-

stanislaw-orda : unukalhai (unuk.al.hayah@gmail.com)

Maria Antonina Boniecka

Przedstawiam fragment wspomnienia Marii Antoniny Bonieckiej, polskiej publicystki i redaktorki, która została zmuszona przez rządzących po wojnie komunistów do emigracji (1965 r.) , dopiero po uprzednim zniszczeniu w PRL-u Jej kariery zawodowej oraz odebraniu dobrego imienia, domu i zdrowia. Cały tekst nosi tytuł „Dlaczego nie należałam do Partii?”, i został napisany w 1967 r., w Sydney, a wydrukowany w Nr 1147, z 24.03.1968 r. „Wiadomości” (londyńskich), zaś fragment stanowi, mniej więcej, 50 procent objętości ww. całości.

Więcej o Autorce:

http://sedina.pl/wordpress/index.php/2010/03/17/maria-antonina-boniecka/

Na portalu „Szkoła Nawigatorów” prezentowałem już jeden tekst ww. Autorki - link:

http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/srebrzysko-1971

Za jakiś czas zaprezentuję jeszcze jeden z Jej tekstów, gdy zakończę nad nim prace redakcyjne, np. w postaci przypisów.

Tekst obecny jest przeznaczony przede wszystkim dla Czytelników , których rok urodzenia nie jest późniejszy niż 1960, gdyż oni mogą znać z autopsji realia PRL-u (dla informacji - mój rocznik to 1950).

(…)

Decyzję osiedlenia się w Szczecinie podjęliśmy w popłochu. W połowie lutego 1945 wróciliśmy z obozu małszyckiego do Warszawy, a już w czerwcu natknęłam się po raz pierwszy na „Boksera", człowieka, z którym przez pewien okres pracowałam w konspiracji, przekazując mu na zlecenie kierownictwa, w pewnych okolicznościach szczególnie kompromitujące mnie materiały. „Bokser", którego prawdziwego nazwiska nie znam do dziś, wchodził do bramy domu przy ulicy Mokotowskiej, zajmowanego od niedawna przez Komitet Dzielnicowy Partii. Po tygodniu zostało ustalone, że „Bokser" - tow. Sołtys - jest jednym ze „szczególnie czynnych, ofiarnych aktywistów". Przekazując mi informację zalecono równocześnie jak największą ostrożność. Tego samego dnia opuściliśmy Warszawę i dopiero po dłuższym tułaniu się postanowiliśmy zamieszkać na stałe w Sopocie.

Na skutek fatalnego zbiegu okoliczności, w pięć miesięcy później, na sekretarza propagandy przy KW w Gdańsku, zostaje delegowany z Warszawy tenże tow. Sołtys. Przyznaję, że uległam panice. Przenieśliśmy się natychmiast do Szczecina, ale i tu, przez wiele jeszcze lat, mimo iż nic nie wskazywało na to, że zostałam rozpoznana i zadenuncjowana, nie umiałam się pozbyć męczącego uczucia bezpośredniego zagrożenia .
(w 1945 r. kierownikiem Wydziału Propagandy w Gdańsku został tow. Zdunek; nie znalazłem danych o imieniu ww. – przypis mój).

Ostrożność podyktowała nam wyszukanie mieszkania w odległej dzielnicy miasta, ostrożność skierowała mnie do, wyjątkowo pod każdym względem nieefektownej w owym czasie, pracy w szkolnictwie.

Pierwszym wojewodą szczecińskim („przewodniczący rady wojewódzkiej" to tytuł późniejszy) był płk Leon Borkowicz, Żyd, niewątpliwie zdolny i zaradny administrator. Mówiono o nim z przekąsem, że zarówno rangę jak i tytuł towarzysza zdobył w Moskwie, ale i dodawano lojalnie; „mimo wszystko to dość uczciwy człowiek" (i chyba nim był naprawdę, bo rychło utracił znaczenie w partii, lądując ostatecznie na mało intratnej placówce w Czechosłowacji). Wszyscy natomiast wiedzieli, że na Wałach Chrobrego rządzi jak absolutny monarcha, klnie jak prawdziwy żołnierz, a co najważniejsze, różnych świntuchów i kombinatorów tępi bez litości, niewiele sobie robiąc z ich możnych warszawskich protektorów.

Wkrótce po przyjeździe dostałam oficjalne wezwanie do Województwa. Borkowicz rozmawiał ze mną nie dłużej niż dziesięć minut, przy czym okazało się że wiedział o mnie to i owo.

- Cieszę się że jesteście w Szczecinie, potrzeba nam ludzi. Jak się urządziliście? Może potrzebujecie jakiejś pomocy? Zadowoleni jesteście z mieszkania, z posady? Partia może wam niejedno ułatwić. Możecie się do niej śmiało ze wszystkim zwracać.

Podziękowałam, czekając co jeszcze powie. Swoim zwyczajem powiedział, co myślał nie bawiąc się w żadne subtelności

- Ja wiem, siedzi w was kawał śmierdzącego mieszczucha, co to nie wie wewte czy wewte, ale pomału się go pozbędziecie, partia wam pomoże, a i wy się nam przydacie Tak, to tak, nie ma co się za długo namyślać, idźcie, chociażby zaraz, do Komitetu Miejskiego, albo jak wolicie, prosto do Komitetu Wojewódzkiego, w razie czego powołajcie się na mnie i załatwcie co trzeba. Im prędzej, tym lepiej.

Uczepiłam się dialektycznych łamańców, zaczęłam kluczyć wśród "obiektywnych trudności sytuacji rodzinnej", itp. , aż stracił cierpliwość i uciął opryskliwie:

- To wszystko koszałki-opałki , ale - róbcie sobie, jak chcecie. Powiem wam tylko jedno, pewnego dnia może być za późno.

Zupełnie inna, ale też wolna od hipokryzji, ludzka, taka, po której nie czułam upokorzenia i wstrętu do samej siebie, była o wiele późniejsza, moja rozmowa z Gałczyńskim. Przedtem był tzw. Warszawski Zjazd Literatów i osławiony atak tow. Adama Ważyka. I pokajanie się Konstantego i jego żałosne nawrócenie na wiarę partii. Pana Gałczyńskiego poznałam u Zofii D., z którą pracowałam w jednej szkole. Panią Zofię łączyły bliskie stosunki z poetą i jego przyjaciółką (była chrzestną matką ich syna) w okresie wspólnego pobytu w latach okupacji w Niemczech Coś z tych sentymentów zostało, bo ilekroć Konstanty zawadził o Szczecin, zawsze ją odwiedzał. Tym razem przyszedł późno i już dobrze wstawiony, zresztą był to ten okres. w którym upijał się niemal błyskawicznie i na ponuro. Przez kwadrans opowiadał o magnoliach kwitnących właśnie w Szczecinie i pił przyniesioną śliwowicę małymi łykami, jak lekarstwo, następnie osowiał, nie chciał niczego zjeść, nie chciał kawy, nie chciał słuchać pełnych szczerej troski uwag D.

- Ty Zośka jesteś dobra na każdy czas, ja wiem, nawet na taki w którym się morduje ludzi, ale nie na ten w którym morduje się Boga. I dlatego się nie wtrącaj.

Naraz, jakby się ożywił, pewnym ruchem sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i zademonstrował nam, fakt w stosunkach partyjnych wręcz niebywały, malutką czerwoną legitymację oświadczając uroczyście: już nie jestem samotny. Już nigdy nie będę samotny, mam towarzyszy - i natychmiast zwrócił się do mnie z pytaniem:

- A jak jest z wami, koleżanko Mario, wy chcecie zdechnąć?
Chcecie czy nie chcecie? Chcecie? Chcecie?

Głos miał ochrypły, włosy pozlepiane potem, wyglądał na człowieka bardzo nieszczęśliwego, żeby go nie denerwować, zapewniałam z całą powagą, że za nic w świecie nie chcę zdechnąć. Przez jakiś czas sobaczył bezosobowo, później, wymachując tuż przy mojej twarzy swoją legitymacją, zaczął monologować

- Myślisz że bez tego uda ci się nie być świnią? Pod ziemią Cię znajdą i ześwińtuszą, dziecino. Bo nie masz tu nic do gadania. Niczego nie wydumasz właśni bracia cię ukrzyżują i octem napoją. Partia to moja tarcza i mój miecz, noszę na swoim czole, na swoich dłoniach, na swoim sercu jej charyzmaty, one płoną. Już nie jestem ślepcem błądzącym w ciemnościach, to wy jesteście ślepcami, wy jesteście głusi, wy jesteście niemi. Partia jest światłem, jestem pomazańcem partii, jestem światłem, nie byłem faszystą - byłem świętym Janem, przepasano mnie bym wyśpiewał hymn...

Słowa plątały mu się, obrazy mętniały, wreszcie rozszlochał się tuląc rozpaczliwie do pani Zofii. Był to jakiś, dokonywany pod wpływem zamroczenia alkoholowego, rachunek sumienia, ale osobiście przyjęłam te pełne niepokoju wizje jako groźne ostrzeżenie dla tych spośród nas, którzy na przekór faktom żywili jeszcze nadzieję.

Rozmowy z innymi aktywnymi towarzyszami były typowe, tzn. wszystkie zaczynały się "po partyjnemu”

- „Koleżanko Boniecka jesteście przecież inteligentnym człowiekiem. Wiecie że waszym obowiązkiem jest czynne włączenie się w budowę socjalizmu. Partia wzywa pisarzy do swych szeregów, najwyższy czas żebyście się znaleźli po odpowiedniej stronie barykady".

I kończyły chłodnym

- „jak uważacie, ale, ale po koleżeńsku chcę wam poradzić, żebyście się tak nie afiszowali z tym chodzeniem do kościoła",

albo

- ,,Oczywiście, to już od was zależy, ale, tak w cztery oczy, głównie obciąża was ten nieszczęsny tatuś - adwokat… że umarł przed wojną? no tak, ale zawsze".

Odbyli ze mną takie rozmowy i koleżanka Nida Rydzewska i kol. redaktor Dauksza i tow. Macużanka
z KC i wielu innych. Nie mogłam, nie wolno mi było powiedzieć tego co myślałam - musiałam udawać naiwną albo idiotkę, dyskutować, wymyślać kłamstwa, w sumie pogardzać sobą.

O wiele mniej angażujące były propozycje z tzw. pozycji praktycznych. Mistrzem w prowadzeniu takich rozmów była pani Marysia Andrzejewska. Prawie co dnia spotykałyśmy się przez kilka lat w tramwaju czy autobusie i zawsze, od początku usiłowała mnie przekonać, że "to" się opłaca.

- Np. sprawa przeniesienia się do Warszawy, niby nic, a tysiąc komplikacji, dzielnica, piętro, rozkład pokoi, człowiek by oszalał, gdyby nie partia. Wszystkim się zajęli, naprawdę nie mam słów. Chce pani schabu, albo masła? Jadę właśnie do KW, tam zawsze coś mają, a może kupić pani prześcieradeł albo parówek, w ubiegłym tygodniu były pyszne.

Tymczasem partia działała coraz sprawniej, coraz skuteczniej. Równolegle do policyjnego terroru. czyniącego swoje bezwzględnie i brutalnie, zaczyna się masowe niewolenie umysłów poprzez precyzyjnie przygotowaną akcję nazwaną szkoleniem ideologicznym. Do wykonania tego gigantycznego planu powołuje się instruktorów politycznych, pisarzy, naukowców, oficerów, prawników, organizacje młodzieżowe, instytucje i związki, komitety blokowe, zarządy fabryk i PGR-ów. Ludzie zmęczeni pracą, wystawaniem w kolejkach, nieopisanymi trudnościami transportowymi, niedożywieni, zastraszeni - są poddawani metodycznie jeszcze jednej wyrafinowanej udręce. Szkolenie odbywa się na masowo organizowanych kursach i wykładach przed i po godzinach pracy, w przerwach obiadowych, w niedziele, w czasie urlopów i wakacji, nasyca się nim programy szkolne, odczyty, zebrania, masówki, wiece, literaturę, programy teatralne i radiowe. filmy, pieśni, wszystko, wszystko. W praktyce teorie marksistowsko-leninowsko-stalinowskie, łącznie z komentarzami Bieruta, ulegają ostatecznej wulgaryzacji, a normalną mowę ludzką wypiera bełkot partyjny, "drętwa mowa" .

Pamiętam, jak będąc wykładowcą na Studium Przygotowawczym przy politechnice szczecińskiej musiałam. jak wszyscy koledzy, pod ścisłą kontrolą, według dostarczonych wzorów komponować (dawne podręczniki wycofano - nowych jeszcze nie było) materiały do rozbiorów gramatyczno-logicznych, dyktanda, tematy prac pisemnych, zadania matematyczne, nawet teksty łacińskie opierając się na cytatach z dzieł klasyków marksizmu obrazujących osiągnięcia Kraju Rad, ewentualnie wykorzystując dane z broszury pt.: "Nasz Plan Sześcioletni", również ze szczególnym podkreśleniem pomocy i wzorów Kraju Rad, przy czym godziny historii, geografii gospodarczej, ekonomii, itd. były poświęcone wyłącznie „utrwalaniu nowego światopoglądu". Szkoleniu podlegali absolutnie wszyscy od profesorów do słuchaczy kursów dla analfabetów, od przedszkolaków do starców. Osobiście musiałam przejść przez dwustopniowy kurs ideologiczny i zdać odpowiednie egzaminy, ale jako członek Związku Literatów automatycznie byłam prelegentem, mogłam z bliska poznać program i metody działania partii, jej okrutny automatyzm.

Doraźnym celem partii było:
wychowanie nowego człowieka dla nowej rzeczywistości. Programem wiodącym do owego celu - ugruntowanie w społeczeństwie „podstaw naukowych" - bezbłędne opanowanie "Historii WKPB (b)", historii ruchów robotniczych w Polsce, podstawowych zasad filozofii materialistycznej i ekonomii marksistowskiej oraz - zaszczepienie w nim i pogłębienie miłości do Związku Sowieckiego i Stalina,

Posyłano mnie więc z odczytami do szpitali, zakładów dla chroników, sanatoriów, więzienia, szkół milicyjnych, rekrutów, bibliotekarzy i studentów. Miejska Rada Narodowa zleciła mi nawet cykl pogadanek w Domu Rencistów (bo tak się teraz nazywają przytułki dla starców). Pogadanek, które by "pogłębiły i ugruntowały w pensjonariuszach zasady filozofii materialistycznej i wykorzeniły zabobony – pozostałość epoki kapitalizmu", przy czym kierownik Wydziału Kultury i Sztuki tejże Miejskiej Rady tow. Maria Krzyżanowska tak mi bliżej sprawę wyjaśniła:

- Jakichś ołtarzyków sobie nastawiali, kwiatami stroją, a co drugi to z medalikiem paraduje, nie chcemy krzyków, bo to stare, zdziecinniałe, ale tak mądrze, z sercem ..

Cały rok chodziłam na Arkońską do bardzo zaniedbanego, wilgotnego i ponurego Domu Rencistów i czytałam biedakom nowele Konopnickiej i Sienkiewicza, pisałam im listy i podania, aż ktoś zadenuncjował mnie i szkolenie rencistów powierzono komu innemu.

Do dziś umiem piosenki, które śpiewały moje 2-4-letnie córeczki w przedszkolu:

Kochamy ciebie, nasz dobry
Stalinie,
co dajesz tatusiom chleb,
co uczysz nas kochać i kwiatki
i róże…

albo

Dziś nam
Słonko pięknie świeci,
serca biją nam jak dzwon
dziś Stalina imieniny
bim-bom, bim-bom, bim-bom

Piosenki, których moralnego sensu mimo całej absurdalności zestawienia, nie wahałabym się wywieść z wstrząsającej poezji "urzeczonego komunizmem" Bertolda Brechta, który już w r. 1911 pouczał ludzkość:

. . .utarzaj się w błocie, uściskaj kata,
[ale zmień oblicze świata
Świat potrzebuje tego.

(z dramatu "Wymiar kary")

A i my - ludzie dorośli - aby żyć, musieliśmy nieustannie, indywidualnie albo chórem, skandować:

Synowie Rewolucji! o sercach Dwóch
[Wodzów Najmędrszych.
co was wywiedli na słońce z Ciemnoty.
[krzywdy i jaskiń – śpiewem.

Wznoszę tę pieśń, jak puchar:
[Za Naród Stu Narodów!
O tobie wschodzie słońca, o Tobie!
[Słońce Wschodu - śpiewam …

(Julian Tuwim "Ex Oriente", 1950)

Myśli wyprzedzą czyny.
Czyny legną opoką …
Chwała imieniu Stalina!
Pokój światu, pokój...

(Władysław Broniewskl: „Słowo o Stalinie", 1949)

Kto patrzy oczami PARTII, odsieje
[ziarno od plewy,
Błąd naprostuje, sprawców odetnie,
[nazwie ich po imieniu

(Adam Ważyk: „Droga pokoleń", 1952)

Wszyscy na CIEBIE patrzą,
[wszyscy CIEBIE sławią.
Ale kiedy mi ciężko i kiedy się gubię.
Myślę zawsze o TOBIE...
I wiem że TY masz rację i ta myśl
. . . Jest jak powiew wiosenny na
[śnieżnej równinie,
Jest jak olśnienie światłem w poranek
[wiosenny.

(Jarosław Iwaszkiewicz „List do prezydenta Bieruta", 1952)

Z działalnością pisarzy, już przez Stalina mianowanych „inżynierami dusz", wiązała partia od samego początku wielkie nadzieje. W styczniu 1949 na IV Zjeździe Związku Literatów Polskich w Szczecinie tow. Jerzy Putrament nakazał nam w imieniu władz „nasilić znacznie ofensywę myśli marksistowskiej i wzmóc walkę w dziedzinie twórczości literackiej z idealistycznymi elementami starej nadbudowy" .W rok później, na konferencji literackiej w Radzie Państwa, do tematu tego wrócił tow. Bierut dyktując przy sposobności tzw. program konstruktywny:

„Nie wolno się nam zadawalać dotychczasowymi osiągnięciami. I dlatego, w literaturze, w malarstwie, teatrze, w muzyce i w filmie. Jeszcze usilniej czerpać winniśmy z nieocenionego dorobku artystów i uczonych Wielkiego Kraju Rad. Kraju Zwycięskiego Socjalizm”

("Nowe Drogi" nr 1/1951)

Co wrażliwsi. spośród entuzjastów .nowej rzeczywistości" odpadali natychmiast (np. Tadeusz Borowski). Inni w następnych etapach (koledzy: Piętak, Mach), reszta „stając w szeregach partii, albo krocząc u jej boku zaczęła kształtować, porywać i wychowywać naród".
(Bierut „O upowszechnieniu kultury", 1948).
Komunizm, owo picassowskie "źródło życia" stawał się na co dzień dla olbrzymiej rzeszy ludzi zatrutą rzeką, z której nie sposób pić bezkarnie, najpierw odurzał, obezwładniał, później prowadził do skrajnej korupcji umysłowej, wreszcie trwale degenerował.

Niektórzy socjologowie amerykańscy twierdzą, że to nie teoria marksistowska rodzi komunistów, ale pewne indywidualne skłonności czynią poszczególnych ludzi wrażliwymi na zawartą w niej rewolucyjność pobudzającą do działania. Możliwe że klimat tamtych lat, nasycony w pełni komunizmem, prowokował takich właśnie, specjalnie predestynowanych do roli rewolucjonistów, do tragicznych "bojów i potyczek" z własnym narodem po stronie partii i Sowietów.

Dla ostatecznej demoralizacji społeczeństwa sięgnięto po wypróbowany sposób - rozsadzenie go od wewnątrz. Batalię tę partia rozegrała bezbłędnie. Na wykonawców tego długodystansowego planu powołano część duchowieństwa, tysiące nauczycieli, pisarzy, artystów, intelektualistów, ludzi których dotychczasowa pozycja, wiedza, talent, dorobek twórczy budziły powszechny szacunek i nieograniczone zaufanie.

Jerzy Andrzejewski w okresie kiedy mieszkał w Szczecinie był moim bliskim sąsiadem. I jego i panią Marysię, ich dzieci i ojca Jerzego spotykałam codziennie, ale nigdy nie doszło między nami do bliższej znajomości. Jako pisarza ceniłam go i cenię niezwykle wysoko. ale przecież nie o to tu chodzi. Pobyt w Szczecinie precyzuje ostatecznie postawę autora ,.Popiołu i diamentu", a publikacje książek „Partia i twórczość pisarza", "Ludzie radzieccy", "Moje wrażenia z podróży do ZSRR", „Wojna skuteczna", obok cyklu sławnych „czerwonych felietonów" drukowanych w oficjalnym organie KW Partii – „Głosie Szczecińskim”, wpisują go na listę najżarliwszych apostołów nie tylko komunizmu, ale i Sowietów.

Moje prywatne sprawy układały się kiepsko; jeden ze słuchaczy Studium złożył na mnie donos w UB, a że był to już drugi - zostałam wezwana „na rozmowę”. Śledztwo prowadził tow. Mazur (późniejszy dygnitarz z KC ), wyjątkowo ordynarny i prymitywny „członek aparatu". (Franciszek Mazur, właściwe nazwisko: Horodenko – przypis mój). Nawymyślał mi od burżujskiej padliny i inteligenckiego gnoju i zagroził:

- Jak nie przestaniecie szczekać na Związek Radziecki - to was przymkniemy!
(donos dotyczył mojej dość negatywnej oceny książki Ażajewa "Daleko od Moskwy"), ale mojej rezygnacji z posady nie przyjął.

- To już do nas należy, zwolnimy was jak się nam będzie podobało.

Od dawna narastał we mnie bunt przeciwko narzucanym szkole przez partię metodom pedagogicznym i programom, ale dopiero po "spotkaniu" z tow. Mazurem postanowiłam nieodwołalnie skończyć z zawodem nauczycielskim, a kiedy i dziekanat odrzucił moje podanie o zwolnienie, zwróciłam się o pomoc do Związku Literatów. Prezesem oddziału był właśnie Andrzejewski. Zajął się moją sprawą, wyreklamował ze Studium. a nawet, sam z siebie, załatwił mi pracę w rozgłośni. Na krótko przed przeniesieniem się Andrzejewskich do Warszawy rozmawiałam z nim po raz ostatni. Gabinet kol. Jerzego był zastawiony poniemieckimi antykami, na biurku w starochińskiej wazie złociły się przepiękne olbrzymie dalie, które ku zazdrości wszystkich sąsiadów hodowała pani Marysia. Każde słowo sprawiało mi niewymowną przykrość. Usiłowałam nie patrzeć na mówiącego, na jego wyniosłe czoło, na okryte okularami, utkwione we mnie oczy, rasowe niespokojne ręce.

Dlaczego on to wszystko mówi? Jakbyśmy się oboje zapadali w grząskie błoto.. Naraz cisza panująca na tarasie, w ogrodzie, w całym rozległym domu wydała mi się czymś nie do zniesienia, zapragnęłam głosów, krzyku dzieci, hałasów ulicy, jakichkolwiek dźwięków, które by stłumiły wreszcie te wszystkie "natchnienia inspirowane przez materializm dialektyczny", te budzące grozę zestawy nazwisk - ..Kościuszko-Świerczewski, Mickiewicz-Dzierżyński", te wyświechtane przymiotniki - "niezłomna, oportunistyczny, dialektyczne, zgniły".
Ale cisza trwała niezmącona i musiałam wysłuchać do końca tego co mi chciał powiedzieć.

Ale właściwy finał owego spotkania miał miejsce znacznie później i w zupełnie innych okolicznościach. Najpierw był mój odczyt w Słupsku, w liceum pedagogicznym, w dwa lata po wizycie u kol. prezesa.

Tematem wieczoru był "Popiół i diament". Po bardzo ożywionej dyskusji (młodzież była wyjątkowo inteligentna i oczytana) część uczniów się rozeszła, a kilkunastu - "kółko polonistów' zaprosiło mnie do swego "kąta" w pokoju bibliotecznym. I nagle zdarzyło się coś, czego nie przewidziałam, co zdarzyło mi się po raz pierwszy: młodzież zaczęła mówić szczerze, gorąco, zaczęła namiętnie atakować pytaniami, żądała prawdy.

Przy ówczesnym systemie szpiclów i prowokatorów ryzyko było olbrzymie i obustronne, ale bez wahania zaufałam intuicji.

- Za co ludzie cenią pisarza? za słowa prawdy - któryś z pamięci zacytował Arystofanesa - za dobrą radę i za to ze czyni on rozumniejszymi i lepszymi obywateli Ojczystego kraju ...

- Jak daleko sięgają granice kłamstwa, obłudy i moralnego szantażu współczesnego polskiego pisarza?

- Gdzie zaczyna się odpowiedzialność moralna tych ludzi i kto będzie egzekutorem tej odpowiedzialności?

Sięgnęli do szafy i z otwartej na chybił-trafił książki zaczęli czytać kolejno

Człowiek, którego światopoglądem jest marksizm, nie szarpie się w samotności, nie pragnie kłamstwem osłonić się przed prawdą świata. Podłość odróżni od odwagi, ucisk znienawidzi. Wolność pokocha. Wzrastaniu ludzkiej godności zechce służyć. Partia wykazuje troskę i szacunek dla każdej indywidualności. Partia wspiera bezpartyjnych w dojściu do pełnej wolności.”

Jakbym znienacka otrzymała celnie wymierzony cios. Znałam doskonale tę książkę. Dostałam ją podczas tamtego pamiętnego spotkania razem z życzeniami autora:

„… bardzo bym się cieszył, gdyby to Wam pomogło w zbliżeniu do Partii" i uprzejmą dedykacją:
„Miłej i Drogiej Koleżance Bonieckiej " [przypis 1].

- Dlaczego pisarze piszą takie książki?

- Dlaczego ludzie się hańbią? Czy i my - przyszli nauczyciele - musimy tak samo? zapierać się samych siebie? Lżyć bohaterów i kochać morderców? Utopić się w tej przeklętej dialektyce, odczłowieczyć? Czy nie można jakoś inaczej, jakoś lepiej żyć?

Byłam tak samo nieszczęśliwa i zgubiona, tak samo zagrożona i bezsilna jak oni. Na pewno - wiedzieliśmy tylko jedno; jawny bunt to samobójstwo, chodziłoby więc już tylko o wyznaczenie granic upodleniu.

Spotkanie z bibliotekarzami gromadzkimi w Z., w powiecie Myślibórz, należało już do zupełnie innej epoki. Był maj 1964, kiedy to mimo milczenia prasy cała Polska komentowała tzw. "List 34", przy czym dyskutanci wypowiadali bardzo różne opinie. Tak było i w Z. Po części oficjalnej, przy lampce wina ten i ów nabrał odwagi. Zaczęli, jak zwykle, od narzekania na warunki miejscowe, aż ktoś zapytał wręcz:

- Czy to prawda, bo my tu na wsi niewiele wiemy, że się pisarze zbuntowali?

A ktoś inni dorzucił

- To znaczy pisarze i uczeni dali hasło do rewolucji. Czy to prawda że się w Warszawie zaczęła już rewolucja?

Natychmiast wystąpiono z repliką

- Rewolucja? Chcieliście, kolego, powiedzieć "nowa prowokacja" a i cały ten list - też wielka lipa. Więcej szumu jak pożytku. Pisarze? A nie ma wśród nich takich, co to skakali w październiku z lewa na prawo?

- Co racja, to racja - dokładali inni z ironią, goryczą, albo mściwą uciechą - skakali bojownicy, że hej, tyle że ludzie pamiętają co wyrabiali i kim byli za Stalina.

Tak, rok 1964 to już była inna epoka, czasy powszechnej niewiary i pogardy, czasy rezygnacji i apatii. Młodzież, która 10-15 lat temu w poważnej swej części, w sposób wręcz heroiczny usiłowała ocalić w sobie godność ludzką, została bezlitośnie, cynicznie oszukana, złamana, czy wręcz unicestwiona, przy czym nie wolno zapominać że procesu zgnojenia pokolenia dokonała partia przy jak najczynniejszej współpracy zdawałoby się, najlepszych, najbardziej godnych spośród nas.

Wkrótce po XX Zjeździe KPZR zorganizowano ogólnopolski Zjazd Towarzystwa Wiedzy Powszechnej w Warszawie. Zjazd ten, pod wpływem paniki i dezorientacji jaka zapanowała wśród towarzyszy, zamienił się w publiczny proces przeciwko szczególnie obciążonym "błędami i wypaczeniami".

Na Zjeździe tym byłam świadkiem ataku na prof. Tadeusza Kotarbińskiego, któremu na podstawie jego własnych, drukowanych tekstów oraz "wewnętrznych zestawień kasowych" zarzucono - "uprawianie przy każdej okazji kultu Stalina, nadużywanie stanowiska uczonego i prezesa PAN dla propagowania fałszywych naukowo tez Miczurina i Łysenki, wypłacenie sobie poważnych sum z funduszów publicznych pod pozorem organizowania wystaw, zjazdów, itp." I muszę wyznać że doznałam wstrząsu, słuchając obrony oskarżonego polegającej na oskarżaniu o to samo innych kolegów - luminarzy polskiej nauki.

Słyszałam również przemawiającego prof. Artura Górskiego, profesora, którego szczerze admirowałam jeszcze z czasów studenckich, podejmowanego w Klubie Dziennikarzy z racji przyznanej mu przez PAX nagrody. Wysławiał, w sposób niegodny uczonego i Polaka, nie tylko partię i ustrój komunistyczny, ale i „przodujący Kraj Rad, prawdziwą najwyższą wolność, nieznaną w dziejach świata”.

Słuchałam niezliczonych wystąpień publicznych i czytałam, jak czytaliśmy wszyscy - Gustawa Morcinka, Igora Neverlego, Brandysów, profesorów: Leśnodorskiego, Kołakowskiego, Jana Kotta, pouczających nas zgodnie, że wartościowanie czynów - a tylko "czyny, nie ludzie mają istotne znaczenie - odbywać się powinno jedynie i wyłącznie wedle ich społecznej użyteczności, której miarą jest obiektywna nauka o rozwoju społeczeństw - marksizm".

Uczestniczyłam z okazji jubileuszów w uroczystościach dekorowania przez premiera Cyrankiewicza, w imieniu partii i rządu PRL, pisarzy tej miary co Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, Jan Parandowski i słuchałam ich pełnych wzruszenia podziękowań pod adresem tejże partii i tegoż rządu.

Wiedziałam, bo nikt tego w Związku Literatów nie ukrywał, o wysokich dotacjach miesięcznych przyznawanych przez Ministerstwo Kultury poszczególnym kolegom, o „ideologicznym przetargu przydatności" decydującym o przydziale mandatów poselskich, posad na placówkach zagranicznych, stanowisk redaktorskich, itp.

Żyliśmy niby w olbrzymim kotle, którego wieko dociskano bezlitośnie z potworną siłą, a każdemu kto nie chciał albo nie potrafił znaleźć się na zewnątrz, groziło nieuchronne uduszenie.

Co do mnie, przyznać muszę bezstronnie, partia wykazała wiele cierpliwości. Jeszcze w roku 1951 szczeciński Komitet Wojewódzki proponuje mi wykłady w liceum wieczorowym dla pracowników UB, następnie otrzymuję ponętną ofertę od tow. ministrowej Bronisławy Skrzeszewskiej, która chce mi „zaufać i powierzyć stanowisko dyrektora departamentu szkół wyższych".

Moja krnąbrność zmusza władze do zmiany taktyki. Zaczyna się od rewizji. Przychodzą zawsze w nocy i przetrząsają dom od piwnic do strychu (do dziś nie mam pojęcia czego szukano), trwa to godzinami przy niemilknącym płaczu brutalnie budzonych dzieci, rewizji takich jest wiele i jest w nich coś ogłupiającego i koszmarnego zarazem. Równocześnie kwaterunek występuje przeciw mnie z wnioskiem o „ograniczenie powierzchni mieszkaniowej”, co powoduje niekończące się sprawy w kolegiach, komisje, wizje lokalne, przesłuchania itp., mąż mój zostaje zwolniony z pracy, następnie aresztowany pod pozorem „podejrzanej przeszłości" (był żołnierzem V dywizji syberyjskiej, następnie działaczem harcerskim), moje rękopisy latami leżą w redakcjach, na wieczorach autorskich i odczytach jestem gwałtownie atakowana przez prowokatorów, wreszcie mój syn - uczeń XI klasy liceum ogólnokształcącego na 3 miesiące przed maturą zostaje zamieszany w proces zaaranżowany przez KW przeciw grupie młodzieży szkolnej, "nosicieli zachodniej zarazy".

Ale tymczasem umiera Stalin i nasi towarzysze partyjni, ulegając nastrojom panującym w ZSRS inspirują zupełnie nowy kurs, który stawia mnie przed jeszcze jedną szansą.

Sekretarzem propagandy KW w Szczecinie jest w tym pełnym wibracji czasie, tow. Ludwik Krasucki
(poźniejszy red. naczelny „Trybuny Ludu”), o którym się gorliwie informuje społeczeństwo, że ,.należy do grupy młodych, uczciwych komunistów, szczerze dążących do demokratyzacji i pełnej suwerenności", w rzeczywistości jest on związany z "grupą puławską" (Berman, Zambrowski, Minc, Matwin) walczącą na śmierć i życie z "natolińczykami" o przechwycenie władzy w partii.

W celu skompromitowania przeciwników grupa puławska montuje na gwałt dławioną dotychczas bezlitośnie opinię publiczną, a zabiegając o popularność głosi nie tylko program radykalnych reform, ale obiecuje natychmiastowe, sprawiedliwe ukaranie winnych. Uruchamia się pospiesznie wszelkie środki masowego przekazu, poluje na ludzi cieszących się jakim takim zaufaniem.

Któregoś dnia odwiedził mnie (sytuacja w PRL wręcz niebywała, w najlepszym razie,- takich jak ja, - wzywa się do siedziby partii; praktycznie, mimo wielokrotnych usilnych starań, ani razu nie udało mi się uzyskać widzenia, już nie że z sekretarzem KW, ale pierwszej lepszej komórki partyjnej przy zakładzie pracy) wspomniany tow. Krasucki i w przyjacielskich słowach, w imieniu partii, ofiarował stanowisko redaktora naczelnego organizowanego właśnie w Szczecinie tygodnika społeczno-literackiego „Ziemia i Morze".

- Partia - wywodził cierpliwie - zawsze was ceniła, zawsze miała do was wielkie zaufanie. Nikogo innego nie chcemy. Jesteście potrzebna społeczeństwu, Szczecinowi, Ziemiom Zachodnim, nie wolno wam odmawiać, nie wolno wam zdradzać swego miasta, swej ojczyzny, ludzi, którzy na was czekają, którzy wam wierzą, nie macie prawa.

Instynkt ostrzegał mnie i tym razem. Instynkt i doświadczenie, ale - z jednej strony miałam nadzieję że tygodnik będzie mógł w pewnym przynajmniej stopniu pozytywnie służyć społeczeństwu, z drugiej - byłam już tak bardzo zmęczona, tak zaszczuta, tak wytresowana, że po kilku tygodniach oporów i nalegań - zgodziłam się.

Tygodnik "Ziemia i Morze" był w sumie wydarzeń październikowych tylko drobnym epizodem, a i jego krótkie dzieje nie zawierały w sobie nic szczególnego, był potrzebny dla oszukania opinii publicznej. I po spełnieniu zadania został natychmiast zlikwidowany, podobnie jak wiele innych czasopism tego samego typu. Tyle że przy sposobności miejscowe władze partyjne, w których gestii pozostają wszystkie redakcje w PRL, mogły w sposób udokumentowany zdemaskować ostatecznie "wrogów Polski Ludowej".

Właśnie jako „wróg Polski Ludowej" już na wiele miesięcy przed likwidacją pisma zostałam wyrzucona z redakcji. Wszystko odbyło się jak najbardziej formalnie. Wniosek o usunięcie mnie ze stanowiska „naczelnego" zredagowali i przesłali do KW partii moi koledzy - redaktorzy (wszyscy) stwierdzając, że: "dotychczasowy redaktor naczelny - Maria Boniecka nie dość silnie przeciwstawiała się błędnym tendencjom ponieważ brak jej odpowiednich walorów ideowych." (protokół z 7 grudnia 1957), a następnie zostałam zaproszona do KW, gdzie wyliczono mi dokładnie wszystkie „niepoczytalne posunięcia godzące w rząd i partię", inspirowane rzekomo przeze mnie na łamach tygodnika .

Czego się nie dopuściłam? W czym nie brałam udziału? Były i „siuchty z emigracją" i „fałszowanie sprawy węgierskiej" i „brednie o Poznaniu 1956 r.", i „bzdury pod adresem Związku Radzieckiego"… zarzucono mi nawet wprost „podżeganie i współdziałanie przy podpaleniu konsulatu radzieckiego w Szczecinie".

W krąg spraw tygodnika „Ziemia i Morze" wpisać by można również dzieje mego procesu karnego. Tuż przed opuszczeniem redakcji napisałam i ogłosiłam artykuł dyskusyjny pt .: „Kto ponosi odpowiedzialność?". Chodziło o zdemaskowanie niejakiej Ireny Banach-Bochniak, lektorki języka rosyjskiego w Szczecińskiej Wyższej Szkole Rolniczej i kierowniczki Ośrodka Metodycznego tegoż języka, jako prowokatora z lat okupacji, zbrodniarza hitlerowskiego, którego ofiarami byli Żydzi, Polacy i Ukraińcy, osobę osłanianą i faworyzowaną przez władze, pełniąca funkcję sekretarza powiatowego partii w Barlinku, pracownika UB, demoralizującą młodzież jawnie uprawianym nierządem. Nota bene, wykonywującą swój zawód nauczycielski na podstawie sfałszowanych dokumentów. Drastycznym szczegółem całej historii był fakt, że tow. Banach-Bochniak była już przed laty rozpoznana i przekazana prokuraturze szczecińskiej i że UB, którego była konfidentką, natychmiast sprawę umorzył, terroryzując oskarżycieli i świadków pogróżkami i doraźnymi represjami.

Do wystąpienia w prasie namówiła mnie moja serdeczna przyjaciółka, która okazała się następnie prowokatorem działającym na bezpośrednie zlecenie Warszawy. Rzeczonej Banach-Bochniak i jej sprawy nie znałam, ale sam problem "wychowawcy i nauczyciela młodzieży" wydał mi się istotny. Odwiedziłam wiele miast aby odnaleźć ludzi, którzy znali Banach-Bochniak w latach 1939-1945 na terenie Kamionki Strumiłowej (przed wojną w granicach Polsk nad rzeką Bug, ok. 25 km na północny wschód od Lwowa; dzisiaj miasto na Ukrainie o nazwie Kamionka Bużańska – przypis mój), następnie szukałam jej uczniów i kolegów szczecińskich - ofiar wydanych UB, dokumentów i opinii.

Ludzi znalazłam, materiały zebrałam, artykuł się ukazał. Pierwszym dowodem na to, że uległam prowokacji, był fakt przygotowania procesu przeciwko mnie w jego najdrobniejszych szczegółach, na kilka tygodni przedtem, nim artykuł został wydrukowany, nim go w ogóle napisałam; następnym - zwekslowanie sprawy na tory polityczne. Formalnie Banach-Bochniak oskarżyła mnie o obrazę czci. A praktycznie zaatakowało mnie Towarzystwo Ukraińskie imputując „wyrafinowane, charakterystyczne dla pewnych elementów podsycanie nienawiści w stosunku do mniejszości narodowych". Oskarżycielka, o czym nie miałam pojęcia, była Ukrainką (do roku 1939 była Polką, w czasie okupacji Niemką) i wiceprezesem wspomnianego towarzystwa, co mistrzowsko wyzyskano.

Proces, by nie dopuścić do ujawnienia przed społeczeństwem zeznań ponad 50 świadków, toczył się z polecenia partii, przy drzwiach zamkniętych. Trwał kilka miesięcy. Zastosowano wszystkie chwyty, prasa szczecińska rozpoczęła charakterystyczną kampanię, łącząc systematycznie proces przeciwko mnie z toczącymi się równocześnie rozprawami przeciwko znanym w Szczecinie bandytom i złodziejom. Pozbawiono mnie jakichkolwiek zarobków, otrzymywałam setki anonimów i telefonów z pogróżkami śmierci, podpalenia, porwania dzieci itp. Wznowiono denerwujące nocne rewizje, poddano niekończącym się szykanom.

Ostatecznie, na skutek niezbitych dowodów rzeczowych i zeznań świadków, ocalałych ofiar oskarżycielki, albo ich rodzin, a przede wszystkim dzięki temu, że partia po październikowych wstrząsach nie zdążyła jeszcze na dobre okrzepnąć, że w jej organach terenowych panowała jeszcze pewna dezorientacja, - sprawę w sądzie wygrałam, ale równocześnie swoją sprawę z partią przegrałam ostatecznie. Bo partia, i to jest pewne jak śmierć, jakiekolwiek by tam w niej panowały nastroje, nigdy nikomu nie przebacza.

Zresztą był to już właściwie koniec wielkiego przedstawienia, zamknięto "Po prostu", reaktywowano Urząd Bezpieczeństwa, zaaresztowano kilkaset osób z okazji demonstracji warszawskich, do rządów powołano starych, wypróbowanych aparatczyków, a tych co się upierali przy iluzjach przywołał do porządku sam tow. Gomułka pouczając surowo.

„Towarzysze! sumieniem klasy robotniczej jest partia, są komuniści. My sobie będziemy, tak myślą niektórzy, korzystać z wolności słowa, będziemy pisać co się nam podoba, rozbijać naród, będziemy go gangrenować politycznie, pod hasłem, czy pod płaszczykiem walk z gangreną. Dlatego trzeba powiedzieć: nastał czas wyboru, albo z partią, albo przeciwko partii. Sprawa jest jasna. Dyskusje się skończyły. Teraz będziemy wyciągać konsekwencje partyjne i polityczne”. [przypis 2]

Tak. tak, musimy to wreszcie zrozumieć i zapamiętać raz na zawsze że i "ty towarzyszu i ja możemy się mylić, ale partia nie myli się nigdy. Partia, towarzyszu, przerasta nie tylko mnie i ciebie, ale i tysiące nam podobnych. Linia partii przypomina wydeptaną wąską ścieżkę w górach, najmniejszy fałszywy krok i wpadasz w przepaść, powietrze tutaj jest rozrzedzone i biada temu kto zasłabnie”. [przypis 3]

Znalazłam się więc na „liście skazanych". Teoretycznie istniała co prawda jeszcze jedna szansa - ucieczka za granicę, ale ta droga została mi zamknięta, nie pomogły żadne w tym względzie starania na przestrzeni pełnych ośmiu lat. W końcu Komitet Wojewódzki zdecydował się na dziecinnie proste posunięcie. Pewnego dnia zgłosił się do mnie sympatyczny młody sportowiec, zawodnik motorowy w skali międzynarodowej, niejaki J. O.
(Janusz Orzepowski  zawodnik motocrossu i objeżdżacz motocykla „Junak”, i oczywiście, agent bezpieki - przypis mój) i zaproponował: on wprowadzi się do mego mieszkania, a następnie przejmie je na własność, ja otrzymam paszport na stałą emigrację – może to załatwić natychmiast i bez żadnych komplikacji. Działał energicznie. Przez tydzień odwiedzał mnie codziennie bawiąc opowiadaniami o ojcu oficerze-legioniście zamordowanym przez bolszewików w Starobielsku, o swych podróżach do Indii, o sukcesach sportowych, następnie zajął mieszkanie, następnie ujawnił się i zapowiedziawszy lojalnie:

- Już ja ci dam radę, stara kurwo, albo ci się żyć odechce, albo siekierą zarąbię, albo samochodem stuknę, bo wypadki po ludziach chodzą, nie po górach - przystąpił do akcji.

Człowieka, któremu zawdzięczam ocalenie, spotkałam przypadkowo i w dość szczególnych okolicznościach. To było w czasie mego drugiego pobytu w szpitalu, do którego po raz pierwszy trafiłam z uszkodzonym kopniakiem "sportowca" kręgosłupem, a po raz drugi - po swym nieudanym samobójstwie. [przypis 4].

Ten ktoś zgłosił się do mnie, i to było właśnie osobliwe, akurat wtedy, kiedy uznałam się za ostatecznie pokonaną i unicestwioną. Mijały dnie i noce, a ja nie chciałam żyć, przy czym największą mękę sprawiała mi, na przekór logice, nieustannie pulsująca w mózgu myśl, że to nie partia i UB były przyczyną mej klęski ale świadomość obojętności świata dla istoty ludzkiej.

Właściwie nie znaliśmy się przedtem, choć jak się okazało z rozmowy, on dość dokładnie znał moją sprawę. Oświadczył że wie przez kogo można otrzymać paszporty, zastrzegając że będzie to operacja bardzo kosztowna, ale absolutnie pewna. Dał adres i szczegółowe wskazówki.

(...)

 

Przypisy

  1. Jerzy Andrzejewski "Partia a twórczość pisarza", „Czytelnik", 1952.

  2. Fragment przemówienia Gomułki na spotkaniu z dziennikarzami 5 pażdziernika 1957 r.

  3. Arthur Koestler, „Ciemność w południe".

  4. Operacja, jakiej Autorka poddała się w Australii, nie dała wyników. Kalectwo okazało się trwałe.

 

 

 



tagi: maria boniecka 

stanislaw-orda
7 października 2017 00:39
37     1520    8 zaloguj sie by polubić
komentarze:
tadman @stanislaw-orda
7 października 2017 07:54

Powinni to przeczytać kombatanci 68 roku.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @tadman 7 października 2017 07:54
7 października 2017 08:59

najlepiej  całość tekstu ( niestety, w całości byłoby go drugie tyle)

A i tak pominąłem najdłuższe przypisy Autorki (zaznaczone w tekscie jako: przypis ... )

tutaj link:

http://kpbc.umk.pl/dlibra

potem wpisać w wyszukiwarce (okienko): Wiadomości londyńskie, nastepnie otworzyć katalog z adresem Wiadomości, wybrać rocznik, a w danym roczniku numer tygodnika.

PS

Kombatanci '68 wiedzą o tym świetnie, oni po prostu chcieli wymienić ekipę władzy na bardziej skuteczną w budowie socjalizmu. Czyli z sobą w rolach głównych. No i po "pieriestrojce" 1989 r. dopięli swego.

 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @stanislaw-orda
7 października 2017 09:21

Przypomniała mi się stara powieść Putramenta,  Małowierni. Jeśli kto w domu nie usłyszał

.

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Maryla-Sztajer 7 października 2017 09:21
7 października 2017 10:42

ja również nigdy nie zapisałem sie do Partii (pewnie dlatego mam taki sentyment do Autorki). Ale w moim przypadku to juz były daleko inne czasy, po prostu, jako bezpartyjny, nie mogłem zostać kierownikiem czy dyrektorem. Innych retosji to nie pociagało. System okulal i coraz bardziej niedomagał. Rabunkowa gospodarka surowcowa, narzucana kontyngentami dostaw ustalanymi w Moskwie,  docierała do granicy swojej wydolnosci. W drugiej połowie lat 70-tycu ub, wieku (gdy rozpoczynałem pracę zawodową) w socjalizm przestawali wierzyć nawet najbardziej zaufani towrzysze. 
Wystarczało  im cyniczne okradanie nienomenklaturowych niewolników,  nazywanych dla niepoznaki obywatelami. Oczywiście,  brutalne pacyfikowanie w sytuacji, gdy niewolnicy podnosili bunt, było wpisane w logikę władzy uzyskanej terrorem, przemocą, podstępem, kłamstwem i prowokacją, i na dodatek na obcej licencji.

A w latach 80-tych a nawet 90-tych nomenklatura partyjna miała już tylko  jeden cel, dorobić się najbardziej jak się da i zabezpieczyć byt dla swoich dzieci na przyszłość. I to wszelkimi  sposobami.

 

zaloguj się by móc komentować

tadman @stanislaw-orda 7 października 2017 08:59
7 października 2017 11:18

Szło mi o ich łzawe historyjki o wygnaniu. W porównaniu z losem pani Bonieckiej to ich "los" był wyściełanym meblem, tym bardziej, że na "obczyźnie" z reguły urządzali się nienajgorzej, a teraz opowiadają farmazony. Dzieje pani Bonieckiej kompromitują ich "martyrologię". 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @tadman 7 października 2017 11:18
7 października 2017 13:59

Oczywiście. A to dlatego, że Jej losy stanowią dla losów owych kombatantów tak drastyczny kontrapunkt, były, są ipozostaną zamilczane. Jej postawa życiowa to pokerowe "sprawdzam" wobec  taktyki mimikry oraz  blefowania tychże "kombatantów".

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @stanislaw-orda 7 października 2017 10:42
7 października 2017 17:37

Jesteśmy równolatkami. Nigdy nie spotkałam wierzącego w socjalizm działacza.  Zwykli ludzie miewali jakieś złudzenia, jeśli rodziny nie ucierpiały 

.

 

zaloguj się by móc komentować

chlor @stanislaw-orda
7 października 2017 19:35

Nowele Konopnickiej i Sienkiewicza jako oręż w walce o komunizm.

"zestawy nazwisk - ..Kościuszko-Świerczewski, Mickiewicz-Dzierżyński".

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @chlor 7 października 2017 19:35
7 października 2017 20:06

no nie, bo ktoś zdenuncjował, że takie nowele Autorka  czyta rencistom

zaloguj się by móc komentować

chlor @stanislaw-orda
7 października 2017 20:53

Pilch raczej z tych młodszych (1952), ale coś może pamięta (choć pije).

"Wewnętrzna instrukcja partii mówiła jasno: członków partii nie werbujemy, z czego automatycznie wynikało: zwerbowannych nie przyjmujemy do partii - co i tak abstrakcja, nie zdażyło się żeby jakiś zwerbowany o partyjność się ubiegał, ludzie wariowali, ale nie aż tak"

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @chlor 7 października 2017 20:53
7 października 2017 21:19

pamięta, pamięta, ale czy napisze o tym?

To, oczywiście mit, że członków partii nie werbowali.

Członkowie mieli obowiązek donoszenia, bez formalnego podpisywania stosownej zgody.

 

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @stanislaw-orda
7 października 2017 21:30

 "Myślisz że bez tego uda ci się nie być świnią? Pod ziemią Cię znajdą i ześwińtuszą, dziecino. Bo nie masz tu nic do gadania. Niczego nie wydumasz właśni bracia cię ukrzyżują i octem napoją. Partia to moja tarcza i mój miecz, noszę na swoim czole, na swoich dłoniach, na swoim sercu jej charyzmaty, one płoną. Już nie jestem ślepcem błądzącym w ciemnościach, to wy jesteście ślepcami, wy jesteście głusi, wy jesteście niemi. Partia jest światłem, jestem pomazańcem partii, jestem światłem, nie byłem faszystą - byłem świętym Janem, przepasano mnie bym wyśpiewał hymn..."

- pieśń poety... 

Galeria szmat. Z Parnsau. 

Wstrząsające wspomnienia. Sprawa z tym młodym, sympatycznym od ujeżdżania junaka - niejasna dla mnie. Boniecka zgodziła się na ten deal? Ciekawam, kto i za ile załatwił jej paszport. Bo to wygląda na zupełnie konkretny, prywatny, doskonały interes, kręcony na boku /na bazie UB/ przez funków. 

 

zaloguj się by móc komentować

chlor @KOSSOBOR 7 października 2017 21:30
7 października 2017 21:42

Podobnie Szymborska. Jak strasznie chciała isć do partii. Razem z meżem, ale jego nie wzięli bo zwerbowany "i to jak zwerbowany! Tak zwerbowany, że lada chwila sam werbował będzie! Gdzież teraz tak ważnego człowieka do partii! Spali go to, jak nie całkiem, to powaźnie!". Kurcze, w biedronce kupiłem dzienniki Pilcha za 9 zł, to se czytam właśnie.

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @chlor 7 października 2017 21:42
7 października 2017 21:49

Chloru! Bój się Boga! Na Pilcha wydałeś całe 9 zeta???!!! Za to można kupic kawałek niezłego sera włoskiego /np. pecorino/ w biedrze! 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @chlor 7 października 2017 20:53
7 października 2017 21:58

pamięta, pamięta, ale czy napisze o tym?

To, oczywiście mit, że członków partii nie werbowali.

Członkowie mieli obowiązek donoszenia, bez formalnego podpisywania stosownej zgody.

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @KOSSOBOR 7 października 2017 21:30
7 października 2017 22:02

oczywiście, że funki z UB, po zneutralizowaniu "wroga ludu" okradali go z majątku ruchomego i nieruchomego.

A że "wyekspediowali" p. M. Boniecką do Australii, to jakby  "kamień w wodę", same korzyści dla nich.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @KOSSOBOR 7 października 2017 21:49
7 października 2017 22:05

albo niezłe piwo (np. Birra Moretti), ale nie w "biednionce".

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @stanislaw-orda 7 października 2017 22:05
7 października 2017 22:36

Na piwie się nie znam, poza tym, że lubię /jak już/ takie o głębokim, gorzkawym smaku. Może byc z serem dobrym :), ale bez Pilcha. 

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @stanislaw-orda 7 października 2017 22:02
7 października 2017 22:40

Także za inne usłgi załatwiali paszporty - te damskie. 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @KOSSOBOR 7 października 2017 22:36
7 października 2017 22:48

z twórczości pisarzy żyjących (którzy  żyli i tworzyli w okresie  czytania przeze mni prozy literackiej ) czytywałem książki tylko dwóch: Johna Bartha i Josefa Škvorecký'ego (ten ostatni zmarł 5 lat temu). Ale oni zaczynali pisać 50 lat temu lub więcej (Barth). Czyli wytrzymali próbę czasu.

A Pilch?

Wiem, że taki ktoś istnieje. No, ale co on może mieć do powiedzenia, o czym ja  bym nie wiedział?

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @KOSSOBOR 7 października 2017 22:40
7 października 2017 22:53

M. Boniecka to rocznik urodzenia 1910, czyli w 1965 roku miała 55 lat za sobą oraz  wojnę, konspirację (AK),  Powstanie Warszawskie, obóz jeniecki i powojenne przesłuchania na UB.

Czy coś Pani sugeruje?

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @stanislaw-orda 7 października 2017 22:53
8 października 2017 00:33

No skąd! Tylko wiem, że i taka waluta chodziła w tym "biznesie paszportowym ubeckim". I tylko tyle.

Skądinąd męczy mnie pytanie o ewentualną bezbronną samotnośc Bonieckiej - były dzieci, był mąż, co wynika z powyższego jej tekstu. A tu pojawia się jakiś junak O.  i Boniecka jest właśnie bezbronna wobec ubeka. Jak zrozumiałam - nawet mu mieszkanie przepisuje przed tym skopaniem kręgosłupa? Wszystko to jest dla mnie niejasne, zwyczajnie, po ludzku.

zaloguj się by móc komentować

tadman @stanislaw-orda
8 października 2017 07:00

W tamtych czasach względem jednostek  wrogich systemowi stosowano systematyczne kopanie rowów między rodzicem, a dziećmi, między rodziną a otoczeniem. Sposoby były proste: fałszywe oskarżenia, niesłuszne wyroki, psychuszki, szeptana nieprawda, przypinanie łatki wroga systemu i delikwent zostawał sam. Nie za bardzo komuś takiemu można było pomóc bo organa czuwały, a partia stała na straży. Jedyny sposób szukania pomocy to o swojej sytuacji powiedzieć publicznie, a nuż znajdzie się ktoś chętny pomóc z ukrycia, tak że obie strony, czyli pomagający i ten otrzymujący pomoc byli w pewnym względzie bezpieczni, bo węszenie było wybitnie utrudnione.

zaloguj się by móc komentować

tadman @tadman 7 października 2017 07:54
8 października 2017 07:18

Ogłoszono listę zapisów na kombatantów 50 lat później, tj rok 2018.
http://film.onet.pl/wiadomosci/jerzy-stuhr-jest-we-mnie-jakis-niepokoj-o-wnuki/pz6q6c

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @KOSSOBOR 8 października 2017 00:33
8 października 2017 08:55

proszę ewentualnie sobie doczytać

podaję link do strony założonej przez córkę śp. Marii A. Bonieckiej . p.Magdalenę Budzynowską, która żyje i mieszka w Australii :

http://mab.budzynowski.info/polski/ipnhttp://mab.budzynowski.info/polski/ipn

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @tadman 8 października 2017 07:18
8 października 2017 09:00

niezły jest,

a to:

 "Mieszkam na wsi, obserwuję ludzi od 30 lat. To się tliło i nagle doszło do głosu. Mówię o takim zaprzaństwie, o narodzie gnuśnym, nacjonalistycznym i antysemickim. O lenistwie, brudzie, wewnętrznym niechlujstwie, nieposzanowaniu prawa"

 czy to aby nie jest zasługą  J. Stuhra i jemu podobnych. Przeciez to oni narzucali ludziom "narrację" przez ostanie 30 lat.

zaloguj się by móc komentować

tadman @stanislaw-orda 8 października 2017 09:00
8 października 2017 09:07

A sprytny też, bo jeżdżąc po kraju widać, że ludzie nie mogąc robić stabilnych interesów wzięli się za otoczenie i wydają sporo pieniędzy na doprowadzenie obejścia do ładu. Wystarczy rozejrzeć się i owa gnuśność zewnętrzna, brud i lenistwo (copywright by Stuhr) nie mają miejsca, więc trzeba o tych wewnętrznych przymiotach, ale to tylko wybrani widzą.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @tadman 8 października 2017 09:07
8 października 2017 09:59

no, ale ci wybrańcy losu, w tym J. Stuhr, kształtowali gusta i postawy przez ostatnie, nie zeby trzydzieści, ale pewnie z 50 lat. No to pod czyim adresem kieruje on zatem swoje pretensje?

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @stanislaw-orda 8 października 2017 09:59
8 października 2017 10:34

Kiedyś by mnie ciekawiło, czy on i jemu podobni to rozumieją. 

Tadek ma rację, ludzie dbają o swoje, najbliższe,  bo na to mają wpływ. 

Jego może by miotłą zmietli z chodnika. Gdyby wszedł na ich prywatny teren...nie wiem 

.

 

zaloguj się by móc komentować


stanislaw-orda @Maryla-Sztajer 8 października 2017 10:34
8 października 2017 12:50

Przecież własnie nie rozumieją. Któreś już  pokolenie ich pokolenie wyrosłe w prześwioadczeniu, ze niosą "kaganiec oswioaty" tej cioemnej, zabobonnej, religianckiej hołocie. Lepszy sort, który znalazl sie w sytuacji, gdy ktos osmielił się zanegować jego znaczenie i  przydatność. No ta jak mogliby to zrozumieć?

A czy byli ubecy rozumieją, o co  do nich pretensje? Przeciez w pocie czoła bronili ustroju takiego, jaki wówczas był.  
Zaś inni zajmowali się  "racjonalizowaniem" owej rzeczywistości, dostarczaniem jej "ideowego" uzasadnienia i alibi.

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @stanislaw-orda 8 października 2017 12:50
8 października 2017 13:18

Myślę ze oni nami zwyczajnie gardzą i niosą kaganiec. ..raczej świadomie. Mamy milczeć kiedy mówią bo z nas i tak nic nie będzie - w ich mniemaniu. Czyli potrzebny kaganiec.

Przewrotnie. ..mam nadzieję ze istotnie nie damy sobie założyć tego kagańca, ze mają rację...po prostu. 

W oryginale jest oświaty kaganiec. .do rymu z szaniec. Ktoś był szczery;)).

.

 

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Maryla-Sztajer 8 października 2017 13:18
8 października 2017 14:11

Oczywiście, że świadomie.
Przeciez to jest najczęściej spotykana postawa u tzw. elit z czyjegoś  nadania, a mianowicie dorabianie ideologii do faktów.
Czyli obrona włąsnego status quo.

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @stanislaw-orda
8 października 2017 14:43

Na początku tekstu jest zastrzeżenie co do wieku czytelników. Tak jest ze młodszym nic się nie wytłumaczy,  bo dla nich to jest niewiarygodne. Że mogło tak być. Że to serio. 

A mam doświadczenie i z naszym pokoleniem. .koleżanki dopiero gdy wybuchła Solidarność, dowiadywaly się podstawowych rzeczy. Niczego aż tak drastycznego jak my wiemy. . Ale już za daleko zaszły, zbyt mocno im się ukształtowały poglądy. . Tygodnik Powszechny to był szczyt 'opozycjoniści '. A wiemy, co to za pismo. 

Dużo by odpowiadać. ..mocno starsze panie, co już wychowany dzieci w tym swoim światopoglądzie, szepcą mi czego się dowiedziały wlaśnie. 

Przeżyłam takie spotkanie 'po latach '.. zaniemowilam 

.

Nie zdajemy sobie sprawy ze stopnia niewiedzy w naszym pokoleniu. Co dopiero ci co PRL nie doznali 

.

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Maryla-Sztajer 8 października 2017 14:43
8 października 2017 14:59

mlodszych to nie interesuje. Dla nich to epoka, gdy nie było smartfonów, netu, cukru na kartki, wyrobów czekaladopodobnych i kontroli przez sąsoiada zza ściany, czy słucha sie własciwych audycji przez radio to jakies czary-mary, swiat dawno zaginiony, który ich nie ionteresuje.

Tak być musi, i tak być powinnoo. Mlode pokolenie nie powinno nosić takich garbów doswiadczeń i emocji, jakie nosili poprzednicy.

Bo nie w tym rzecz. Teksty takie, jak wspomnienia p. Marii A. Bonieckiej wskazują, że natura ludzka jest nadzwyczaj elastyczna, że większosc ludzi, a już zwlaszcza  z cenzusem ponadprzecietnego wyksztalcenia,  posiada łatwość ( i giętkość)  w racjonalizowaniu dowolnej opresji i tworzenia alibi dla nikczemnosci. Że etyka sytuacyjna dominuje w ludzkich postawach. Dla mnie najciekawsze są uzasadnienia swojej postawy ze strony owych ozdabiaczy, ornamentatorów i sztukatorów rzeczywistosci, ich cynicznego dopasowywania sie do doraźności.  Kazdy, kto chciał sie odróżnić (być sobą) , był wrogiem, bo kwestionował ich wybory, niejako stanowił lustro w którym mogli ogladac wlasne zaklamanie.

Dlatego woleli albo stłuc takie lustro, albo wyekspediować go jak nadalej sie da. Zeby nie odczuwać dyskomfortu i wyrzytów sumienia. Gdy wokół zostali juz tylko ci  złajdaczeni, wtedy dyskomfort niknie.

To ponadczasowe i ponadustrojowe.

To oznacza takze, że brane serio zasady chrześcijańskie, patriotyzm, docenienie wysiłku poprzedników, którzu oddawali zycie za cos takiego jak wiara i ojczyzna,  dotyczą wciąż zdecydowanej mniejszości, a dla większosci to tylko cienka powierzchowna politura, którą mozna zeskrobać przy byle okazji.

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @stanislaw-orda 8 października 2017 14:59
8 października 2017 15:12

To jest ponadczasowe, tak.

Zawsze ludzie uczą się 'przez uczestnictwo '. Historia najwyraźniej nie uczy. Przerasta wyobraźnię. 

Tak więc pozostajemy we własnym gronie. ..odchodząc 

.

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Maryla-Sztajer 8 października 2017 15:12
8 października 2017 15:59

Bo liczy się naprawdę jedynie   wierność  zasadom (wskazanym przez Boga, a zwłaszcza : nie bedziesz miał innych bogów przede Mną: ).

Czyli  wybory życiowe podjęte przez  innych ludzi nie stanowią dla nikogo żadnego  alibi. 

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować