu jest wojna, musimy się przenieść do Rosji, żeby tam odpoczywać. Oceniając wg mapy, pozostało jeszcze jakieś sto mil. Spójrz, jak pięknie: ubóstwiam góry”.
Znów jechali krętą górską drogą. Po wsiach stały transportery opancerzone, a gdzieniegdzie słychać było strzały. Zapytywani miejscowi przechodnie patrzyli na nich ze strachem. Mijali sklepy, restauracje z zabitymi deskami oknami i opustoszałe targowiska. W jednym z domów, niedaleko szosy, sprzedano im dwie puste butelki, w które należało zaczerpać wody ze źródełka. Słońce minęło zenit, gdy skręcili z szosy i zatrzymali samochód w pobliżu zapuszczonego sadu, nastepnie zjechali z pagórka i pod rozłożystą dziką jabłonią postanowili zrobić postój na posiłek. Wokoło nie było żywej duszy. Chleb z dżemem, który dał im Rezo, popijany wodą źródlaną smakował wyjątkowo. Patrick dla potrzeby relaksu położył się na wyschniętej trawie. Liuba położyła głowę na jego piersi i po bezsennej nocy oboje zasnęli.
Narastający hałas obudził Patricka. Trzy ciężkie, czarne limuzyny z ciemnymi szybami, buksując oponami, powoli wytoczyły się zza góry i zatrzymały. Warren przenosił wzrok od jednego samochodu do drugiego, ale przez długa chwilę nie było od nich oznak życia. Potem z pierwszej i trzeciej limuzyny wysiadły dwie grupki młodych ochroniarzy w czarnych garniturach i krawatach i obserwując okolicę, uformowały półkole,. Przednie drzwi drugiego samochodu otworzyły się. Łysiejący generał ze złotymi naramiennikami wyszedł na pobocze drogi, rozejrzał się i pochyliwszy się usłużnie, zaczął otwierać tylne drzwi. Przez pewien czas nikogo nie było widać. Wreszcie ukazał się wypolerowany, czarny but. Chwilę później obok niego pojawił się drugi. Oba buty poruszyły się, rozciągając ukryte w nich stopy. Z ciemności dobiegło chrząknięcie, a męski głos zaklął z gruzińskim akcentem i zapytał:
-„Czy są tu jacyś ludzie?”
„Żadnych” – odparł generał szorstko – „wszystko przejrzano”.
Oparty o drzwi i podtrzymywany przez generała, starzec z ospowatą twarzą i wąsami opadającymi do ust wyłonił się na światło dzienne. Miał na sobie znoszoną białą kurtkę służbową z rozpiętymkołnierzykiem, dwiema kieszeniami na piersi i białą czapkę. Starzec zmrużył oczy, patrząc na słońce i powiedział:
-„ Niech to diabli, ale przypieka!
Stękając i chwiejąc się, starzec obszedł samochód dookoła i, ustawiwszy się przy kole, oddał mocz. Patrick przeniósł spojrzenie na Liubę, ale ta smacznie spała. Starzec po zrealizowaniu ważnej potrzeby odetchnął z ulgą. Zapinając rozporek sztywnymi palcami, podszedł do skraju drogi i zsunął czapkę z głowy. Popatrzył na góry, wyjął z kieszeni kapciuch i fajkę i zaczął ją napełniać, ubijając tytoń kciukiem. Ochroniarze sformowali szeroki krag,uważnie obserwując okolicę. Generał trzymał już przygotowaną zapalniczkę. Staruszek włożył fajkę do ust i pocmokał, zapalając ją.
Wtedy dotarło do Patricka. że oto ma jedyną szansę. Zerwał się na równe nogi i zawołał:
-„Panie Stalin!”.
Gdy tylko Warren się poruszył, ochroniarze rzucili się na niego i wykręcili mu ręce. Patrick, gdyby zechciał, mógłby sobie z nimi szybko poradzić, ale tylko wysunął głowę spomiędzy dwóch zuchów, którzy trzymali go za ramiona, i przedstawił się.
- „Widzisz? To tak zwani osobiści ochroniarze” – powiedział starzec do generała, splunął wściekle i zatarł plwocinę butem. - „To za to ludzie wypłacają wam wynagrodzenie?”
-„To moja wina, towarzyszu Stalin!”
-„Dokonajmy zamiany, panie Stalin” – pospiesznie zawołal Patrick.- „Ja dam wam fajkę wodza Indian, a Wy oddacie mi swoją”.
-„Mnie, przywódcy całej postępowej ludzkości, oferujesz fajkę wodza jakiegoś małego plemienia?”
-„Ale ta fajka, według legendy, daje nie tylko władzę, ale i nieśmiertelność!”
-„To wszystko są bujdy! My marksiści jesteśmy ateistami. Ale skoro tak bardzo pragniesz fajki, którą palił towarzysz Stalin, to proszę bardzo. Zostawcie go. Generale, daj mu moją fajkę”.
Starzec, pocharkując, wsiadł na tylne siedzenie limuzyny.
Ochroniarze powalili Patricka na ziemię i błyskawicznie załadowali się do samochodów.
- „A co z tymi młodymi ludźmi na trawie…” –zapytał starzec generała. - „Przecież to Amerykanin… Zastanowiłem się chwilę i mam dylenat: czy agenci USA naprawdę muszą wiedzieć, że towarzysz Stalin jest obecnie na swojej daczy w Abchazji?”
-„To może wydam rozkaz, żeby ich poczęstować z kałasznikowa?”
-„A po co się nimi przejmować? Niech goście odpoczną w spokoju. A potem niech towarzysz Beria bezstronnie sprawę rozstrzygnie. Nie wydaje mi się, że powinni wracać do matecznika imperializmu. Dlaczego taki silny fizycznie Amerykanin ma nie popracować na rzecz socjalizmu. Na dodatek fajka wróci do prawowitego właściciela. Jedźmy!”
Silnik zawył. Patrick wciąż trzymał jeszcze dymiącą fajkę.
***********
Warren zbudził się po raz drugi, tym razem naprawdę. Gdy otworzył oczy, ujrzał, że trzyma w dłoni suchy patyk, który znalazł w trawie. Hałas i dym rzeczywiście było sychać i widać. To ich „Moskwicz” wartko toczył się, pełen ludzi z ogolonymi głowami. Patrick poderwał się i w trzech susach dopadł szosy, ale samochód zdążył już zniknąć bez śladu. Pościg na własnych nogach po pustej szosie byłby czystą głupotą. Poszperał jeszcze ręką po kieszeniach: kluczyki do samochodu zniknęły.
-„Fajka, Luba!” – jęknął Patrick.
-„Jaka fajka?”
-„Fajka wodza Indian, którą chciałem wymienić na fajkę Stalina”.
-"Odjechała".
Wraz z fajką odjechały ich ubrania, kamera wideo Patricka i koce – wszystko co było w bagażniku „Moskwicza”. Ale portfel w tylnej kieszeni spodni wciąż był na miejscu, bo Patrick spał na nim.
Jak czytelnik mógł się oprzekonać, autor stara się dokładnie przekazać to, co opowiedział Patrick, bez żadnych upiększeń. Jeśli nawet trochę skłamał dla efektu, mówiąc o spotkaniu we śnie z towarzyszem Stalinem, autor nie może brać za to odpowiedzialności. Niedawno przeczytałem w bardzo poważnym magazynie, że nawet długie sny przelatują nam przez myśl w mgnieniu oka, a fajka wodza również mogła mu się przyśnić w momencie, gdy złodzieje już odpalali silnik jego „Moskwicza”. Patrick postanowił nie opowiadać żonie o swoim sennym koszmarze.
Liuba szlochała i, pociągając nosem, mówiła, że nie chce takiego wypoczynku. Patrick pocieszał ją, że przecież wakacje dopiero się rozpoczynają. Ale Liuba uważała, że już się skończyły. Na trawie pod drzewem leżał słoik dżemu morelowego, rojący się od pszczół, i pół bochenka razowego chleba. Na ścieżce prowadzącej od szosy na wzgórzu do sadu jabłkowego pojawił się siwobrody starzec, z torbą na ramieniu i wyglądający jak żebrak. Zatrzymał się i poprosił o kawałek chleba. Liuba odłamała mu połowę ze swojego zapasu, którą łapczywie zjadł. Dowiedziawszy się o kradzieży, starzec powiedział: -„To byli przestępcy, których wypuszczono z więzień. Teraz robią, co tylko zechcą”.
-„Gdzie mieszkasz?” zapytała go Liuba
-„Teraz nigdzie. Jestem Grekiem, a Abchazowie wypędzili również Greków, tak samo jak Gruzinów i Ormian”.
-„Dokąd się udajesz?”
„Wszyscy stąd uciekają. Pojdę do Batumi, żeby stamtąd dostać się do Turcji. Może w Turcji jest lepiej, bo tutaj jest bardzo źle”.
-„Daleko stąd do lotniska?” - zapytał Patrick, patrząc na zapłakaną żonę, a Liuba przetłumaczyła
-„Lotnisko? Jesteście teraz w okolicach Gagry. Najbliższe lotnisko jest niedaleko w Adler. To będzie już za granicą, w Rosji. Autobusy nie kursują. Nie uda wam się złapać okazji, bo kierowcy boją się. Będziecie musieli iść pieszo, ale za półtora do dwóch dni zdołacie dojść."
((odległość z Gagry w Abchazji do Batumi w Gruzji to minimum 250 km, a odległość z Gagry do lotniska w Adler, tuż za granicą rosyjską, to ok. 40 km. Natomiast z Batumi do granicy z Turcją to odległość ok.18 km).
Patrick i Liuba ruszyli w drogę, zabierając ze sobą słoik z resztką dżemu, dwie puste butelki i kawałek chleba. Od czasu do czasu, słysząc warkot nadjeżdżającego samochodu, Patrick wołał o podwózkę, ale nikt się nie zatrzymywał. Wieczorem dotarli do wioski Gantiadi. Patrick przeliczał mile na kilometry i okazało się, że lotnisko jest oddalone o jakieś dwadzieścia lub dwadzieścia pięć km. Liuba miała obtarte stopy i nie mogła dalej iść. Patrick zaproponował, że ją poniesie, ale pulchna Liuba znała swoją wagę, więc kategorycznie odmówila.
O zmierzchu zaczęła się strzelanina. Gdzieś huknęły armatnie wystrzały, a w pobliżu usłyszeli głośny warkot, tuż obok nich zatrzymał się transporter opancerzony. Ktoś krzyknął coś po gruzińsku.
-„Kto to może być?” – zastanawiał się Patrick. „Abchazi, Gruzini, Rosjanie? Przynajmniej nie są złodziejami. Przecież nie ukradli czołgu…”
-„To Gruzini” – powiedziała Liuba.
Z różnych stron świecono latarkami w twarze Liuby i Patricka.
-„Czego oni chcą?” – zapytał Patrick Liubę, gdy dwa tuziny żołnierzy w maskujących mundurach, wyskoczyło z transportera i otoczyło ich, po czym zaczęło się o coś kłócić po gruzińsku.
-„Czego chcecie , młodzi ludzie?” zapytała Liuba. -„Kim jesteście?”
Jeden z nich przeszedł na rosyjski i powiedział: -„Sprawdzanie dokumentów, młoda damo. Gruzińskie siły narodowe”. -„Paszport, paszport!”
Zołnierze ożywili się , gdy okazało się że mają do czynienia z obcokrajowcem.
-„Luba” – powiedział oburzony Patryk – „powiedz im, żeby nas natychmiast przepuścili”.
Liuba przetłumaczyła.
-„Powiedz mu, żeby nie dziamgał, bo go aresztujemy” – odpowiedział natychmiast inny żołnierz. -„Dawajcie dolary, dolary! Bez dolarów nie pozwolimy wam na dalszą drogę ”.
Patryka trudno było przestraszyć. Spojrzał na Liubę z zakłopotaniem, nie wiedząc jak się w takich przypadkach zachować w tym trudnym do pojęcia kraju.
-„Daj im dziesięć dolarów” – poleciła Liuba.
Oświetlili plik banknotów.
-„Dziesięć? Wy macie ich więcej, a my wcale. Nie dziesięć, dajcie nam sto”.
Patrick dał im jeszcze kilka banknotów, a oni zwrócili mu paszport.
-„Hej, genatsvale, może pożyczyłbyś nam dziewczynę?”
Liuba nie przetłumaczyła mu tego pytania.
Żołnierze zaczęli się śmiać i poklepywać Patricka po ramieniu, ale wtedy ktoś krzyknął komendę
z transportera. Natychmiast obsiedli pojazd i odjechali hałasując i wymachując automatami.
Wypadało poszukać miejsca na nocleg. Warrenowie postanowili iść, dopóki czegoś nie znajdą. Wyprzedzali ich inni bezdomni, pojedynczo i w grupach. Wielu z nich nie wiedziało, dokąd ani po co się błąkają. Ale każdemu konsekwentnie odmawiano zgody na przenocowanie. Szli poboczem szosy, potykając się i siadając, by odpocząć, aż do świtu. Bez przeszkód, minęli śpiącą w zieleni miejscowość Leselidze. Tu dowiedzieli się, granica rosyjska jest już niedaleko.(wg mapy w odległości ok. 2,0 -2,5 km)
Informacja o pobliskiej granicy podniosła ich na duchu, a nawet śmiali się oglądając siebie: zostali tak pogryzieni przez komary, że ich spuchnięte twarze były ledwo rozpoznawalne. Następnego dnia docierali już prawie do granicy abchasko-rosyjskiej idąc przez coś w rodzaju zagajnika albo starego parku, gdy nagle, wśród śmiechu i szyderstw, otoczyła ich zgraja małolatów.
- „Wujku, daj papierosa” – krzyczały.
- „On nie pali” – powiedziała Liuba.
Te szarańcza, najwidoczniej uciekinierzy z domów poprawczych, wrzeszczała, domagała się pieniądzy i szwendała bez celu, otumaniona swobodą, narkotykami i bezkarnością. Przepychali się, rzucali pod nogi tak, że trzeba było ich przeskakiwać. Patrick uniósł jednego za kołnierz i pasek od spodni, żeby go odsunąć z przejścia, a małolat kopnął go piętą w oko. Patrick z bólu aż przysiadł. Wataha zniknęła w lesie tak nagle, jak się pojawiła.
-„Mój portfel!” – Patryk nagle oprzytomniał uświadamiając sobie stratę – „Paszporty, bilety, pieniądze”...
Lubie wyrwali torbę z resztkami dżemu morelowego. Policzek i brew Patryka były spuchnięte
i krwistoniebieskie. Oko zapuchło, ale, dzięki Bogu, nie zostało uszkodzone.
*********
Most na granicznej rzece Psou był zablokowany przez transportery opancerzone. Po jednej stronie pilnowały przejścia posterunki abchaskie, po drugiej rosyjskie. Byli długo przesłuchiwani, najpierw przez jednych, potem przez drugich, aż w końcu mówił tylko Patrick. I choć nikt nie rozumiał ani słowa, jego słowa zadziałały hipnotycznie, dano im nawet wodę do picia i wskazano drogę na lotnisko w Adler.
Szli coraz wolniej, coraz częściej siadając i odpoczywając. Półnadzy i głodni, ostatkiem sił dotarli na lotnisko, gdy znów zapadał zmrok. Na placu przed terminalem kobieta zamykała ciężką kłódką drzwi namiotu z przekrzywionym napisem „Pelmeni”.
(Pielmieni – termin pochodzi z narzecza Komi-Permiaków i oznacza „chlebowe ucho”; ugrofińska grupa językowa; „piel” – ucho, „niań” – chleb)
Liuba poprosiła ją: -„Najdroższa, daj nam coś do jedzenia, od dwóch dni niczego nie jedliśmy”.
-„Nie widzisz, że zamknięte?”
-„Jesteśmy z Ameryki, ten tu – głodny Amerykanin”.
-„Ma jakieś dolary?”
„Żadnych” – powiedziała zawstydzona Liuba, a potem (skąd Rosjanka czerpie mądrość?) przypomniała sobie: -„Dam ci stanik, amerykański. Nowy, właśnie go założyłam”. Rozpięła ramiączka sukienki letniej, żeby barmanka mogła sprawdzić jakość stanika. Patrick, nie rozumiejąc ani rozmowy, ani gestów obu kobiet, nieśmiało odwrócił wzrok od żony, która wykonywała striptiz dla pierogów. Liuba zdjęła stanik i podała go barmance. Ta obracała go w dłoniach bez większego entuzjazmu, po czym skrzętnie schowała do torebki, otworzyła zamek w drzwiach i zniknęła w środku. Wkrótce wyszła, niosąc przed sobą dwa talerze pełne pierogów i kawałek chleba. Liuba i Patrick przycupnęli przy krześle wkopanym w ziemię obok drzwi. Pierogi były zimne, tłuszcz stężał, ale to nie miało znaczenia. Błyskawicznie uporali się z jedzeniem. Liuba oznajmiła wesołym tonem:-„Na śniadanie mam jeszcze amerykańskie majtki. Ale co potem?”
-„Potem… też mam majtki” – powiedział skromnie Patryk.
*********
Terminal lotniska nie powitał Liuby i Patryka kwiatami. Do poczekalni wpuszczano tylko osoby z biletami. Wionęło stamtąd jak ze stajni. Ludzie spali w śpiworach i kręcili się, depcząc po śpiących. Do okienek biletowych tworzyły się długie kolejki. Pracownicy z obsługi terminalu w ogóle nie chcieli z nimi rozmawiać. Patrick, potężny niczym lodołamacz, przecisnął się przez tłum do drzwi z napisem „Kierownik zmiany”. Liuba usiłowała wytłumaczyć, że są z Ameryki i pilnie muszą lecieć do Moskwy.
-„Wszystkim jest pilno” – przerwał jej naczelnik, zezując na opuchnięte, niebieskie oko Patricka. - „Ale kiedy to wam się uda, tego nie wiem. Prawie wszystkie loty są odwołane: brakuje paliwa. Paszporty!”
-„Ukradli je nam w Abchazji”.
-„Bilety?”
-„Tak samo”.
-„Ja nic więcej nie pomogę, zgłoście się na milicję. – Następny!”
Na komisariacie wszystko zaczęło się od nowa, ale potem podszedł ktoś wyższy rangą i zaprosił ich do swojego biura.
-„Trudna sprawa… No cóż. Skoro jesteście amerykańskimi turystami, zrobimy wyjątek. Postaramy się pomóc… Ale będziecie musieli zapłacić. Dużo i tylko w obcej walucie”.
„Okradziono nas. Zrozumcie, okradziono!” - Liuba wybuchnęła płaczem.
-„To wasz problem. Poproście krewnych o pieniądze, inaczej nie będziemy mogli wam pomóc”.
Nie było dla nich miejsca pod dachem. Poszli spać na polanie niedaleko ogrodzonego lotniska, rozkładając dywan i opierając głowy o słup zwieńczony drutem kolczastym. Okazało się, ze na świecie są jeszcze dobrzy ludzie: współczująca sprzątaczka przyniosła im ten dywan, zabierając go z pomieszczenia na drugim piętrze terminalu lotniska przeznaczonego dla deputowanych. Zrobiła to, ponieważ jej ukochany wnuk uciekł do Ameryki. Rano, głodni i bez nadziei, znów błąkali się po terminalu lotniska i okolicy. Sprzątaczka nakarmiła ich w zamian za obietnicę Patricka, że znajdzie wnuka w Ameryce i mu pomoże. Kobieta nawet przyniosła z domu ciepły sweter dla Liuby. Tymczasem nie było widać wyjścia i nikt nie zamierzał im pomóc.
Trzeciego dnia nieogolony Patrick, który umył się w brudnej toalecie, desperacko krążył po poczekalni, usadziwszy Liubę na wolnym krześle. Nagle usłyszał staranny angielski, zdradzający absolwenta elitarnego londyńskiego college’u. Siwowłosy mężczyzna w eleganckim garniturze szedł w otoczeniu licznej świty szybkim krokiem w kierunku pokoju poselskiego, rozmawiając przez tłumacza z dygnitarzem w mundurze generalskim.
-„Chwileczkę, proszę pana! Proszę się zatrzymać”.
Patrick rzucił się naprzód, ale został odepchnięty przez krzepkich ochroniarzy. Szybko ocenił bilans sił i choć mógłby w pół minuty załatwić ich całą czwórkę, lecz nie to było jego celem. Ostatnia nadzieja gasła.
-„Proszę pana, jestem Amerykaninem. Mogę z panem porozmawiać?” – wołał ł Patrick, podążając za nimi. Został zignorowany.
-„Hej, to bardzo ważne! Pilne! Zaczekajcie! A niech was diabli wezmą wraz z całą waszą bandą!”
Cudzoziemiec nareszcie zatrzymał się i odwrócił, a na jego zmęczonej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Okazał się urzędnikiem brytyjskiej ambasady w Moskwie. Patrick krótko wyjaśnił sytuację. Dyplomata dał znak ręką, aby Amerykaninowi pozwolono podejść. Ochroniarze odsunęli się na bok. Patrick krótko opisał swoją gehennę.
-„Boże!” – wykrzyknął dyplomata. -„To się tu zdarza coraz częściej. Napiszcie mi swoje imiona, nazwiska, adresy i numery telefonów. Będę w Moskwie dziś wieczorem i rano zadzwonię do amerykańskiego konsula”.
-„Ale nie mamy tu numeru telefonu ani adresu. Adler, lotnisko, nic więcej. Śpimy na ulicy”.
-„Lepiej niech to zaadresują do szefa lotniska” – poradził generał. Zdjął czapkę i otarł mokrą, łysą głowę. -„Ja mu wyjaśnię”.
-„Pewnie potrzebujesz pieniędzy” – odgadł dyplomata uświadamiając sobie ich położenie.
-„Ile mam ci dać i jakie?” Funty, dolary, ruble?
-„Jeśli to nie kłopot, dajcie mi trzysta lub czterysta dolarów i swoje nazwisko” – odpowiedział Patrick. „Zwrócę pieniądze, jak tylko będę mógł zadzwonić do Bank of America. Niech cię Bóg błogosławi!”
Za dolary w ledwie półtorej godziny dostali miejsca w hotelu przy lotnisku. Nareszcie ich miesiąc miodowy nabierał rumieńców. Zakwaterowano ich jednak osobno: Liuba w sześciołóżkowym damskim pokoju, a Patrick w męskim, czterołóżkowym. Prysznice i toalety dla kobiet i mężczyzn znajdowały się na końcu korytarza, po którym nowożeńcy mogli spacerować i rozkoszować się rodzinnym szczęściem. Następnego dnia dowiedzieli się, że linie lotnicze Delta Airlines przywróciły im bilety z Moskwy do USA. Aerofłot potrzebował jeszcze kolejnych trzech dni, aby sprzedać im nowe bilety do Moskwy, ponieważ uznano, że stare mogły zostać wykorzystane przez kogoś, kto je ukradł – co, uwzględniając realia kradzieży, było w pełni absurdalne.
Widoczna dysproporcja w opisie realiów może prowadzić czytelnika do wniosku, że autor stara się pisać w manierze amerykańskiego realizmu socjalistycznego, ponieważ konsekwentnie sugeruje, iż w USA wszystko jest O.K. Kiedy bohaterowie podróży poślubnej dotarli już do Moskwy i zgłosili się do amerykańskiego konsulatu, Patrickowi natychmiast wydano nowy paszport. Liubę, której wiza studencka dawno wygasła, poinformowano, że będzie musiała zostać w Rosji przez następnych kilka miesięcy, dopóki stosowne władze amerykańskie nie zezwolą jej dojechać do amerykańskiego męża. Bo przecież nie ma ona nawet rosyjskiego paszportu. Do Patricka dotarło, że zamiast miesiąca miodowego czekają go d miesiące postu. W sercu policjanta rozgorzała nienawiść do amerykańskiej biurokracji, której wszak bronił za cenę zdrowia i życia.
Kontynuując opowieść powinienem był pokierować fabułą w taki oto np. sposób:
„w tym momencie znikąd pojawia się sprawny rekruter czekistów …”
I ktoż to wie, może Patrick Warren przeszedłby na stronę komunistów albo jakichś innych „istów”. Ale, jak już wspomniałem, nie zamierzałem niczego zmyślać.
Tak więc Patrick w gniewie po prostu zadzwonił z konsulatu do swojego szeryfa w Sacramento, który zadzwonił do gubernatora Kalifornii, ten zaś zadzwonił do Białego Domu. Z Waszyngtonu gniew powrócił do Moskwy w formie uprzejmej prośby o wyjątek od reguły. Przystojny młody urzędnik od ambasadora, wysoki jak koszykarz, pojawił się w biurze konsula z poleceniem wydania wizy wjazdowej żonie inspektora Warrena. Nagle, ujrzawszy w recepcji Patricka, rzucił się, by go uściskać.
- „Genatsvale!” - Wyszeptał. -„Niepotrzebnie robiłeś tyle zamieszania, skoro chodziliśmy do tej samej klasy w Sacramento i graliśmy w koszykówkę w tej samej drużynie?! Powinieneś był przyjść prosto do mnie, a załatwilibyśmy sprawe w pięć minut!”
Użyłem słówka „genatsvale”, oczywiście dla efektu; on wyszeptał „kumpel”. Ale przecież Patrick nie miał pojęcia, że ten jego kumpel pracuje w ambasadzie. Chciałem tym samym zwrócić uwagę na negatywne aspekty amerykańskiej rzeczywistości. W szczególnych nietypowych przypadkach Amerykanie okazują się identycznymi „chłopcami z ferajny” (błatnyje rebiata) jak Rosjanie.
********
-„Dieta była tam bardzo dobra” – wspominał Patrick, siedząc na krześle w moim gabinecie.
-„Prawie nic nie jedliśmy. W końcu doszedłem do wniosku, że nigdy w życiu nie miałem tak fascynujących i satysfakcjonujących wakacji. Morze wrażeń. Luba i ja będziemy pamiętali do końca życia nasz miesiąc miodowy,”.
-„Rozumie się samo przez się!” – zgodziłem się.
-„Po podróży miałem więcej zmartwień niż zwykle. Wysłałem już pieniądze na nowy samochód mojemu pradziadkowi Rezo przez znajomego. Wysłałem czek dyplomacie w Londynie. Drogą oficjalną znalazłem wnuka sprzątaczki z lotniska Adler. Będę mu wysyłał niewielkie miesięczne kieszonkowe i staram się pomóc chłopakowi znaleźć pracę”.
- „O.K., Patrick” – powiedziałem, powstrzymując chęć moralizowania. - „Nie przyjechałeś na uniwersytet tylko po to, żeby mi o tym opowiedzieć. W czym mogę ci pomóc?”
- „Posłuchaj, genatsvale” – powiedział z powagą i nie dając mi szansy bodaj na uśmiech, natychmiast przeszedł na normalny angielski. -„Chcę zapisać się na kursy rosyjskiego, gruzińskiego i abchaskiego. Tylko wieczorami, po pracy”.
-„Ale u nas nie prowadzimy zajęć z gruzińskiego ani abchaskiego…”
Zawahał się.
-„W takim razie tylko rosyjski. Mówią, że jest nadal powszechny na wszystkich byłych ich terytoriach”.
-„Być może. Ale musi pan porozmawiać z dyrektorem programu rosyjskiego, profesorem Gallantem. Ma teraz dyżur. Po co panu gruziński i abchaski?”
(nie udało mi się zidentyfikować ww. profesora pośród licznej rzeszy uniwersyteckich Gallantów)
-„A co pan ma na myśli, mówiąc po co?” - zapytał dumnie. -„Mam tam korzenie! Czy wie pan, co oznacza słowo „Abchazja”? Dosłownie oznacza „Kraj Duszy”!”
Ta rozmowa miała miejsce zeszłego lata. Tej zimy zostaliśmy z żoną zaproszeni do San Francisco na koncert moskiewskich artystów.Byliśmy spóźnieni, na autostradzie był niewielki ruch. Nacisnąłem pedał gazu, uważnie rozglądając się dookoła, a zwłaszcza za siebie, żeby nie przegapić radiowozu. Wskazówka prędkościomierza przekroczyła 90 (mil/h). Byliśmy już niedaleko, gdy usłyszałem uprzejmy głos dochodzący z góry:
-„Kierowca ciemnoczerwonej Toyoty, proszę zjechać na pobocze. Proszę pana, bardzo proszę! Nie pod mostem, ale trochę dalej, na otwartej przestrzeni…”
W polu widzenia nie było żadnych innych ciemnoczerwonych samochodów. Najwyraźniej wezwanie mnie dotyczyło. Musiałem się zatrzymać. Czarny helikopter z białymi ogonami wylądował na suchej trawie niedaleko. Minęło jeszcze kilka minut, zanim jego śmigła przestały się obracać.
- „Chciałbym, żeby Patrick Warren był na służbie” – powiedziałem do żony. -„To jeden z nas! Ale to prawie niewiarygodne: na tej drodze jest mnóstwo patrolujących”.
A potem ogromna postać PatrickaWarrena pojawił się przed szyba mojego samochodu, zasłaniając całe światło.
-„Przepraszam pana: nie wiedziałem, że to pan, a już wpisałem numer rejestracyjny pańskiej „Toyoty” do komputera. Ograniczenie prędkości wynosi tu 65 mil na godzinę. Jechał pan 90 mil na godzinę, co” – poruszył ustami, coś kalkulując – „po rosyjsku to 140 kilometrów na godzinę, ale napiszę panu 75 mil na godzinę. Zawsze to jest trochę taniej”. Nasze kalifornijskie kasy są puste, a mandaty drogowe przekroczyły 250 dolarów.
- „Ale to rozbój w biały dzień!”
-„ Ja również jestem oburzony, proszę pana. Co można poradzić? Wszyscy tylko karmimy tych nienażartych biurokratów; to czyste diabelstwo. Oczywiście ma pan możliwość odwołania się do sądu, ale straci pan mnóstwo czasu, a z policją trudno wygrać. Proszę więc tak nie gnać. Na tym odcinku drogi doszło już dziś do trzech wypadków, w tym jednego śmiertelnego”.
Wręczył mi mandat.
-„Przez ciebie, Patricku” – powiedziałem ze złością – „spóźniliśmy się na koncert”.
Warren odebrał to jako aluzję.
-„Bardzo mi przykro, że nie mogę podrzucić was do San Francisco, ale nie wolno nam przelecieć nad zatoką, bo to nie jest nasz rejon”.
Warren mocno uścisnął moją dłoń, przygniatając ją łychą swojej koparki. Przez tylną szybę widziałem, jak helikopter wznosi się nad autostradą smagając podmuchami suchą trawę.
Jesienią, zimą i wiosną czasami spotykałem Patricka na kampusie. Wyróżniał się w tłumie studentów potężną budową ciała i policyjnym mundurem. Najwyraźniej nie miał czasu, żeby wpaść do domu i przebrać się przed zajęciami.
-„Witaj” – krzyczał zawsze, dodając mniej pewnie: -„Już dobrze mówić rosyjski”.
Pewnego dnia wbiegł do mojego gabinetu rozpromieniony:
-„Gratuluję! Luba urodził synek”.
Oczywiście miał na myśli -„Pogratuluj mi”.
-„Zuch, nie marnujesz czasu”.
-„Czy wiesz, gdzie to zrobiliśmy? Luba i lekarz dokładnie obliczyli: w Adler, na lotnisku, kiedy nie mogliśmy wystartować. Na lotnisku tak mocno pachniało piołunem, że nie mogłem się oprzeć. Co prawda, unosił się też silny zapach nafty z samolotów i silny smród z sąsiedniej toalety, ale wówczas postanowiłem to zignorować. To wydarzyło się na dywanie z pokoju poselskiego. Pomyślcie tylko, ilu ludzi po nim chodziło! Może Stalin i Beria. I Kaganowicz. I Gorbaczow. I ten tyran Mikojan!”
-„Stalin był głównym tyranem” –poprawiłem go. -„A Mikojan był drugorzędnym aparatczykiem: był komisarzem ludowym przemysłu spożywczego, on robił „hot dogs”.
-„Ach tak” –zgodził się Patrick. -„Wszyscy robili „hot dogs”. A teraz nie da się tam kupić gęsi za dwie kopiejki.
Dostrzegłem u niego wyraźny postęp w rozumieniu rosyjskiej specyfiki historycznej.
Wracając z Europy w środku lata, znalazłem faks od policjanta Patricka Warrena. Tekst zaczynał się od słów: „Powiadamiamy całą rodzinę, przyjaciół i znajomych…”. Następnie faks uroczyście oznajmiał, że Liuba jest ponownie w ciąży i spodziewa się drugiego dziecka. Zadzwoniłem, żeby jmu pogratulować.
-„Oglądasz rosyjskie wiadomości?” – zapytał. „Tam wciąż trwają niepokoje. Gruzini walczą z Abchazami. Mołdawianie kłócą się między sobą. Ormianie są w konflikcie z Azerami. Tadżycy walczą z Afgańczykami… Czeczenia to koszmar. To musi się skończyć!”.
- „Musi” – zgodziłem sięctnie. „Ale jak?”
-„Nie mówiłem ci? Znowu tam jadę”.
-„Z Liubą?”
-„Obawiam się, że tym razem nie. Spodziewa się dziecka”.
-„Co tam będziesz robić?”
-„Jak to co?!” - wykrzyknął Warren. -„Po pierwsze, Luba dowiedziała się od swojej ciotki w Moskwie, że prababcia Maniko wyzdrowiała po wstrząsie mózgu. Mam nadzieję, że pamięta, gdzie schowała fajkę Stalina. Po drugie, ja pamiętam twarze wszystkich, którzy nas okradli. Znajdę ich. Po trzecie, przyświeca mi potężna idea: postanowiłem ich wszystkich pogodzić”.
- „O, serio?!”
- „Przestań kpić! Zrobiłbym to ostatnim razem, ale nie byłem przygotowany. W końcu byłem ich gościem. Więc kiedy mnie zaatakowali, nie potrafiłam odpowiednio zareagować i nie wykorzystałam swoich umiejetności. A ponadto nie byłem w mundurze, nie miałem broni, pałki, kajdanek ani krótkofalówki. Teraz wszystko będzie inaczej, genatsvale!"
To gruzińskie słowo, wymawiane z kalifornijskim akcentem, rozśmiesza mnie tak bardzo, że kompletnie tracę wątek, więc po prostu muszę się streścić.
Nie dość więc, że Warrenowie wychowują gruzińsko-abchasko-rosyjsko-amerykańskiego chłopca,
to jak słyszeliście, Liuba jest w kolejnej ciąży, o czym cała Kalifornia została powiadomiona faksem, zwłaszcza prezydent Reagan i Nancy, a także, listem poleconym z potwierdzeniem odbioru, prababcia Maniko. Ale ani Reagan i Nancy, ani Maniko, ani Gruzini, ani Abchazi, ani Ormianie, ani Azerowie, ani Mołdawianie, ani Tadżycy, ani Czeczeni, ani rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, ani CIA, ani ONZ nic jeszcze nie wiedzą o czymś innym. Rosyjska agencja, pieszczotliwie nazywana przez ludzi Federalną Agencją Kontrwywiadu (skrót, którego, wybaczcie, nie chcę wymówić przy kobietach - czekiści jednak zorientowali się i szybko zmienili nazwę), nie mrugnęła okiem. Nikt więc jeszcze nie wie, że Genatsvale Patrick Warren przyleciał dziś rano w pełnym umundurowaniu z Sacramento do Moskwy, a stamtąd na Kaukaz, aby ustanowić trwały pokój. Dodam: najpierw na Kaukaz, a potem... Ciiicho... Nikt jeszcze o tym nie wie!
********
Wykaz moich wszystkich notek na portalu "Szkoła Nawigatorów" pod linkiem:
http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/troche-prywaty
tagi: literatura
|
|
stanislaw-orda |
| 13 listopada 2025 13:35 |
Komentarze:
|
|
Henry @stanislaw-orda |
| 13 listopada 2025 15:03 |
+ dałem bo się obśmiałem ;-)
|
|
atelin @stanislaw-orda |
| 13 listopada 2025 15:05 |
"Nikt więc jeszcze nie wie, że Genatsvale Patrick Warren przyleciał dziś rano w pełnym umundurowaniu z Sacramento do Moskwy, a stamtąd na Kaukaz, aby ustanowić trwały pokój. Dodam: najpierw na Kaukaz, a potem... Ciiicho... Nikt jeszcze o tym nie wie."
Tia, szpiedzy tacy jak my. A wiadomo kogo osłaniał?
|
|
stanislaw-orda @Henry 13 listopada 2025 15:03 |
| 13 listopada 2025 16:44 |
a co cię tak rozśmieszyło?
|
|
Henry @stanislaw-orda 13 listopada 2025 16:44 |
| 13 listopada 2025 17:23 |
Zderzenie dwóch cywilizacji ;-)
|
|
stanislaw-orda @Henry 13 listopada 2025 17:23 |
| 13 listopada 2025 18:08 |
W warunkach wojny cywilizacje stają się bliźniaczo podobne.
Gdyby więc np. w Kalifornii trwała wojna domowa, różnice do Kaukazu byłyby trzeciorzędne.
|
Art @stanislaw-orda 13 listopada 2025 18:08 |
| 13 listopada 2025 18:30 |
W dzisiejszej Kalifornii wojna domowa jest bardzo możliwa.Wydano np.17 tys praw jazdy nielegalnym kierowcom TiR-ów.Trump to cofnął,ale na jak długo?
|
|
MarekBielany @stanislaw-orda |
| 13 listopada 2025 21:29 |
Sakramento to kapitał syty stanu Kalifornia.
|
|
stanislaw-orda @MarekBielany 13 listopada 2025 21:29 |
| 13 listopada 2025 22:02 |
Sacramento
PS
wyobrażasz sobie w "katolickiej" Polsce taką nazwę dla miasta. Albo np. Corpus Christi?
|
Paris @stanislaw-orda |
| 14 listopada 2025 07:46 |
W sumie,...
... to tylko Lubie sie pofarcilo !!!
Reszta to nedza i smuteczek,... ciezko mi to nawet ,,skomentowac,,.