Genatsvale*
W ramach płodozmianu tematycznego proponuję dwa łyki kultury (literackiej). Obecna notka stanowi jej pierwszy łyk, a jej kontynuacja (dokładniej: dokończenie) będzie tym drugim. Jako niepoprawny rusofil literacki proponuję tekst Jurija Drużnikowa, którego twórczość już wcześniej zaprezentowałem na „SN”.
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/kilka-podrozy-do-erewania
Wg mojego rozeznania, tekst opowiadania z 1991 roku pod oryginalnym tytułem: Медовый месяц у прабабушки, или приключения генацвале из Сакраментo (Miodowy miesiąc u prababci, albo przygody genatsvale z Sacramento) nie został wydany w edycji polskiej, tak więc przedstawiam go we własnym tłumaczeniu. Tytuł skróciłem oraz dodałem trochę przypisów kursywą w nawiasach.
(*) Genatsvale – w jęz. gruzińskim oznacza określenie głębokiego szacunku lub współczucia; jest często stosowane jako nazwa gruzińskich restauracji)
**********
Ślub ogłoszono w całej Kalifornii i daleko poza nią. Przybyło sześciuset gości, głównie policjantów, co nie zaskoczyło miejscowych, którzy lubią huczne uroczystości. Były gubernator, a obecny prezydent, Reagan z żoną Nancy zostali zaproszeni za pośrednictwem byłego szeryfa. Nie mogli przybyć, ale złożyli gratulacje nowożeńcom. Gości powitała naturalnej wielkości figura Reagana ze sklejki, trzymająca w dłoni kieliszek musującego szampana. Ja tam byłem, popijałem miód i wino, bo to moja studentka wychodziła za mąż.
Ale ta historia nie jest o ślubie, w takiej ceremonii nic nikogo nie zaskoczy i niemal każdy to zaliczył, a niektórzy nawet wielokrotnie. Ci drudzy pewnie wychodzą z założenia, że skoro życie jest krótkie to należy wycisnąć z niego jak najwięcej silnych emocji. Dlatego ja również skoncentruję się na silnych emocjach po ślubie i na słodyczach miesiąca miodowego. Jak wszyscy wiemy, w dzisiejszej Ameryce nikt nie kwapi się zbytnio do zawierania małżeństwa, oprócz przyjezdnych imigrantów, a w Rosji tylko tacy, którzy są chętni do przyjazdu tu w odwiedziny, a przyjeżdżają po to, aby stać się za oceanem gospodarzami.
Na naszym uniwersytecie (Uniwersytet Stanowy w Sacramento - California State University; stanowy, czytaj państwowy, czyli publiczny w odróżnieniu od prywatnych), jak na wielu innych, realizujemy akcję, która nazywa się programem wymiany. Grupa studentów amerykańskich jedzie na sześć miesięcy do Moskwy, a potem studenci rosyjscy przyjeżdżają do nas z rewizytą o adekwatnym czasie trwania. Jak łatwo się domyślić, studentów amerykańskich utrzymujemy na koszt naszego uniwersytetu: opłacamy im zakwaterowanie w akademiku, wyżywienie, czesne i zajęcia kulturalne. Studenci przywożą ze sobą pieniądze, muszą nimi zapłacić za ciepłą wodę pod prysznicem, a także mieć na wszelkiego rodzaju „wziątki” dla obsługi. A kiedy przyjeżdżają do nas rosyjscy studenci, oczywiście, znowu my płacimy za ich pobyt, bo oni nie mają pieniędzy. A ponieważ sytuacja gospodarcza w Kalifornii, a co za tym idzie, na naszym uniwersytecie, jest fatalna, jesteśmy zmuszeni ograniczać się w rozmiarach takiej wymiany. Ostatnim razem, gdy wysłaliśmy do Moskwy dwadzieścia studentek, przyjęliśmy z rewizytą tylko dwie - Marinę i Liubę, bo na więcej nie wystarczyło pieniędzy.
I jeszcze coś niecoś o powrotach z wizyty w ramach wymiany akademickiej. Jak dotąd nie odnotowano przypadku, żeby amerykański student pozostał w Moskwie. Raz tylko jeden taki z Kalifornii utknął na trochę dłużej. Tuż przed wyjazdem jego rosyjscy znajomi zorganizowali imprezę pożegnalną. Amerykanin pił z tubylcami, ale z racji niedostatecznego wytrenowania w spożywaniu wódki, w drodze powrotnej do akademika urwał mu się film, on zaś ocknął się w izbie wytrzeźwień. W następstwie kolejny miesiąc spędził w szpitalu z zatruciem wszystkich narządów i licznymi stłuczeniami o nieznanej przyczynie.
Ale zazwyczaj bywa odwrotnie. Gdy ostatnia dwudziestoosobowa grupa wyjechała do Moskwy, powróciła w ilości dwudziestu trzech osób, a dokładniej dwudziestu trzech i pół. Troje bowiem zawarło związek małżeński: jeden student i dwie studentki, przy czym jedna zdążyła nawet zajść w ciążę i wkrótce po przyjeździe do Kalifornii urodziła dziecko. Jej młody mąż niezwłocznie przeprowadził się do innego stanu i tyle go widziano. Na ogół większość podobnych małżeństw dość szybko kończy się rozwodem, bo Amerykanie, podobnie jak i niektóre inne nacje, są traktowani przede wszystkim jako środek transportu (do lepszego świata). A to oznacza, iż dzieci nie są uwzględniane w tej kalkulacji, ale bywają produktem ubocznym. Oczywiście, nie zawsze musi odbyć się tak stuprocentowo cynicznie, bo zdarzają się wyjątki. A nawet można natrafić na długotrwałe małżeństwo.
Kiedy studenci z Rosji przyjeżdżają do Ameryki, żadna niespodzianka, że tylko ułamek z nich powraca. Albo, jak w przypadku dwóch studentek z Moskwy, o których było wcześniej, pełne zero procent. Piegowata, sprytna Marina wyszła za mąż za sporo starszego Amerykanina, japońskiego profesora na naszym uniwersytecie, tenisistę i wegetarianina. Marina natychmiast poprosiła wszystkich, żeby mówili do niej Mary. Ledwie tylko podpisała stosowne dokumenty o zmianie stanu cywilnego, okazało się, że zostawiła w Rosji dwójkę dzieci i zaraz wyruszyła, żeby je przywieźć. Z łatwością wpuszczono ją do Ameryki, co dowodzi, że prawdziwa miłość nie zna granic. Następnie, aby sprawdzić jak układa się córce, przyjechała z wizytą teściowa profesora. Okazało się, że przed upadkiem Związku Sowieckiego pracowała jako sekretarz organizacji partyjnej w zjednoczeniu pod nazwą Moskiewskie Restauracje. Po upadku, jak sama to określiła, straciła wiarę w komunizm i hojnie zapłaciła temu, kto decydował o zakwalifikowaniu studentów na wyjazd do Ameryki.
Teściowa profesora wkrótce oświadczyła, że imperializm, ostatnie stadium kapitalizmu, nie jest gorszy od komunizmu, ostatniego stadium socjalizmu, i że lepiej mieć wróbla w garści niż gołębia na dachu. Postanowiła zostać na stałe i szukać pracy w swoim zawodzie. Ponieważ w Sacramento, a bodaj w całej Kalifornii, nie było żadnego zjednoczenia nawet dla restauracji, oświadczyła , że przyjmie posadę sekretarza partii w dowolnej z nich. Zięć zapytał ją: -„Której partii?”. Odpowiedziała stanowczo: -„Każdej partii, którą wskażą. Byleby była wolna posada”. A póki co miała posadę teściowej.
- „Mamo” – poprosiła ją Marina-Mary – „kiedy wejdziesz do domu, powiedz „cześć” mojemu mężowi”.
(hi lub hallo; hi wymawiane jak „hej”).
Potem, kiedy profesor wracał z pracy, teściowa mówiła do córki: -„Mary, powiedz mu „cześć”.
-„Skąd twoja Mary tak świetnie nauczyła się angielskiego?”- zapytałem. -„Uczyłam ją od dzieciństwa” - powiedziała dumnie jej matka. -„Miałam przeczucie, że to będzie konieczne. Nie dla jej pierwszego męża alkoholika (zmuszę tego podleca, żeby płacił nam alimenty!), ale na wypadek, gdyby komunizm się skończył”.
I wtedy zrozumiałem, dlaczego profesor ożenił się: żeby się wzbogacić na rublowych alimentach od poprzedniego, moskiewskiego, męża swojej żony.
Kontakt z profesorem został przerwany, ponieważ wkrótce otrzymał stałą posadę na innym uniwersytecie i wyjechał z młodą żoną, jej dwiema przestraszonymi córkami i odrestaurowaną, wolnej profesji, teściową. Teściowa nalegała, by zamieszkać z nimi, więc profesor podjął środki nadzwyczajne. Powiedział jej, że w Ameryce policja wpada nocą, żeby sprawdzić, czy rodzice mieszkają razem z dorosłymi dziećmi, co jest zabronione. Teściowa spojrzała mu prosto w oczy, zastanowiła się przez chwilę i odpowiedziała: -„Aluzję zrozumiałam”.
Profesor wynajął jej niedaleko osobne mieszkanie.
Kolega opowiedział mi, że teściowa wydrukowała już dla siebie wizytówkę, na której widniał napis: „Taka a taka. Sekretarz do wynajęcia. Teściowa profesora takiego a takiego”. Ponadto doszły mnie słuchy, że pochodząca z Tobolska matka teściowej, również planuje niebawem odwiedzić profesora. A bliscy krewniacy u niej to połowa Syberii, którzy w tej sytuacji zaczęli nadzwyczajnie interesować się standardem życia w Ameryce.
Przy okazji zauważę, że czasami dzieci z poprzednich małżeństw są absolutnie niezbędne do zawarcia nowych umów przedmałżeńskich z obcokrajowcami. Nie tak dawno aktorka z moskiewskiego Teatru Dramatycznego Bolszoj wyszła za mąż za amerykańskiego dramaturga, który odwiedził Petersburg jako turysta i zakochał się w niej po czubek głowy. Wszystko było w porządku, za wyjątkiem języka. Ona nie mówiła po angielsku, a on ani słowa po rosyjsku. Jej siedmioletni syn z pierwszego małżeństwa, który uczęszczał do elitarnego przedszkola z nauką języków obcych, został ich tłumaczem i przełożył jego oświadczyny matce, która się zgodziła. Następnie, że matka jest szczęśliwa. Teraz są w Ameryce, a syn nadal cierpliwie tłumaczy codzienne rozmowy między matką a nowym ojcem. Tylko w nocy muszą poradzić sobie bez tłumaczenia. Ale zbyt mocno już zboczyłem z tematu.
Druga studentka z Sankt Petersburga, Liuba, została żoną Patricka Warrena, policjanta również
z Sacramento – i nie byle jakiego policjanta, ale z lotnego patrolu, czyli takiego, który helikopterem lata nad autostradą (highway).
Gdzie obywatelka Rosji może zapoznać policjanta? Odpowiedź jest oczywista: nie może przegapić okazji, gdy dostanie mandat. Liuba właśnie otrzymała prawo jazdy i pożyczyła samochód od znajomego na przejażdżkę. Kiedy Patrick zatrzymał Liubę za przekroczenie prędkości, okazało się, że ona nie wie, gdzie w samochodzie znajduje się licznik. Wypisał mandat, a wkrótce znalazł jej numer telefonu w policyjnym komputerze i zadzwonił. Liuba się wystraszyła.
-„Bardzo się o ciebie martwię” – wyjaśnił Patrick. -„Jesteś już świetnym, szybkim kierowcą, ale teraz musisz nauczyć się jeździć powoli”.
I Bóg natchnął Liubę do wypowiedzenia najważniejszego zdania w jej życiu.
-„A kto mnie tego nauczy?” – zapytała kokieteryjnie.
To akurat oczywiste, odpowiedział oficer Warren. Lekcja wolnej jazdy przedłużyła się znacznie po północy i zakończyła w sypialni Patricka. Rano był kompletnie oszołomiony aromatyczną turecką kawą, którą Liuba przygotowała mu do łóżka, gdy spał. Po śniadaniu zatwardziały kawaler Warren nie miał innego wyjścia, jak tylko oświadczyć się swojemu gościowi. Koniec końców musiał sam zapłacić mandat, który nałożył na Liubę.
Muszę przyznać, że Liuba jest dziewczyną dość prostolinijną, ale atrakcyjną i wcale nie głupią. Ma ciemne oczy, pulchne policzki oraz widoczne inklinacje do okrągłości; czyli pychotka kobieta, według eksperta w tej dziedzinie, pana Guy de Maupassanta. A jeszcze ponadto okazało się, że nie zostawiła żadnych dzieci w swojej ojczyźnie. Tak więc do cerkwi weszła Liuba Sidełkina, a pół godziny później wyszła z niej jako pani Warren. Strumień gości weselnych przypominał demonstrację. Ciężarówka pełna szklanych wazonów na bukiety wkrótce opustoszała, ale kwiatów nadal przybywało. Osiedle zostało zablokowane przez radiowozy i motocykle. Kilku gości przygalopowało na bojowych koniach. U boku zgromadzonych wisiały kabury od rewolwerów, pałki i kajdanki. Przy ustawionych na zewnątrz stolikach goście pili i rozmawiali, trzymając kieliszek w jednej ręce, a w drugiej krótkofalówkę. Szeryf z tej okazji zatwierdził salut karabinowy, a jego przyjaciel burmistrz, wydał rozkaz odpalenia fajerwerków. Orkiestra dęta straży pożarnej zaczęła grać tak zapamiętale, iż pojawiła się obawa, że wywoła tym niespodziewane trzęsienie ziemi.
Nie licząc gości z uniwersytetu, panna młoda była najbardziej wykształconą osobą w tym tłumie: niemal ukończyła studia na Uniwersytecie Moskiewskim i zaliczyła sześciomiesięczny staż na Uniwersytecie Kalifornijskim. Na uroczystości spotkałem japońskiego profesora z żoną Mariną-Mary, która przyjechała pogratulować przyjaciółce. Przylecieli na kilka godzin, zostawiając dzieci z teściową. Profesor, nawiasem mówiąc, poinformował mnie, że już nie gra w tenisa bo brak mu czasu, jak też zrezygnował z wegetarianizmu: jego teściowa uznała to za zdziwaczałą fanaberię.
-„Tak się cieszę z powodu Liuby” – szepnęła mi Mary. -„Przecież z jej słabą znajomością angielskiego miała mizerne szanse na ślub”.
W trakcie biesiady weselnej podmuch wiatru owiał stoły. Nad głowami zawisła grzmiąca ważka – policyjny helikopter – a z nieba dobiegł surowy głos: -„W imię prawa, wszyscy są aresztowani!” - głos nagle chrząknął i chyba uznając, że to jednak przesada, doprecyzował: -„Aresztowani są tylko ci, którzy nie lubią mojego przyjaciela Patricka Warrena i Liuby Sidełkiny”. Oczywiście nikogo nie aresztowano, wszak na trawniku przed domem oficera Warrena nie nie było nawet śladu złych emocji. Na maleńkich spadochronach setki białych goździków sfrunęły z helikoptera i zostały włożone do pustych butelek po szampanie. O ślubie pojawiła się informacja w lokalnych stacjach radiowych i telewizji, stąd wszyscy się o nim dowiedzieli. A bez policyjnego helikoptera i radiowozów, które uświetniły uroczystości weselne, prędkość samochodów na autostradzie sięgnęła granicy śmierci.
Pod koniec imprezy, jakoś już po północy, gdy wraz z żoną mieliśmy zamiar się ulotnić, pojawił się wesoły, młody żonkoś Patrick. Długo ściskał mi dłoń swoją wielką, niczym łyżka koparki, dziękując za przybycie i wypowiadając rytualne w takich okolicznościach frazesy. W końcu podzielił się swoją radością. Liuba powiedziała mu (on oczywiście wymawiał „Luba”), że jej prababka była Gruzinką i mieszkała w Suchumi.
-„Plaża tam jest lepsza niż w Los Angeles, a góry piękniejsze niż we Włoszech. Krótko mówiąc, to bajka! Uwielbiam shish-babę. Tam nazywają to kishlak…”
-„Szaszłyk” – poprawiłem.
Spojrzał na mnie z uznaniem.
-„Brzmi jak muzyka! A co najważniejsze” – kontynuował Warren – „zbieram fajki. Mam ich trzysta siedemdziesiąt dwie”.
-„To ty nadal palisz?”
-„W ogóle nie palę! To tylko moje hobby. Prababcia Luby z Suchumi, wierzcie lub nie, ma fajkę, którą palił sam Stalin. Może ją kupię albo wymienię, co o tym myślicie? Zabiorę ze sobą fajkę, którą palił wódz plemienia indiańskiego tutaj, w Kalifornii”.
Krótko mówiąc, on i Liuba postanowili spędzić miesiąc miodowy u prababci i podróżować po Abchazji. Liuba próbowała go jednak odwieść od tego pomysłu, ale głowa rodziny obstawała przy swoim.
-„Więc jedziemy do Abchazji!”
-„Wie pan, tam jest wojna domowa” – zauważyłem ostrożnie.
(Regularna wojna gruzińsko-abchaska to okres od 14 sierpnia 1992 r. do 30 września 1993 r., zakończona separacją Abchazji od Gruzji oraz migracją niemal 300 tysięcy Gruzinów. Ale już kilka lat wcześniej grupy separatystów abchaskich inicjowały zbrojne akcje skierowane przeciwko zarówno współmieszkańcom - Gruzinom jak i wojskowym garnizonom gruzińskim. Południową granicę z Gruzją wytyczono korytem rzeki Inguri. Konflikt gruzińsko-abchazki przypomina konflikt o Krym. Chruszczow „podarował” Krym Ukrainie,
zaś Stalin Abchazję Gruzji).
Uśmiechnął się i naprężył mięśnie. -„Czytałem o tym w New York Timesie. A tak przy okazji, skończyłem akademię policyjną. Ale ponieważ Abchazja może mieć swoją specyfikę, nie będę tam czarterował samolotu”.
Słysząc to, zdałem sobie sprawę, że moja misja jako konsultanta utraciła rację bytu.
Patrick był wręcz modelowym okazem mięśniaka. Jego ciemny garnitur pana młodego prawie pękał w szwach, a krawat w pomarańczowe kwiaty ledwie obejmował szyję przypominającą pień dębu. Potomek poszukiwaczy złota z doliny Sacramento, emanował tężyzną fizyczną. Choroby czy lekarze to nie jego bajka, a i ubezpieczenia w trakcie interwencji nie potrzebuje. Przed takimi policjantami to przestępcy potrzebują ubezpieczenia. Ktoś przy stole opowiedział przez krótkofalówkę, że oto w zeszłym roku pan młody w pojedynkę obezwładnił pięciu oprychów, z których dwóch było bokserami. Warren zauważył z helikoptera przy pomocy noktowizora zamieszanie w pobliżu przydrożnej meksykańskiej restauracji. Złodzieje zgarnęli cały dzienny utarg. Na parkingu restauracji wylądował policyjny helikopter. Patrick musiał trochę nadwyrężyć rabusiów, zanim dotarło wsparcie: pod osąd sędziego cała ich piątka trafiła prosto ze szpitala.
Następnego dnia, pochłonięty napiętym harmonogramem, zapomniałem o Patricku i Liubie. Egzaminy trwały, studenci byli zdenerwowani, a ich napięcie było zaraźliwe. Na korytarzu ustawiła się kolejka ludzi, którzy albo szukali konsultacji, albo chcieli zademonstrować swoje głębokie zainteresowanie literaturą rosyjską XIX wieku. Niektórym mądralom udało się uzyskać zaświadczenie o upośledzeniu umysłowym, pozwalające im pisać prace egzaminacyjne przez cztery godziny zamiast dwóch. Potem nadeszły wakacje i zabrałem się za pracę nad moją niedokończoną powieścią.
(Jurij Drużnikow pracował wówczas jako profesor literatury rosyjskiej na Uniwersytecie Kalifornijskim w Sacramento. Wyemigrował ze Związku Sowieckiego w 1987 r. do Wiednia. Stamtąd w 1988 r. wyjeżdza do USA Austin w Teksasie - Texas University) , w następnym roku osiedlił się w Kalifornii (Davos k/Sacramento – California University), gdzie prowadził zajęcia ze studentami jako profesor od literatury rosyjskiej XIX wieku)
******
Minął miesiąc, gdy ktoś odewał się w telefonie. Nie od razu zdałem sobie sprawę, kto to był. Okazało się, że to Patrick Warren wrócił z podróży poślubnej.
- „No i jak, byłeś nad jeziorem Ritsa, w Picundzie, w małpiarni, na górze Achun?” Próbowałem przypomnieć sobie jeszcze jeszcze jakieś inne miejsca, ale już niczego więcej nie zdołałem.
(Jezioro Ritsa na terenie Rezerwatu Ritsa, w górach Kaukazu ok. 50 km na północ od ndmorskiego kurortu w Picundzie; małpiarnia to hodowlany obiekt naukowo-badawczy patologii doświadczalnej Akademii Nauk Abchazji przy ogrodzie botanicznym w Suchumi; góra Achun – 663 m npm., najwyższy punkt miasta Soczi z wieżą widokową o 30-metrowej wysokości)
-„Wspaniale! Mnóstwo wrażeń” – odpowiedział. -„Czy mogę wpaść?”
Obawiłem się, że policyjny helikopter wyląduje na dachu Wydziału Literatury Zagranicznej, ale nic takiego się nie stało. Warren przyszedł zwyczajnie i usiadł naprzeciw mnie. Był tak ogromny, że w uczelnianym gabinecie od razu zrobiło się ciasno. Oko Patricka i część szczęki miały kolor fioletu. Nie spytałem go co i jak zaszło, ale Warren dokładnie o wszystkim opowiedział.
Starannie się spakowali, wioząc do Suchumi walizki pełne prezentów. Liuba odwiedziła prababkę Maniko w poprzednie lato. Dwupiętrowy dom, zbudowany przez zmarłego męża Maniko, który pracował jako ogrodnik w daczy towarzysza Kaganowicza (Łazara Mojsiejewicza), stał tuż nad brzegiem morza, otoczony winnicą. Tam (u prababki, nie tylko u Kaganowicza), morze było bardzo blisko łóżka: budziłeś się i – plusk. Nawiasem mówiąc, fajka, która tak podniecała Patricka, była prezentem od Stalina dla Łazara Kaganowicza. Kiedy Kaganowiczowi odebrano daczę, ogrodnik, mąż Maniko, znalazł fajkę i zabrał ją dla siebie.
Latem dom i otaczające go budynki gospodarcze zamieszkiwali wczasowicze – osiemnaście rodzin. Sama prababcia mieszkała w spokojniejszym miejscu: na skraju ogrodu, w szopie, ścieląc posłanie na podłodze. Jej nogi nie mieściły się w szopie, więc, jak mówiła staruszka, spały na zewnątrz. W szopie, w wykopanym w ziemi dole trzymała duży, stary garnek, w którym przechowywała pieniądze. Po sprzedaniu owoców lub pobraniu zapłaty od lokatora, Maniko przesuwała dwie deski podłogi szopy i wkładała pod pokrywkę garnka ruble, ukraińskie karbowańce, gruzińskie bony (waluta tymczasowa), kazachskie tenge, kirgiskie somy, łotewskie łaty, zajcziki (zajączki - białoruskie jednorublówki z lat 90-ych) i inne waluty wymienialne. Maniko nigdy nie ufała bankom. Termin „pieniądze”rozumiała konkretnie, a kwestia inflacji stanowiła dlań abstrakcję, która jej nie interesowała. W ogrodzie rosły brzoskwinie i winogrona, dziczejące z wiekiem, ale słodkie. Prababcia Maniko woziła owoce na targ, gdy była młodsza, a w starości rozstawiała stoisko przy końcowym przystanku autobusowym. Kierowcy wyjmowali część utargu ze służbowej kasetki, którą ponownie plombowali i za gotówkę kupowali owoce u Maniko.
Po drugiej stronie domu, za ogrodem, była szosa, za nią linia kolejowa, a dalej tylko góry, których łagodne zbocza porośnięte były winnicami, dopóki Gorbaczow nie wprowadził prohibicji. Władze lokalne zastosowały się do zakazu, wycinając winnice. Teraz, gdy wieje wiatr, tumany kurzu docierają stamtąd do wsi i do plaży. Liuba opowiadała o tym narzeczonemu, gdy wracał z pracy swoim „fordem” i zasiadał do obiadu. Patrick mówił na to, że uwielbia egzotyczne krainy. W znakomitym nastroju oczekiwał wyruszenia na miesiąc miodowy. Do Suchumi nie udało się dodzwonić, więc wysłali list, ale nie otrzymali odpowiedzi. W tej sytuacji nowożeńcy postanowili zrobić prababci niespodziankę. W ostateczności Maniko miała wyrzucić lokatorów z jednego z pomieszczeń. Taki plan miała Liuba, która dodatkowo uczyła męża: powiedz: -„Witaj, jesteśmy z Ameryki”. A ja dodam: -„Poznajcie się, Maniko, to mój mąż, Patrick. Nie mówi ani słowa po rosyjsku, gruzińsku ani abchasku”. Prababcia wtedy odpowie: -„Nareszcie! Przybyliście, nie zapomnieliście”. Zawsze tak mówi, a dobroć w jej oczach aż błyszczy. Wtedy powiesz po rosyjsku: -„Bardzo mi miło”. I wszystko się ułoży.
Studiując mapę, Patrick zamierzał polecieć przez Stambuł lub Teheran, ale biuro podróży zaproponowało im bilety do Suchumi z przesiadką na linię „Aerofłot” w Moskwie. Tam mogli odwiedzić ciotkę Liuby. Babcia Luby, córka Maniko, zmarła dawno temu, a jej dziadek, z jakiegoś powodu, był nieobecny. Rodzice Liuby zginęli pięć lat wcześniej, kiedy jej ojciec kupił "Żiguli" i zderzył się z cysterną z paliwem w drodze na Kaukaz. A może cysterna z paliwem wjechała w nich. Ciotka i jej mąż byli wykładowcami na Uniwersytecie Moskiewskim. Pomogli Liubie dostać się na staż w Ameryce i byli bardzo zadowoleni, że ich bliska krewniaczka nie zmarnowała szansy.
Przed wyjazdem Patrick poszukiwał w Sacramento odpowiedniej koszulki, a sprzedawca przekonał go, że najmodniejsza będzie z dwugłowym orłem z rosyjskim napisem:
Była kiedyś szczęśliwa Ruś
gdy dwie kopiejki kosztowała gęś
Patrick nie do końca rozumiał znaczenie tekstu, mimo że Liuba mu go przetłumaczyła, ale orzeł mu się spodobał. W Moskwie Patrick wpadł w zachwyt na widok wiecznie żywego Lenina w swojej trumnie. Chciał też coś kupić w barze McDonalda, ale Liuba zdecydowanie sprzeciwiła się wobec perspektywy nowego oczekiwania w jeszcze dłuższej kolejce.
Samolot do Suchumi przez długi czas nie startował, a kiedy już dolatywał do celu, „z powodu warunków pogodowych” równie długo nie lądował. Patrick był bardzo zadowolony, że nie dostali posiłku podczas lotu. „Rosjanie dbają o dietę lepiej niż my” – wyjaśnił żonie – „To mi się bardzo podoba!”.
Wylądowali już nocą, gdy wiatr rozwiał chmury. Na lotnisku pachniało piołunem po burzy, a gwiazdy świeciły tak jasno jak w Kalifornii. Nikt na nich nie czekał. Być może telegram, który wysłali z Moskwy, nie dotarł na czas do prababci Maniko. Nie było również taksówek, ale kierowca śmieciarki z obsługi lotniska, dowiedziawszy się, że są Amerykanami, zgodził się ich podwieźć. Liuba negocjowała cenę. Kierowca zażądał pięciuset dolarów, ale ostatecznie zgodził się na trzy, żądając zapłaty z góry. Liuba znalazła rondo, na którym autobusy miały ostatni przystanek, a już niedaleko stał dom prababci Maniko. Wyładowali ze śmieciarki walizki z prezentami.
Od dzieciństwa Liuba spędzała tu wszystkie letnie wakacje i znała nie tylko każde drzewo i każdy krzak, ale także każdą dziurę w asfalcie i każdą wyłamaną deske w wysokim, walącym się płocie. Ona i Givi, ich sąsiad, syn sprzedawcy w sklepie jubilerskim, przeskakiwali przez ten płot, gdy Maniko nie pozwalała Lubie wyjść na wieczorny spacer. Liuba miała coś „na rzeczy” z tym sąsiadem, i to nie wieczorem, ale w ciągu dnia, kiedy sklep jubilerski na nabrzeżu był otwarty i w domu nie było nikogo oprócz Givi. Ale teraz nie chciała o tym pamiętać. Szła wzdłuż płotu, a Patrick szedł za nią, niosąc dwie ogromne walizki. Dotarli do przekrzywionej furtki. Liuba wymacała szczelinę, odsunęła zasuwę i nadsłuchiwała, czy Timur zaszczeka. Szczekał zawsze na ten dźwięk, myśląc, że łobuzy próbują zerwać brzoskwinie zwisające przez płot. Zawiasy skrzypneły, ale Timur nie zaszczekał. Wzdłuż ścieżki wisiały sznury na pranie, ale nie schły na nich bielizna i stroje kąpielowe kuracjuszy. Zabudowania, zazwyczaj wypełnione niczym ule głośno zachowującymi się letnikami, były puste. Na posesji panowała grobowa cisza.
-„Popatrz!” wyszeptała Liuba.
Dom ział czarnymi dziurami po wybitych oknach. Księżyc oświetlał dach, który był częściowo zniszczony._
-„Może zbudowali nowy dom, a ten rozbierają?” zasugerował Patrick.
Liuba, nie odpowiadając, pospieszyła do szopy, w której latem sypiała Maniko. Drzwi szopy były otwarte, a z wnętrza unosił się zapach naftowej kuchenki i wilgoci. Spłoszone muchy z brzękiem wyleciały przez na zewnątrz.
- „Wygląda jak jakiś pogrom”…W głowie mi się nie mieści, co się stało i co powinniśmy zrobić”
W oczach Liuby pojawiły się łzy. - „Jest druga w nocy, sąsiedzi śpią, nie ma kogo zapytać…”
- „Chwileczkę…”
Patrick postawił walizki na ścieżce, wyjął latarkę z kieszeni i świecąc nią pod nogi, wszedł do domu. Wrócił po kilku minutach.
- „Wygląda na to, że nastąpił wybuch. W środku są zniszczone meble, na podłodze leżą dziecięce zabawki. Może zadzwonić na policję?”
-„Milicję” – poprawiła Liuba. - „Telefon był w kuchni, ale Maniko wyłączała go latem, żeby lokatorzy nie dzwonili. Sprawdzę”.
Patrick oświetlił jej drogę i weszli przez otwór po drzwiach, które leżały nieopodal, w trawie. Przez zwalony dach widać było niebo i księżyc. Po lewej stronie kuchenka gazowa, a za nią kuchenny stolik Obok nocna szafka na której zwykle stał telefon. Stał się widoczny dopiero w świetle latarki. Liuba podniosła słuchawke i usłyszała sygnał wybierania – telefon działał. Wybrała numer alarmowy, ale przez długi czas nikt nie odbierał. Potem ktoś odchrząknął i powiedział coś po abchasku. Liuba wyjaśniła po rosyjsku, że przyjechała odwiedzić prababcię, a domu prababci już nie ma. Znaczy, jest ale został zniszczony. I jak ma się dowiedzieć, gdzie jest prababcia i co dalej.
- „Połuchaj, moja droga” – ochrypły głos przeszedł na rosyjski. - „Czy myślisz, że tylko twój? Domy wszystkich zostały zniszczone. I u wszystkich nie ma prababci. Co sobie wyobrażasz? Dzwonisz w środku nocy, nie dajesz spać dyżurnym, rozumiesz! Aresztujemy cię, jeśli jeszcze raz zadzwonisz!”
Po czym mówiący rozłączył się. Liuba przytuliła się mocniej do Patricka.
- „Może powinnam obudzić sąsiadów?” Po tej stronie mieszkał jubiler, po tamtej dziadek Rezo, syn Maniko...
- „Wiesz co” – postanowił Patrick –„zaraz będzie rano, tylko cztery, pięć godzin. Przyzwyczaiłem się do nocnych czuwań; to dla mnie łatwe. W końcu czeka nas cały miesiąc miodowy.Teraz rozłożę walizki na płasko, rozścielę kurtkę, a ty się położysz. A ja usiądę i popatrzę na księżyc. Księżyc jest tu bajkowo piękny”.
Rano z domu, w którym mieszkał Rezo, syn prababki Maniko, czyli prastryj Liuby, dało się słyszeć głosy. Zaspana Liuba, zrywając się i poprawiając włosy, pobiegła tam. O mój Boże, co za widok! Rozpoznali ją od razu i zaczęli wypytywać. Wokół niej krążyły dzieci i kobiety, większości których nie znała. Pobiegły po Patricka, który nic nie rozumiał, przyprowadziły go oraz przyniosły walizki.
- „Witajcie, jesteśmy z Ameryki” Miło mi was poznać” – powiedział Patrick.
- „Gdzie Maniko?” – zapytała Liuba.
-„Zaraz przyprowadzimy twoją prababcię” – odpowiedział dziadek Rezo. -„Nigdzie się stąd nie ruszała”.
Był garbaty, bezzębny, siwy i od dawna nieogolony.
- „Więc jest tutaj? Dzięki Bogu!”
Rezo wszedł do stodoły i powoli wyprowadził siwą, kudłatą staruszkę w białej, sięgającej ziemi koszuli nocnej. Szła, opierając się na kuli.
- „Maniko!” krzyknęła Liuba i rzuciła się jej na szyję.
- „Kto to jest?” zapytała Maniko. Jej twarz wykrzywił grymas.
- „To Liuba” powiedział Rezo.
- „Jaka Liuba?”
- „Twoja Liuba, moja prawnuczka”.
- „Nie pamiętam”.
- „Pamięć Maniko jest uszkodzona przez wybuch” wyjaśnił Rezo, zwracając się z jakiegoś powodu do Patricka. -„Niezbyt kojarzy, co wokół niej. Wszyscy tu tego nie kojarzą. Widzisz, co się dzieje?”
- „Usiądź na razie, genatsvale, w nogach nie szukaj prawdy”.
Patrick uśmiechnął się, ale nie zrozumiał i nie zareagował.
- „Czy on jest głuchy?” zapytał Rezo.
- „Nie, to Amerykanin”.
Patrick usiadł na ławce przy dużym stole pod drzewem.
-„Czy on jest prawdziwym Amerykaninem?” – zapytała czarnooka dziewczyna z dwoma cienkimi warkoczykami. Podeszła do Warrena i szturchnęła go w kolano. Patrick pogłaskał dziewczynę po głowie.
-„Prawdziwy, prawdziwy” – powiedziała za niego Liuba. - „A gdzie jest Timur?”
-„Psa rozjechał czołg ” – odparła dziewczyna. - „Zupełnie niedawno”.
- „No to co, że Timur!” – wycedził Rezo. - „Zabili sąsiada-jubilera i całą jego rodzinę. Szukali u niego złota. A my wciąż żyjemy…”
-„A zabili Giviego?” – wyrzuciła z siebie Luba.
-„Givi zginął pierwszy; zasłonił sobą ojca…”
Liuba posmutniała i przytuliła się do Maniko.
-„Kto to?” – znowu zapytała prababcia.
-„Mówiłem ci, to Liuba!” warknął rozzłoszczony Rezo.
Liuba pocałowała Maniko, westchnęła i postanowiła rozdać prezenty, które przywieźli. Po otwarciu walizki, zobaczyła, że jest w połowie pusta. To samo stało się z drugą walizką. W walizkach umieszczono kilka dużych kamieni, które miały je obciążać dla wyrównania wagi. Patrick sprawdził zamki.
- „Widzisz, są uszkodzone. Ktoś na lotnisku, w Moskwie albo Suchumi, przywłaszczył część rzeczy”.
- „To się ostatnio często zdarza” – powiedział dziadek Rezo. -„Dobrze, że nie zabrali wszystkiego”. Garnek z pieniędzmi wyrwali z rąk Maniko, dobrze choć, że ręce całe”.
Nie wystarczyło prezentów dla wszystkich i zaczął się płacz. Dwie dziewczyny pokłóciły się, a jedna z nich powiedziała: „Lepiej by było, gdybyś nic nie przywiozła, wtedy wszyscy mieliby tyle samo”.
Liuba nie przetłumaczyła tego Patrickowi. On zaś, widząc, że brama jest przechylona i lada chwila się przewróci, wziął siekierę i podpierając ramieniem wspornik bramy, zaczął kombinować, w jaki sposób ją zabezpieczyć. Rezo w milczeniu przyniósł mu kilka desek i gwoździ. Potem usiedli do śniadania. Rezo przepraszał go za to, że miał tylko ser, chleb i brzoskwinie prosto z drzewa.
- „Tutaj toczy się wojna” – powiedział.- „Brat przeciwko bratu… Pocisk trafił w dom mamy. Dobrze, że był dzień; wszyscy byli poza domem. Ale dwie osoby z pobliża zostały ranne i trafiły do szpitala, w tym mama… Ona doznała lekkiego urazu”.
- „Byłaś u lekarza?” – zapytała Liuba, próbując przytulić Maniko, ale ta odsunęła się od niej, jak od obcej.- „Lekarz powiedział, że Maniko być może wróci do zdrowia” – kontynuował Rezo.
-„I tak nienajgorzej jej się udało. Abchascy separatyści wypędzali Gruzinów z domów na ulicę. Swoi są gorsi od faszystów, to zwyczajne bestie. Bóg odebrał im rozum. Za ich słuszną sprawę są gotowi zabić własnych krewnych. Ale kto to wie, czyja jest słuszna? Kto jest Gruzinem, kto Abchazem, kto Rosjaninem, kto Osetyjczykiem, kto w połowie, a kto w ćwierci? Przecież ja i moi dwaj bracia jesteśmy żonaci z Abchazkami. To kim są nasze dzieci? Rozumiesz to, genatsvale?”
Liuba tłumaczyła, Patrick skinął głową.
- „I przyjechałeś tu odpocząć? No to w samą porę! Jakie wakacje teraz mogą tu być? Dom jest zniszczony, nie ma co jeść. Kanalizacja nie działa, wszystko wylewane jest wprost na plażę. Oczywiście, bardzo się cieszymy, że nas odwiedzacie." Ale powiem ci najszczerzej: jak najszybciej wyjedźcie z Suchumi gdziekolwiek bądź.
-„Jak ona się nazywa?” zapytała prababcia Maniko, potrząsając długimi, nieuczesanymi siwymi włosami.-„Liuba, Liuba!” - powtórzył rozgniewany dziadek Rezo, po czym dodał -„Wyjedźcie, zanim to się znowu zacznie…”
-„Dokąd?” zapytała zdezorientowana Liuba.
-„Uważam”, - powiedział Rezo, - „że najlepiej pojechać w kierunku Soczi, jak najbliżej Rosji. Tam jest mniej rozbojów”.
-„Zapytaj ich, Luba” - dodał Patrick, - „gdzie jest najbliższa wypożyczalnia samochodów. To byłoby dla nas najwygodniejsze…”
Słysząc tłumaczenie, Rezo uśmiechnął się smutno.
- „A może ktoś ma używany samochód na sprzedaż?” - nalegał Warren.
- „Liuba, wyjaśnij mu, jakie to wszystko skomplikowane”, - powiedział cierpliwie Rezo, zawahał się, a potem zasugerował: -„Wiesz co? "Moskwicz" mojego syna Otara stoi zaparkowany w szopie. Syn jest w Tbilisi i wątpię, żeby tu wrócił. Został ogłoszony wrogiem. Samochód stoi bezużyteczny, bez benzyny. A na dodatek mówili, że pozabierają samochody dla wojska... Jedź nim, synku. Jeśli tylko zdołasz go uruchomić. A może Amerykaninowi dadzą trochę benzyny?
- „A jak ci go oddamy?” zapytał Patrick. -„Wrócimy tutaj?”
- „Absolutnie nie! Mój Otar jest żonaty z Rosjanką; jej matka mieszka w Dagomysie koło Soczi. Liuba ją zna. Możesz zostawićć samochód w jej ogrodzie, kiedy będziesz odjeżdżał. Zrozumiałaś, Liuba?”
Młoda para naradziła się. Patrick roześmiał się i długo ściskał dłoń dziadka Rezo.
(Dagomys – kurort czarnomorski ok. 12 km na północ od centrum Soczi. Od 1961 r. w granicach aglomeracji Soczi)
„Moskwicz” stał zaparkowany w stodole. Na pewno nie był nowy, ale jego niebieski kolor miejscami był wciąż widoczny. Patrick widział takie samochody na wystawach zabytkowych samochodów; kosztowały spore sumy.
-„Niech tak będzie ” – zdecydował Rezo. -„Mam schowane pół kanistra. Zwrócisz mi pełen, dobrze? Jeśli GAI (inspekcja drogowa) poprosi o pełnomocnictwo do użytkowania samochodu, daj im trochę dolarów – to lepiej skutkuje niż jakiekolwiek pełnomocnictwo, rozumiesz?”
(ГАИ - Государственная автомобильная инспекция – Państwowa Inspekcja Motoryzacyjna)
-Weźcie jeszcze dwa koce na wypadek, gdybyście nie mógli znaleźć hotelu. W samochodzie też można się całkiem dobrze wyspać, zwłaszcza z młodą żoną, prawda?
- „Dziękuję, jesteś dla nas bardzo miły” – powiedział uprzejmie Patrick, a Liuba przetłumaczyła.
- „Nigdy tego nie zapomnę. Odwiedź nas w Kalifornii, dam ci też mojego Forda, zrobisz sobie wycieczkę nad jezioro Tahoe”.
- „Dzieci!” – krzyknął Rezo. -„Chleb jest na kartki; nigdzie go nie kupią. Przynieście im bochenek chleba i słoik dżemu morelowego z piwnicy…”
-„Czy mogę chociaż raz spojrzeć na morze?” – zapytał ostrożnie Patrick.
Domyślając się czego chce Amerykanin, Rezo wziął go za łokieć i poprowadził za krzaki na klif. Patrick zatrzymał się i zamarł z szeroko otwartymi ustami. Przed nim rozciągał się błękitny bezkres, czysty i cichy. Gdzieś na horyzoncie płynął mały statek. Pod klifem fale szeleściły o skały.
-„Możemy popatrzeć” – pokręcił głową Rezo, stojąc za nim. „Ale absolutnie nie wolno nam się kąpać: woda jest zatruta fekaliami”.
Wrócili do ogrodu.
-„Luba” – powiedział Patrick – „mam ważne pytanie do Maniko. Czy mogę zobaczyć fajkę, którą palił pan Stalin?”
Prababcia w milczeniu wzruszyła ramionami. Dziadek Rezo odpowiedział za nią: - "Oczywiście, znam tę fajkę doskonale. Mama przechowuje ją jako pamiątkę po moim ojcu. Kiedy byłem młody, paliłem ją potajemnie, przed mamą. I pozwalałem palić kolegom, bo wszyscy też chcieli. Mówili nawet, że to magiczne".
-"Gdzie ją trzyma?"
-"Gdy mama zobaczyła, że palę, to schowała gdzieś. Jednak, gdy kompletnie straciła pamięć, to nie wiadomo gdzie. Już szukałem... Może się opamięta i sobie przypomni...Wybaczcie, genatsvale!"
Gdy się rozstali, z lekka przygnębiony Patrick wyciągnął kamerę i zaczął filmować wszystko: morze, zarośnięty, zaniedbany ogród, zrujnowany dom Maniko, cudownego „Moskwicza”, który jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że przed nim podróż poślubna, i wszystkich jego nowych krewnych z nagle zastygłymi twarzami, ustawionych w długiej kolejce wzdłuż ogrodzenia.
Najtrudniejsze dla Patricka było wsiadanie do samochodu. Drzwi były za małe. Zajął półtora siedzenia, zostawiając Liubie tylko połówkę. Nie mógł wyprostować nóg, ale samochodem dało się jechać. Silnik nie chciał zapalić; Patrick roześmiał się, otworzył maskę, przez pół godziny gmerał przy świecach zapłonowchi i gaźniku, aż „Moskwicz” ożył. Wszyscy wstali i machali na pozegnanie. Prababcia Maniko płakała, choć nadal nie poznawała Liuby. Patrick wjechał na szosę.
Miesiąc miodowy wreszcie się rozpoczął. Ten miesiąc, odkąd Patrick mi o tym opowiedział, był jak scenariusz na film, chociaż było to tzw. samo życie. Ale o tym będzie w drugim hauście.
******
Dokończenie pod poniższym linkiem:
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/genatsvale-dokonczenie
**************
Wykaz moich wszystkich notek na portalu "Szkoła Nawigatorów" pod linkiem:
http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/troche-prywaty
tagi: perełki literackie
|
|
stanislaw-orda |
| 11 listopada 2025 20:39 |
Komentarze:
|
|
MarekBielany @stanislaw-orda |
| 11 listopada 2025 21:48 |
To Ty tłumamaczyłeś na polski ?
?
|
|
stanislaw-orda @MarekBielany 11 listopada 2025 21:48 |
| 11 listopada 2025 21:58 |
Ja, a co nie można?
|
Paris @stanislaw-orda 11 listopada 2025 21:58 |
| 11 listopada 2025 22:29 |
Super,...
... az ciezko uwierzyc, ze to bylo az tak !!!
Czekam na c.d.
|
|
stanislaw-orda @Paris 11 listopada 2025 22:29 |
| 12 listopada 2025 00:35 |
cd. za kilka dni
|
|
bolek @stanislaw-orda |
| 12 listopada 2025 07:16 |
Wciągająca historia. A zatem czekamy.
|
Zdzislaw @stanislaw-orda 12 listopada 2025 00:35 |
| 12 listopada 2025 07:31 |
Dla mnie bomba!!!
|
Zdzislaw @Zdzislaw 12 listopada 2025 07:31 |
| 12 listopada 2025 08:50 |
I jeszcze wspomnienia. W Suchumi byłem dwa razy - podczas podróży do Batumi i zpowrotem w sierpniu 1972. W "te stronę" zaliczyłem tylko po raz pierwszy w życiu czarnomorski upał, gdy o ósmej rano wychynąłem z klimatyzowanego wagonu na peron. Byłem - co prawda - rok wcześniej na Krymie, ale na początku maja, kiedy woda w Ałuszcie miała tylko 12 stopni. A "wewte strone" zatrzymaliśmy się w Suchumi (jeden nocleg) i po raz pierwszy w życiu złapałem katar "sienny" (raczej alergia na pyłki).
Nota bene obfitości owoców - na co liczyłem - ani w Batumi, ani w Suchumi absolutnie nie było (tylko te "mandariny" po rublu za sztukę od Gruzina w pociągu). Dopiero w Soczi było nieco lepiej. Stare dzieje. To se na vrati!!! Krym zresztą też. Choć mam tam do tej pory pewne nie wykonane rewanże. A zaczęło się wszystko od Głosu Wybrzeża z pamiętnym opisem wydarzeń grudniowych, który - gdzieś na przełomie 1970/71 - wiozłem w pociągu Warszawa - Kijów i "pożyczyłem" pewnej osobie.
|
qwerty @stanislaw-orda |
| 12 listopada 2025 09:26 |
ach, sowiety te sowiety. toż u nas prawie tak samo.
|
|
atelin @stanislaw-orda |
| 12 listopada 2025 09:27 |
"Po drugiej stronie domu, za ogrodem, była szosa, za nią linia kolejowa, a dalej tylko góry, których łagodne zbocza porośnięte były winnicami, dopóki Gorbaczow nie wprowadził prohibicji. Władze lokalne zastosowały się do zakazu, wycinając winnice."
Gzieś mi się obiło, że Stalin nałożył horrendalny podatek na właścicieli jabłoni. Taki, że lepiej było wyciąć - i wszyscy wycięli. O takim samym zachowaniu Gorbaczowa w stosunku do winnic właśnie się od Pana dowiaduję i pozostaje mi głębokie zastanowienie nad tym, kto ich inspirował do takich "bezmyślnych" kroków?
I tak po kilku fajkach balkonowych wyszło mi, że potężny import jabłek z Polski - tych tylko do jedzenia, bo są ładne, miał zastąpić ruskie psiary, z których namiętnie robiono ruski "cydr", ponieważ nie za bardzo nadawały się do czegoś innego (ewentualnie do robienia szarlotki, ale kto by sobie tym głowę zawracał). A, w przypadku gruzińskich winnic wyciętych w pień, to mniej więcej w tym samym czasie na szerokie wody wypłynęły wina chilijskie i kalifornijskie.
Ale mogę się mylić, ponieważ nie znam głębszego kontekstu tych komunistycznych decyzji. Albo głupota (wróble w Chinach), albo jakaś zdeterminowana korupcja.
|
qwerty @stanislaw-orda |
| 12 listopada 2025 09:30 |
obłąkanie i cała reszta w domyśle.
|
qwerty @qwerty 12 listopada 2025 09:30 |
| 12 listopada 2025 09:31 |
do atelina
|
|
atelin @qwerty 12 listopada 2025 09:31 |
| 12 listopada 2025 09:44 |
Obłąkanie jest wygodną wymówką, dla historyków. To musiało mieć drugie dno.
Tak po kolejnej fajce balkonowej przyszło mi do głowy, że te chińskie wróble miały na celu wskazanie lojalnych obywateli (którzy łapali) i zagłodzenie chińskich przeciwników komuny. To jasne, że ci od jabłonek, winnic i wróbli byli obłąkani, ale czy głupi? I pytanie za milion: kto tymi decyzjami kierował?
|
Zdzislaw @atelin 12 listopada 2025 09:27 |
| 12 listopada 2025 09:52 |
Ja nie bardzo wierzę w głupotę Chinczyków w ogólności i Mao tse Tunga (taką pisownię pamiętam zprzed lat) w szczególności. Na pewno ruscy zrobili prześmiewczy filmik o tych wróblach i jeszcze o produkcji żelaza w dymarkach (wspominałem tu już kiedyś o tym), ale kto wierzy ruskiej propagandzie, to sam sobie jest winien.
|
qwerty @atelin 12 listopada 2025 09:44 |
| 12 listopada 2025 10:28 |
problemem był niedobór zboża w Chinach. winny musi być. wróble zostały obwinione o wyjadanie zboża. bez wróbli, bo nastąpiła likwidacja owady rzuciły się na chińskie zboża. dla przypadków obłąkania rozważanie głupi-mądry nie ma sensu. Z dymarkami było tak, że nie było wystarczająco metalu dla małych fabryk [ach, te zbrojenia - czołgi trochę ważą] i przewodniczący aby ulżyć doli ludu wskazał, że jak chcą mieć żelazo to niech sobie na podwórkach w dymarkach wyprodukują - ot, pole dla prywatnej inicjatywy wg zasad komunizmu. Lojalni musieli być wszyscy bo inaczej eliminowanie. Każdy totalitaryzm stawia na przymus i aplauz dla lojalnosci. od III rzeszy poczynając a na sowietach kończąc. Lojalnośc jest zawsze na pokaz. taki wyscig kto wyrobi wiecej normy i kto jest lepszym w wyścigu budowy komunizmu/... . Nie wolno dać się przegonić w tym wyścigu.
|
Zdzislaw @atelin 12 listopada 2025 09:59 |
| 12 listopada 2025 10:31 |
Zachodnia propaganda, choć robiona nieco inteligentniej, też często nie warta jest wiary. W szczególności, gdy dotyczy Chin lub ich stronników w Azji, Afryce czy Ameryce Łacińskiej. Oni z epizodów gotowi zrobić regułę, a niewiele znaczące trendy przedstawić jako apokalipsę. Wiele jest przykładów takich przekłamań. Ot choćby "niewolnicza" praca Ujgurów przy zbiorze bawełny, de facto zbieranej kombajnami (Ujgurów jest za mało, a mają też inne zajęcia, by to zebrać ręcznie),
A z innej beczki, to "szkodliwość" oleju palmowego w każdym aspekcie jego produkcji i konsumpcji. Ta roślina, kilkakrotnie wydajniejsza od soi czy rzepaku, jest "zagrożeniem" dla orangutanów, lasów deszczowych i miliardow konsumentów. I nic to, że bardzo niewielki procent terenu Indonezji jest w stanie zapokoić potrzeby całego świata. Grunt że pola całego niemal Paragwaju, zamienione w chemiczną pustynię, moga nadal produkować "bezcenną" soję genetycznie modyfikowaną. W końcu te "inwestycje" w chemię rolniczą i genetykę muszą sie zwrócić!!!
A nieposłusznym Etiopom, chodzącym "na pasku" Chin, to poza krytyką kaskady Omo river (kilka GW mocy) i zapory "renesansowej" na Nilu Błękitnym (bodajże kilkanaście GW mocy), to niezłą wojenkę zafundowali z separatystami z północy oraz - o mało co - wojny o wodę z Egiptem i Sudanem.
Oczywiście największa na świecie zapora, jaką Chiny planują na Bramaputrze (w Chinach nosżącej inną nazwę) niedalego granicy z Indiami (kilkadziesiąt GW mocy), jest absolutnie "niewybaczalna".
|
|
atelin @qwerty 12 listopada 2025 10:31 |
| 12 listopada 2025 14:28 |
"w 2001 roku przez burmistrza Shintarō Ishiharę. Ptaki te – żerujące masowo przy śmietnikach, a nawet atakujące ludzi – zwalczano poprzez niszczenie ich gniazd oraz zastawianie pułapek przy wydatnej pomocy obywateli[6]. Kontrowersje wywołał pomysł burmistrza, który jeszcze przed kampanią proponował, żeby z mięsa odłowionych wron piec ciasteczka. Jego rzecznik tłumaczył później, że Ishihara tylko żartował."
Nie żartował. To są Azjaci, zjedzą wszystko. Tylko poprawność polityczna nie pozwala im ekspandować na niektóre rynki. Ale zaczekamy z pieprzeniem Ursuli, że robaczki i larwy są super.