Nieproszony gość z wizytą u Stalina (cz. 1)
Kolejny raz prezentuję cudzy tekst. Jest to fabularyzowane wspomnienie jednego z rosyjskich piarzy dysydentów, którego publikacje zamieściłem kilkakrotnie na tym blogu. (linki na końcu). Wspomnienie jest dosyć długie, zatem wykonałem przekład na język polskije ze sporymi skrótami. Pominałem głownie ozdobniki w rodzaju "rozgwieżdzone niebo", "oszronione gałęzie świerków", czy też szczegóły "bogactwa roślin ogrodowych", itp. Przekład nie jest dosłownym tłumaczeniem, gdyż odniesienia oczywiste dla czytelnika, który znał z autopsji zarówno realia życia w Związku Sowieckim lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ub. stulecia, jak też nazwiska ówczesnych ważnych postaci tegoż życia (zwłaszcza literackiego czy politycznego) byłyby dla dzisiejszego czytelnika w Polsce, , mało zrozumiałe (delikatnie określając). A mamy do dyspozycji ledwie dwa warianty tłumaczenia tekstu obcojęzycznego, którymi są próba umieszczenia czytelnika w świecie tekstu lub próba umieszczenia tekstu w świecie tegoż czytelnika. Obydwa posiadają tak wady jak i zalety, zaś nie istnieje opcja mająca wyłacznie zalety. Wybrałem zatem, wg subiektywnego rozeznania, „mniejsze zło”, a więc w tej notce znalazły się fragmenty, które nie zostały przetłumaczone „dosłownie”, gdyż w takim wypadku albo straciłyby sens, albo wypaczyłyby intencję zawartą w tekście oryginalnym.
Tyle wyjaśnień, pora na prezentację.
Tekst oryginalny w dosłownym przekładzie ma tytuł „Bez zaproszenia w gościach u Stalina” (В гостях у Сталина без его приглашения). Na mój gust brzmi to w jęz. polskim zbyt koślawo, dlatego tytuł notki zmieniłem wg własnego upodobania. Autorem jest Jurij Ilicz Drużnikow (1933 - 2008), zaś tekst powstał w tzw. samizdacie, został zas opublikowany w 1988 r. „na Zachodzie” po dotarciu tam samizdatowej kopii mikrofilmowej wraz z jej autorem, który wyemigrował na Zachód w 1987 r.
Od siebie dopisałem uzupełnienia w nawiasach kwadratowych […], jak również
dodałem kilka linków.
******************
Na początku 1953 r. pewien moskiewski pisarz (mniejsza o jego nazwisko), w tamtym czasie młody i energiczny, jak też odnoszący już spore sukcesy, ukończył pewien poemat. Jego bohaterem jest chłopiec, bardzo wzruszająco przedstawiony, który idzie z paczką na Plac Czerwony, prosto do Wieży Spasskiej. Aby nie mieć podejrzeń odnośnie dwuznacznych intencji chłopca, od razu wypada uprzedzić, że chciał podarować prezent Stalinowi i w ten sposób wyrazić miłość milionów dzieci. Przy czym określenie „milionów" jest politycznie zupełnie nietrafne. Powinno bowiem być „wszystkich". Tym niemniej, stojący przy bramie „wujkowie” nie przepuścili chłopca. I tak ogólnie wiadomo, że Stalin, bardziej niż ktokolwiek inny, kocha dzieci. Ale teraz wejście doń jest wykluczone. Wujkowie wodzili wzrokiem po niebie nad murem Kremla i pokazywali chłopcu: widzisz hen wysoko to światło w oknie? Tam, w dzień i noc, on czuwa za państwowym sterem. Pisze. A kiedy nie pisze, myśli. „Na Kremlu myśli o nas wszystkich". Myśli o losie ludzkości. I o tobie, chłopcze, także. Zatem zostaw u nas swój prezent. Przekażemy, gdy tylko towarzysz Stalin wyjdzie na chwilę do Mauzoleum, by naradzić się z dziadkiem Leninem. Napisałeś swoje imię? No to zuch jesteś, a teraz zmykaj szybko do domu.
I wtedy chłopcu wyrastają anielskie skrzydła i odlatuje szczęśliwy. Albo też nic mu nie wyrasta. Po prostu, spełniwszy swój pionierski obowiązek, bohater wiersza odchodzi na własnych nogach. A mędrzec na Kremlu, przerwawszy na moment swoją ciężką pracę sternika państwowej nawy, podchodzi do okna i mrużąc oczy od słońca, odprowadza chłopca ciepłym spojrzeniem. Oto w jaki sposób hipnotyzują stereotypy.
Tekst wiersza nie bywał w stu procentach zawsze jednakowy, toteż mógłby być na przykład taki:
Сталин часто курит трубку,
А кисета*, может, нет.
Я сошью ему на память
Замечательный кисет
*) кисет; kiset - woreczk na tytoń
Stalin często pali fajkę,
Ale może nie ma woreczka
więc uszyję mu na pamiątkę
najcudowniejszy z woreczków
W latach wojny jedna dziewczynka w mojej klasie, recytując ten wiersz, wyszeptała „gorset" zamiast "kiset", zaś inny uczeń dopowiedział: „kastet!". Nie wiem gdzie są dzisiaj te dzieci. W domu zacząłem też tak mówić, więc rodzice bardzo się bali, ale nie powiedzieli mi dlaczego. A gdy dorosłem, sam się dowiedziałem.
W szkole nauczyciel zadał nam pracę domową: wykonać woreczek na tytoń dla towarzysza Stalina. I ja oczywiście to zrobiłem. Co więcej, kupowałem tytoń, bo sprzedawali go dzieciom bez żadnych problemów. W końcu wykazałem się inicjatywą i poprosiłem babcię, żeby pojechała na Kreml i oddała mój woreczek. Nie przyszło mi do głowy, że dzieci w całym kraju szyły woreczki dla towarzysza Stalina. Teraz dopiero rozumiem, dlaczego Stalin musiał umrzeć. Skoro miał miliony woreczków z tytoniem, więc przez nie dostał udaru. Tak więc to my, dzieci sowieckie, uśmierciliśmy go. Ale, po prawdzie, moja babcia nigdy nie pojechała na Kreml.
Co do semantyki cytowanej wyżej parafrazy o kiczu, to , oczywiście, nie sposób zepsuć kaszy tłuszczem. W ogólnej formie kwestia została dawno temu spopularyzowana w wywodzącej się z subkultury piosence „Mamo, kocham Stalina".
[trawestacja popularnej piosenki odessyńskiego półświatka „Mama, ja żulika lublju”]
https://www.youtube.com/watch?v=FZQgL_KiNr4
A zatem wszyscy mieli go kochać. I wielu go kochało, a niektórzy nawet jeszcze dzisiaj. I jak domyśla się uważny czytelnik tu wcale nie chodzi o miłość, ani nie o poezję.
(W latach siedemdziesiątych ub. wieku profesor Richard Sylvester z Colgate University udostępnił mi projekt studium o Stalinie jako bohaterze radzieckiej poezji. Ale nie jestem pewien, czy go opublikował).
[Richard “Dick” Sylvester (1933-2020)] https://www.burgessandtedescofuneralhomes.com/obituaries/Richard-D-Sylvester?obId=28876979
Colgate University (Hamilton, NY); założyciel: William Colgate (1783- 1857); ]
https://en.wikipedia.org/wiki/William_Colgate
Zbadano częstotliwość wychwalania Stalina w radzieckiej prasie w latach 30. i 40. ubiegłego wieku. Jest znana lista wszystkich epitetów, którymi go etykietowano, takich np. jak "Wielki sternik" lub "Najlepszy przyjaciel kobiet sowieckich”. Dlatego
chyba warto spróbować odpowiedzieć na pytanie, dlaczego bohaterowie wierszy decydowali się, by jechać na Kreml?
Ale czy Stalin naprawdę tam właśnie mieszkał i czy z tego miejsca rządził krajem? Jak wszyscy ludzie sowieccy, musiał zostać gdzieś zameldowany. A tylko formalnie Kreml był dlań takim miejscem. Oczy postępowej (oraz niepostępowej) ludzkości wpatrzone były w moskiewski adres, podczas gdy on, podobnie jak wielu innych komunistycznych dygnitarzy, mieszkał w zupełnie innym miejscu, w którym, rzecz jasna, nie musiał być zarejestrowany. Za życia Stalina prawdziwe miejsce stanowiło strzeżoną tajemnicę o strategicznym znaczeniu, znaną poza szefami służb specjalnych, bardzo ograniczonej liczbie osób. Znakomita większość z tych, których spotykał w interesach lub w innych sprawach, była przywożona na Kreml, gdzie okazjonalnie bywał. Natomiast do faktycznego miejsca jego stałego zamieszkania zaproszeni i zaufani goście, zwłaszcza komuniści przybywający z zagranicy, byli przewożeni samochodami z zasłoniętymi oknami. Eskorta informowała ich, że zostaną zawiezieni na Kreml. To była gra serio, na tyle poważnie zainscenizowana, iż jeszcze wiele lat później, ten oficjalny mit państwowy był traktowany, nawet przez uznanych historyków, jako źródło wiarygodnej informacji. Np. skrupulatnie dokładny Robert Conquest w swojej książce "The Great Terror" (pierwsze wydanie z 1968 r.) napisał, że Stalin mieszkał w „skromnym mieszkaniu w Kremlu”.
Otóż w 1934 r. sekretarz generalny opuścił Kreml przenosząc się na ówczesne przedmieścia Moskwy. Oczywiście, jego służbowe mieszkanie w Kremlu pozostawało do dyspozycji. Stale obawiający się zamachu, do ostatniej chwili nie powiadamiał nikogo o tym, że w danym dniu wraca do swojej podmoskiewskiej rezydencji, w tym nawet osobistego sekretarza A. N. Poskriobyszewa, ani szefa swojej ochrony, generała N. S. Własika.
[Aleksander Nikołajewicz Poskriobyszew (1891 – 1965); generał-major. Rosjanin. Osobisty sekretarz Stalina i szef jego sekretariatu; Miejsce urodzenia: wieś Uspienskoje, obwód Kirowski, ok. 850 km na płn. wsch. od Moskwy;
Nikołaj Sidorowicz Własik (1896-1967); generał- lejtnant. Szef ochrony Stalina w latach 1931-`1952; Białorusin, ur. we wsi Babinicze, powiat słonimski, województwo grodzieńskie]
Stalin wyjeżdżał do Kuncewa prawie codziennie. Przez pewien czas podmoskiewska rezydencja była miejscem mniej oficjalnych spotkań, zaś do tych oficjalnych służył Kreml, zwłaszcza dla ważnych polityków-obcokrajowców. Potem nadszedł czas, kiedy Stalin przestał często podróżować, zaś w miarę jak się starzał, coraz rzadziej opuszczał rezydencję. Zaniechał nawet wyjazdów do Mauzoleum w celach konsultacji z Leninem.
[Kuncewo – miejscowość na zachód od Moskwy, włączona w 1960 r. do stołecznej aglomeracji]
W oficjalnych dokumentach określano to miejsce jako „obiekt podmiejski nr 1", a w rozmowach telefonicznych, które mogły być podsłuchiwane przez „wrogów ludu”, w żargonie strażników, kumpli jak i samego Wodza, było nazywana "Bliska", w przeciwieństwie do bardziej odległych rezydencji (dacz). A dokładniej, „Bliska” znajdowała się w starej wiosce o nazwie Wołyńska, której obszar wchodził w rejon Kuncewa. Wg plotek wypuszczanych z Kremla wybudowano do tego miejsca tunel dla pojazdów specjalnych ( w innej wersji tajną linię metra). Podobno Stalin tylko jeden jedyny raz przejechał tym tunelem, bo wolał kluczyć po Arbacie i szosie mińskiej, zanim skręcił w las na prywatną drogę.
Dowiedziałem się sporo o daczy w Kuncewie, gdy tam dotarłem, czyli kiedy pojechałem z wizytą do Stalina. Co prawda jej właściciel zmarł osiem miesięcy wcześniej, ja natomiast znalazłem się tam pod koniec 1953 r. Pomimo młodzieńczej dezynwoltury doznałem szoku na tyle silnego, że szczegóły wizyty utkwiły mi w pamięci na zawsze.
Rezydencja w Kuncewo została dopiero później opisana przez córkę Stalina, Swietłanę Josifownę Alliłujewą w książce zatytułowanej „Listy do przyjaciela". Warto porównać relację Autorki z tym, co widziałem na własne oczy. Alliłujewa twierdzi, że po raz ostatni była w tej rezydencji w dniu śmierci Stalina. Natomiast szczegóły, o których nie wspomniała, wydają się ważne oraz interesujące.
Byłem wtedy studentem trzeciego roku na Wydziale Historyczno-Filologicznym Moskiewskiego Instytutu Pedagogicznego. Teraz w Ameryce i na innych kontynentach jest wielu absolwentów tego instytutu, że z łatwością udałoby się im zorganizować wieczorne spotkanie. Odpowiedzialną za wydarzenia kulturalne w grupie studenckiej była szczupła blondynka Nina. Zawsze głodna, wielu przełykało ślinę, gdy podczas przerwy wyjmowała ze swojej małej zielonej walizki kanapkę z czerwoną lub białą rybą, a zimą owoce cytrusowe. Jeszcze osiem lat po wojnie większość członków grupy studenckiej nigdy nie jadło tak obfitego posiłku. Plotka głosiła, że ojciec Niny był szefem departamentu ekonomicznego na Kremlu.
Pod koniec listopada 1953 r. Nina podeszła do mnie podczas przerwy między wykładami i szeptem zapytała: - Chcesz być na liście tych, którzy chcą odwiedzić dom Stalina? Wybałuszyłem oczy.
- Najpewniej to się nie uda – szybko dodała – ale jest szansa. Żadnych pytań! Masz to zachować w tajemnicy i nosić stale przy sobie paszport.
To była dziwna epoka. Osiem miesięcy wcześniej opłakaliśmy Stalina. Przywódcy zwarli szeregi w obawie, że sami znikną, a nadmiernie ambitny Beria został na wszelki wypadek prewencyjnie odstrzelony. Na szczytach władzy doszło do tajemniczych wstrząsów. Kapustniki, które robiliśmy z kolegami grupy, stały się weselsze i bardziej odważne.
[Kapustnik to rosyjska tradycja świętowania. Przeważnie wykonuje się w jej trakcie składanki znanych piosenek, w których wszystkie teksty zostały zmienione ku czci gości honorowych]
W instytucie wzrósł wyraźnie odsetek osób z "piątym punktem".
[„piąty punkt /piąty paragraf”; w Związku Sowieckim obowiązkowy zapis o narodowości obywatela w dokumentach i wykazach organów paszportowych]
Ucichły pochwały pod adresem „największego spośród wielkich”, choć podczas wykładów nadal obficie cytowano obie jego broszury – z zakresu językoznawstwa i ekonomii. Ale nie padało ani jedno słowo o nadużyciach Stalina. Wiele rzeczy nadal odbierano tak samo jak wcześniej, choć Konstanty Simonow wspominał, że zadzwoniono do niego z Komitetu Centralnego z zapytaniem: „Kto wam pozwolił pisać, że Stalin będzie żył wiecznie?”. Najwyraźniej najwyższe bóstwo utraciło dotychczasowy status, zostając zdegradowane do panteonu półbogów. Ale wizyta w domu, w którym mieszkał bodaj półbóg, wciąż wydawała się zupełnie nierealna.
Po kilku dniach Nina, poinformowała nas – znów w tajemnicy – że wycieczka została zorganizowana i zabiorą nas do „właśnie otwartego, zamkniętego muzeum”. Terminologia nie budziła zdziwienia, podobnie jak sama istota sprawy. Oczywiście, po śmierci Stalina otwiera się muzeum. Są przecież muzea innych wielkich ludzi. Ale nie można o tym ogłaszać: tłum zacznie się przepychać, jak na pogrzebie. No i oczywisty jest wymóg: „Paszporty! Najważniejsze, żeby wszyscy mieli przy sobie paszporty!” Wszędzie czyhają wrogowie.
Do skweru przy instytucie podjechał niewielki autobus. Kierowca sprawdził bilet i przeliczył palcem pasażerów. Było takich dwunastu. Okna zasłonięte były białymi zasłonkami. Z szosy mińskiej skręciliśmy w lewo za Górę Pokłonną i od razu wjechaliśmy do gęstego lasu.
[Pokłonna Góra - wzniesienie o wysokości 170 m npm. w zachodniej części Moskwy, a nazwa pochodzi z czasów, gdy znajdowało się poza miejskimi granicami. Podróżni, którzy tu dotarli, mogli podziwiać panoramę miasta oraz złożyć mu pokłon]
Można było dojrzeć jedynie milicjantów spacerujących wzdłuż poboczy i śledzących nas uważnymi spojrzeniami. W autobusie nikt nie żartował ani się nie śmiał. Milczeliśmy uroczyście, jakbyśmy byli na pogrzebie. Nagle wszystko rozjaśniło się światłem reflektorów, a kierowca zahamował. Otoczyli nas oficerowie w mundurach funkcjonariuszy bezpieczeństwa państwowego (MGB) i zaczęli nas przeliczać.
[MGB - Ministerstwo Gosudarstwiennoj Biezopasnosti; poprzednik KGB]
Gdy dali sygnał, że wszystko się zgadza, otworzyła się brama i autobus ruszył dalej.
Teren wewnątrz otaczało ogrodzenie o wysokości pięciu metrów, a trochę dalej było kolejne z drutu kolczastego. Wzdłuż ogrodzenia biegła wąska asfaltowa ścieżka, oświetlona latarniami pod czarnymi kloszami. Zupełnie jakby w strefie łagrowej. Znowu kilka osób w mundurach otoczyło autobus. Dwóch z nich pozbierało paszporty, patrząc każdemu w twarz i sprawdzając je z listą. Kontrolerzy udali się do pomieszczenia służbowego, a do autobusu weszło dwóch młodych mężczyzn w cywilnych ubraniach, którzy z obojętnymi minami zajęli miejsca na tylnej kanapie. Czekamy i milczymy. Po chwili weszła kobieta w średnim wieku, powiedzmy, że surowo piękna. Przywitała się i poinformowała o regułach obowiązujących gości:
– Nie wolno pozostawać ani o krok w tyle, nie wolno robić zdjęć, nie wolno nagrywać, nie wolno rozmawiać między sobą. Wychodząc z autobusu, nie wolno zabierać ze sobą żadnych toreb, paczek ani książek. Nie wolno palić. Mężczyźni muszą zostawić czapki na siedzeniach.
Obserweuje czy wszyscy słuchają, po czym kiwa głową kierowcy, że może ruszać. Kobieta zmienia ton głosu na typowy dla przewodnika.
– Znajdujecie się na terenie, na którym stoi dom, w którym mieszkał, pracował i zmarł genialny przywódca całej postępowej ludzkości, Józef Wissarionowicz Stalin. Kiedy towarzysz Stalin wybrał działkę w Kuncewie, było tu pustkowie. Las, przez który jedziemy, został zasadzony na jego polecenie.
Stwierdzenie to wydawało mi się nieprawdopodobne: autobus jechał przez jakieś dziesięć minut po wąskiej, asfaltowej drodze przez las, w którym gęsto rosły wiekowe sosny i świerki.
Dużo później dowiedziałem się, że przeprowadzono czystkę w całym okręgu, wysiedlając z okolicznych wsi niektóre grupy ludności. W samolocie lecącym do Ameryki wraz z moimi znajomymi podróżowała starsza, cicha kobieta. Okazało się, że na początku lat trzydziestych mieszkała we wsi Dawydkowo sąsiadującej z Wołyńskiem. Przyjechali w nocy, dali rodzinie pół godziny na spakowanie się, pomogli załadować się i wywieźli do obwodu kalinińskiego. Swoje wysiedlenie skomentowała, że może obawiali się ostrzału z jej wsi.
Autobus jechał powoli, przewodniczka zaś kontynuowała:
– Tutaj wykopano wąwozy, usypano pagórki, a wszystko to z osobistego polecenia towarzysza Stalina, który bardzo kochał przyrodę. Widzicie te ścieżki w lesie? Kiedy padał śnieg, wydeptywano je, żeby mógł spacerować po lesie.
Od czasu do czasu w lesie widoczne były latarnie oświetlające ścieżki oraz wystające ze śniegu krany do nawadniania. Niedawno spadł śnieg, a w lesie rzeczywiście były już wydeptane ścieżki. Dla kogo? Przecież miłośnik leśnych spacerów zmarł jeszcze wiosną, może więc zapomniano odwołać rozkaz dla „deptaczy”?
Zajechaliśmy przed dwupiętrowy budynek z przeszklonym tarasem i odśnieżonym placem przed wejściem. Kazano nam wysiąść i stać w miejscu. Kolejny raz przeliczono naszą grupę, po czym autobus odjechał. Przewodnik wyjaśnił, iż budynek ten został zaprojektowany przez architekta Mirona Mierżanowa i zbudowany w latach 1933-1934, zgodnie z wytycznymi Stalina.
[Miron Iwanowicz Mierżanow /Migran Oganesowicz Mierżanjanc (1895-1975); Ormianin]
M. Mierżanow budował dla Stalina dacze również w innych rejonach, m.in. na Kaukazie i na Krymie. W pobliżu Moskwy Stalin wybrał sobie bogatą posiadłość w głębi lasu, w okolicy stacji Usowo, i mieszkał tam letnią porą od 1919 do 1932 r. Posiadłość z pałacem w stylu gotyckim nazywała się Zubałowo i poprzednio należała do przemysłowca naftowego Zubałowa.
[Lew Konstantinowicz Zubałow/Lewan-Józef Zubałaszwili (1853-1914); Ormianin ur. w Tyflisie (Tbilisi)]
Według relacji córki do podjęcia decyzji o opuszczeniu Kremla skłoniło Stalina samobójstwo żony (8 listopada 1932 r.). Ale zapewne powodem była również chęć odseparowania się od pozostałych przywódców partyjnych. Wszyscy oni mieszkali na terenie Kremla, dlatego Stalin pragnął mieć swój własny Kreml, więcpolecił go zbudować. W ramach „wdzięczności” architekta Mierżanowa zesłano do łagru na 17 lat, skąd cudem wyszedł żywy.
Na prawo od wejścia znajdują się niewielkie, ukryte drzwiczki. Przewodniczka wyjaśnia, iż towarzysz Stalin nie lubił oficjalnego rezydencjalnego wejścia, toteż samochód podjeżdżał tuż pod te drzwiczki, a on w nich znikał.
Spoglądamy w górę, na drugie piętro. W pierwotnej wersji budynek nie miał drugiego piętra, a na dachu znajdowało się solarium. Alliłujewa napisała w swoich wspomnieniach, że drugie piętro dobudowano w 1948 r. Pozostawało niewykorzystane, za wyjątkiem jednorazowego przyjęcia chińskiej delegacji. Przewodniczka wyjaśniła to inaczej:
– Nadbudówkę nakazano szybko wykonać w czasie wojny. Mieszkali w niej przedstawiciele sztabu generalnego.
Jest to mocno wątpliwe. Być może zostawali tam na noc, ale oczywiście w bunkrze, w czasie gdy Niemcy podchodzili do bram Moskwy. I to tam podejmowali decyzje rozstrzygające o losach kraju, a później, gdy udało się pokonać Hitlera, również reszty Europy. Kto zdoła rozstrzygnąć, które z nich były wyłącznie Stalina, a które zrodziły się w głowach służących mu generałów?
Dom oddziela od brzozowego zagajnika zagłębienie terenu przypominające szeroki rów, po dnie którego płynie strumień. Nad rowem rozciąga się most z grubymi balustradami. Wzgórze, na którym wzniesiono daczę, otoczono gigantycznym rowem, przerzucając nad nim dwa mosty. Rowy zostały wypełnione wodą spływającą z pobliskiej rzeczki, oczywiście również starannie strzeżonej od źródeł aż daleko poza teren rezydencji.
[Rzeka Setuń, dł. 38 km, prawy dopływ rzeki Moskwa]
Po minięciu brzozowego zagajnika, dochodzimy do szklarni. Szklane ściany i dachy lśnią jasnym blaskiem. W środku na gałęziach wiszą kiście winogron. Winogrona uprawiano zgodnie z osobistymi wskazówkami, a wina produkowano zgodnie z zaleceniami właściciela. W tej dziedzinie był on prawdziwym specjalistą.
Przewodniczka uroczyście wyjaśniała:
- Najlepsi agronomowie i wysoko wykwalifikowani ogrodnicy pracują tu nad realizacją agronomicznych idei Michurina i Łysenki, zatwierdzonych przez towarzysza Stalina.
Bez wątpienia byli to nie tylko wysoko wykwalifikowani specjaliści, ale także osoby piastujące określone stanowiska. Kto jeszcze mógłby przebywać tu na stałe, w obrębie dwóch pierścieni ochrony – gruzińskiego i rosyjskiego, których przedstawiciele nie posługiwali się wspólnym językiem? Komu innemu powierzono by uprawę warzyw i owoców? Przecież przewodniczka wyjaśniła, że Stalin lubił spożywać świeże warzywa ze swojego ogrodu i wydawał wskazówki, jak je prawidłowo uprawiać.
Od czasu do czasu nasza grupa zatrzymuje się. W końcu to rok 1953. Tu nie ma już innego świata za ogrodzeniem. Żywa przyroda, stworzona sztucznie, jest piękna, ale pozostaje tylko imitacją. Życie zatrzymało się tu w marcu. Czas umarł wraz z właścicielem posiadłości. Ani ptaków, ani wiewiórek na drzewach. Bezludna wyspa. Ale nie można wejść ani wyjść bez przewodników, którzy idą tuż krok w krok. Czuję się jak mieszkaniec obcej planety, choć przeciez niedaleko znajduje się Moskwa.
Nagle ze zdziwieniem stwierdzamy, że nie jesteśmy sami. Naprzeciwko nas idzie inna grupa, która już opuszczała „muzeum”. Na jej czele idzie przewodniczka – wierna kopia naszej. Z tyłu dwaj bracia bliźniacy. Pomiędzy nimi grupa pisarzy. Rozpoznaję kilku, w tym siostrę Władimira Majakowskiego, a obok niej autora wiersza o chłopcu, który wybrał się z prezentem na Kreml.
Gdy podeszliśmy do „muzeum”, MGB-ista otwiera nam drzwi wejściowe. Przewodniczka wchodzi pierwsza, a na końcu, za nami, dwóch w cywilnych ubraniach. Słyszymy polecenie:
– Zdejmijcie płaszcze, powieście je na wieszaki. Do butów przywiążcie kapcie...
Po lewej, na wprost i po prawej znajdują się drzwi do pokojów. Pomiędzy drzwiami znajduje się winda. Obok łazienka i toaleta. Na panelu windy są cztery przyciski. A więc jeszcze jedno piętro w górę i dwa piętra w dół. Tam znajduje się bunkier, tam albo gdzieś indziej, również pod ziemią, rządowe centrum łączności. W książce Alliłujewej nie ma żadnej wzmianki o bunkrze, w którym Stalin spędził miesiące wojny.
Przewodniczka oznajmia, że „na górze” znajduje się teraz sala kinowa. O „na dole” nie wspomina. Oczywiście, nikt o to nie pyta. Dowiadujemy sie, że lubił westerny i filmy Chaplina, które oglądał nocami. Ale najbardziej lubił filmy o sobie samym, które dziś można by zebrać w folder zatytułowany np. „Pojawienie się Stalina przed ludem”. Mity na jego temat tworzono pod jego stałą osobistą kontrolą.
Wprowadzono nas do pokoju o powierzchni około dwudziestu metrów, prawie pozbawionego mebli, jeśli nie liczyć dużego owalnego stołu pośrodku i kanapy.
Przewodniczka wyjaśniła, iż na stole pozostały gazety z pierwszych dni marca.
- Rano przynoszono tu pocztę, a on sam ją przeglądał. Widzą Państwo listy robotników wyrażające bezgraniczne oddanie dla swojego przywódcy i nauczyciela. Tych gazet i listów towarzysz Stalin nie zdążył przeczytać...
No cóż, oczywiście listów o miłości. O gotowości oddania za niego życia. Natomiast listy pełne błagań i smutku płynęły inną rzeką. Do tej siedziby wpadał jedynie czysty ich strumyczek.
Wchodzimy do tak zwanej jadalni. W Moskwie w tamtych czasach były lepsze, ładniejsze,
– u akademików, artystów ludowych, laureatów nagród stalinowskich. Sam wręczający im nagrody mieszkał skromnie. Tutaj kredens z jasnego drewna, niedrogi. W nim zwykła zastawa stołowa. Pośrodku, pod pomarańczowym abażurem z tkaniny z frędzlami, stoi stół. Kanapa z okrągłymi poduszkami i wysokim oparciem. Moda lat trzydziestych. Na stole wazon z jabłkami. Na kredensie otwarta butelka „Borjomi” i szklanka. Niezbyt duża lodówka, jedna z pierwszych sowieckich. Niska szafka na książki. Za szklanymi drzwiczkami leżą dzieła, oczywiście Marks, Engels i Lenin. Dla przykładu książki otwarto na stronicach, gdzie widoczne są podkreślenia kolorowymi ołówkami cytatów, których wszyscy uczyli się w szkole. Czyżby sam je podkreślał? A może podkreślono je „dla muzeum”?
– Tutaj jadł obiad – wyjaśnia przewodniczka.
W rzeczywistości, jak się później okaże, najczęściej wcale nie tutaj. Nawiasem mówiąc, kuchnia nie znajduje się w budynku. Długie, zadaszone przejście łączyło dom ze skrzydłem gospodarczym. Znajdowała się tam kuchnia i jadalnia dla służby: szoferów, ochroniarzy, kelnerki, ogrodników, kucharzy, generałów ochrony oraz komendantów posiadłości. Właściciel nie lubił zapachów kuchennych. Czy przypominały mu one dzieciństwo spędzone z matką-kucharką, o którym nie chciał wspominać?
– W daczy panowała zasada, że kelnerka, która przynosiła posiłki, najpierw próbowała każde danie...
Przewodnik nagle to wypowiada, nie wyjaśniając nic więcej, i od razu prowadzi do sali, która zupełnie nie pasuje do tego niewielkiego mieszkania. Skromność gospodarza jest mocno przesadzona. Sala bowiem ma trzydzieści metrów długości. Owalny przeciwległy koniec, podobnie jak w magnackich rezydencjach z minionych stuleci. Dolna część ścian, sięgająca półtora metra od podłogi, jest brązowa i wykończona brzozą karelską, co nadaje pomieszczeniu dość urzędowy wygląd. Pod oknami znajdują się grzejniki elektryczne, zakryte kratkami z tej samej brzozy. W przestrzeniach między oknami wiszą portrety. Są to członkowie Biura Politycznego: Malenkow, Bułganin, Kaganowicz, Mikojan, Woroszyłow, Mołotow, Chruszczow.
Później, w swoich wspomnieniach, Chruszczow napisze, że sala ta nazywała się „dużą jadalnią”. Na środku sali, przez całą jej długość, stoi stół. Jego blat pokryty jest bilardowym, ciemnozielonym suknem. Wokół niego starannie ustawiono twarde fotele z jasnego drewna. Wzdłuż ścian stoją takie same fotele. Na podłodze leżał ogromny dywan zajmujący całą salę – wydaje się, że była to jedyna naprawdę cenna rzecz w tym pomieszczeniu.
Przewodniczka uroczyście oświadcza:
– Znajdujemy się w pomieszczeniu, w którym odbywały się posiedzenia Biura Politycznego. Towarzysz Stalin lubił, gdy każdy z obecnych siedział przy stole dokładnie pod swoim portretem.
Wtedy nic nas, dwudziestolatków, nie wprawiało w zakłopotanie. Teraz czytam swój stary zapis i zatrzymuję wzrok. Cóż to za domowe zebrania przywódców? Kim oni są, konspiratorami? A może sekretarzowi generalnemu nie chciało się jechać do pracy? A ten rytuał „pod portretem”?
W przeciwieństwie do późniejszych, zdegenerowanych pokoleń Biura Politycznego, wtedy znaliśmy ich nie tylko z imienia, ale i z twarzy. Stalin za życia nie odsunął Berii. Ale na ścianie nie było portretu Berii. Czyli go później usunięto – to jedyne, co wtedy przyszło mi do głowy.
Przewodniczka oparła dłoń na oparciu odsuniętego, twardego fotela z podłokietnikami. Miejsce to znajdowało się z boku, przy rogu, a nie na czele stołu. Na zielonym suknie leżą starannie naostrzone, nieużywane ołówki – zwykłe i kolorowe – oraz plik czystych kartek papieru. Obok popielniczki fajka. Wiadomo, że przestał palić na kilka miesięcy przed śmiercią. Ale fajka tam leży.
– Towarzysz Stalin lubił siedzieć przy tym stole sam i pracować.
Nieco bardziej na lewo leży książka – nietrudno rozpoznać tom z dzieł zebranych Lenina. Na otwartej stronie zaznaczono czerwonym ołówkiem kilka wierszy, a na marginesie napisano coś drobnym pismem. Później jeden z hagiografów Stalina napisał: „Pisał tanim szkolnym piórem ze stalówką, maczając je w kałamarzu z zabezpieczeniem przed rozlaniem”.
Za krzesłem, przy ścianie, stała szafka, w której przechowywał swoje dokumenty, koperty z pensją (której nie wydawał) oraz leki, które przyjmował według własnego uznania. Na przykład dodawał jod do wody i pił. Lekarze nie mogli go leczyć nie tylko dlatego, że byli przenoszeni z miejsca na miejsce, ale także dlatego, że to tylko on, podobnie jak we wszystkich innych dziedzinach, mógł wydawać wytyczne dotyczące medycyny, a nie lekarze jemu .
Na ścianie wisi chiński haft – duży, jaskrawy tygrys, a do tego tanie reprodukcje: portrety Gorkiego i Szołochowa oraz obraz Repina „Zaporożcy piszą list do sułtana”.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Pismo_Kozak%C3%B3w_zaporoskich_do_su%C5%82tana_Mehmeda_IV
Obok wisi kilka dużych zdjęć dzieci. Przewodniczka komentuje:
– Towarzyszowi Stalinowi spodobały się te zdjęcia radzieckich dzieci w „Ogonioku”, i poprosił
o ich powiększenie. ["Ogoniok"; tj. Płomyk]
Wyczytałem u Alliłujewej, że spośród ośmiorga własnych wnuków pięciorga nawet nie chciał zobaczyć, i trudno wyjaśnić, jak pogodzić te dwa fakty. Albo kochał dzieci tylko na obrazkach, albo za jego życia nie było tu żadnych zdjęć dzieci. Obok jego fotela, odsuniętego od ściany, stoi mały stolik. Na nim dwa telefony, biały i czarny. Dwa krzesła. To niższe – z przyciętymi nóżkami.
Chcąc nie chcąc, przewodniczka ujawniła tajemnicę państwową:
- Towarzysz Stalin był niskiego wzrostu. Kiedy rozmawiał przez telefon, siedzenie było dla niego niewygodne, więc kazał stolarzowi skrócić nóżki krzesła. Na wyższym krześle siedziała sekretarka.
I tak, zupełnie przypadkowo, ujawnia się wczorajsza prawda. Zwykłe krzesło, któremu prosty sowiecki chłop pańszczyźniany przyciął nogi na rozkaz właściciela ziemskiego. I to brzydkie, karłowate, zniekształcone krzesło, było tronem władzy. Miejscem, z którego sprawowano rządy za pomocą dwóch telefonów - czarnego i białego. W sprawach mniej ważnych dzwonił czarny telefon, w ważnych biały. A kiedy pan drzemał, nie dzwonił żaden.
Jurij Trifonow wspominał, że Aleksander Twardowski leżał w kremlowskim szpitalu razem
z Poskriobyszewem. Pewnego razu Poskriobyszew rozpłakał się i powiedział o swoim panu: „Przecież on mnie bił! Chwytał mnie za włosy i uderzał głową o stół...”. Pikantny aspekt polega na tym, że na zdjęciach Poskriobyszew jest łysy. Być może ogolił głowę, żeby pan mu nie wyrwał resztki włosów? A może ogolił się później? Tak czy owak, sowiecki car uderzał głową sługi o ten właśnie stół.
[Aleksander Trifonowicz Twardowski (1910-1971) i Jurij Walentynowicz Trifonow (1925-1981); prominentni literaci i działacze kulturalni w epoce sowieckiej].
Rosyjska stolica w czasach Piotra I Wielkiego przeniosła się z Moskwy do Petersburga, oraz
z powrotem do Moskwy w czasach Lenina. Natomiast Moskwa jako siedziba władzy, w czasach Stalina stała się stolicą symboliczną, bo w latach 1934 - 1953, prawdziwą, choć tajną stolicą Związku Sowieckiego, było podmoskiewskie Kuncewo.
S. Alliłujewa zauważa w „Listach ….”: „W tym pokoju minęły wszystkie ostatnie lata, prawie dwadzieścia lat”. W latach trzydziestych, kiedy gospodarz był młodszy, tu bawili się jego towarzysze. Przyjeżdżało wielu gruzińskich krewnych (zanim zostali wysłani na tamten świat). Podawano szaszłyki, mężczyźni grali w bilard, wszyscy tańczyli przy gramofonie, który Stalin sam uruchamiał, puszczając płyty według własnego gustu i zmuszając wszystkich do tańca. Przybysze z Kaukazu śpiewali melancholijne pieśni, a „gospodarz podchwytywał śpiew wysokim tenorem”.
Z innych źródeł wiemy o jego słynnych „kolacjach” trwających od jedenastej wieczorem do czwartej nad ranem, podczas których upijał wszystkich, by rozwiązać im języki, albo o wesołych nocnych biesiadach przy tym ogromnym stole, o jego ulubionym winie kwanczkara. O tym wówczas ani słowem przewodniczka nie wspomniała.
[Khvanchkara – rodzaj gruzińskiego wina; pochodzi od nazwy miejscowości/wioski]
Pracownik Komitetu Centralnego, któremu w ciągu ostatnich dwóch lat życia Stalina zdarzyło znaleźć się w jego polu widzenia, napisał, że starość i choroby dotknęły go nagle, gdy zbliżał się do siedemdziesiątki.
„Proces starzenia się stawał się coraz bardziej zauważalny: jego oczy, koloru rozcieńczonej gliny, nieco jaśniały, spojrzenie straciło na przenikliwości, a chód stał się mniej pewny.”
W ścisłej tajemnicy przyjaciele ujawnili, że w miarę regularnie upijał się ulubionymi gruzińskimi winami, jak to się określa, „po korek”.
Córka Stalina wspomina, że obok tej wielkiej sali bankietowej znajdowała się również „mała jadalnia”. Nie pokazano nam jej, ale widziałem drzwi. Nie wiem, gdzie stał bilard, bo to również tajemnica państwowa.
Przewodniczka kontynuowała:
– Towarzysz Stalin lubił pieśni ludowe, rosyjskie, gruzińskie i pieśni innych narodów. Widzicie radio i dużą kolekcję płyt gramofonowych.
A więc dla nas, uczestników wycieczki, lubił folklor, a dla siebie pieśni cygańskie i Wiertyńskiego oraz „upadającą sztukę burżuazyjną”.
[Aleksander Nikołajewicz Wiertyński (1889 -1957), artysta estradowy, kompozytor i śpiewak]
Z tego, co można wyczytać we wspomnieniach, po libacjach włączał gramofon i zmuszał członków Biura Politycznego do tańca w parach. Od stołu, przy którym obradowali, od razu zaprowadzono nas do drzwi obok gabinetu. Sypialnia. Mały, kwadratowy pokój, para okien, przez zasłony wpadało matowe światło. Po lewej stronie stało stare, wysokie i dość szerokie łóżko z drewnianymi wezgłowiami, starannie przykryte narzutą. Naprzeciwko łóżka stoi szafa na ubrania. Drzwi są otwarte, zwyczajne, nawet nie rzeźbione. Na wieszakach w szafie, niczym miraż: mundur i szynel z naszywkami generała, spodnie z szerokim czerwonym lampasem - znane całemu pokoleniu atrybuty genialnego wodza. Projektanci zaprojektowali wyjątkowy strój, a najlepsi, choć anonimowi krawcy pomierzyli jego zniekształconą fizycznie sylwetkę, by skutecznie ukryć wady. Mistrzynie haftu wyplatały wzory. Ale był tylko jeden taki strój, choć mógłby zlecić wykonanie umundurowania dla całej kompanii generalissimusów. Obok dwa zwyczajne ciemne męskie garnitury, w których nigdy go nie widzieliśmy ani na zdjęciach, ani w filmach.
Czy nosił je w domu? Czy przyjmował w nich gości? A może trzymał w zapasie na wypadek pilnego wylotu do Wiednia lub Zurychu? Gdzie schowano jego śnieżnobiałe, ze złotymi wykończeniami mundury? A obok, przy tej samej ścianie, stoi regał z książkami. I znowu książki Lenina i sowieckich pisarzy. A gdzie zapodział się Machiavelli oraz podobni mu jego prawdziwi mentorzy?
Pamiętam, że jakieś pięć lat przed opisywaną wycieczką mój szkolny nauczyciel historii powtarzał niejednokrotnie, że przywódca codziennie czyta po pięćset stron. Skąd wzięła się ta liczba? Największy geniusz, który czytałby po pięćset stron dziennie, czy znalazłby czas na cokolwiek jeszcze?
Ale nawet po upływie połowy wieku i ta legenda wciąż zachowuje aktualność.
„Był nienasyconym czytelnikiem” – informuje urzędnik Komitetu Centralnego.
Według relacji jego współpracowników „biblioteka tylko w jego gabinecie w Kremlu, liczyła ponad 5 tysięcy tomów, a na daczy w Kuncewie miała ich kilkakrotnie więcej”. Kilkakrotnie, to jakieś 20 tysięcy tomów. Ale czy cokolwiek może dziwić w przypadku geniusza? A fraza „Nienasycony czytelnik” czyż nie jest piękna i przemawiająca do wyobraźni?
Z niedowierzaniem wspominam skromną bibliotekę, mieszczącą się w dwóch niewielkich szafkach, no i zastanawiam się nad gustami tego wyjątkowego czytelnika oraz nad publikacjami, które zgodnie ze swoim gustem obdarzył osobistymi nagrodami.
Znajdujemy się między łóżkiem a szafą w pokoju ciasnym, niczym w mieszkaniu komunalnym. Przed nimi stoi czarny fortepian, zajmujący całą wolną przestrzeń. Po co i kiedy fortepian pojawił się w domu Stalina? S. Alliłujewa wspomina o fortepianie, precyzując, iż nie zna jego pochodzenia, choć zwróciła uwagę na przeniesienie fortepianu z dużej sali do sypialni, w której Stalin w rzeczywistości nie sypiał.
Towarzysząca nam wówczas kobieta podpowiedziała:
– Pokrywa fortepianu jest otwarta, jakby ktoś właśnie na nim grał… Nie, towarzysz Stalin sam nie grał. Ten fortepian należał do towarzysza Żdanowa. Towarzysz Stalin bardzo lubił towarzysza Żdanowa i lubił słuchać, kiedy ten grał. Kiedy Żdanow zmarł, Józef Wissarionowicz nakazał przenieść ten fortepian. Na tym fortepianie grali ci, którzy przychodzili z wizytą.
– Tutaj? – wyrwało się komuś.
– Nie, nie tutaj. Fortepian przenoszono do sali.
Czyli fortepian należał do byłego teścia Swietłany Alliłujewej. A gdzie podziała się harmoszka, na której tak chętnie grał Żdanow? Ale harmoszki nie było.
W międzyczasie przewodniczka otworzyła drzwi, których nie zauważyliśmy. Było to kolejne wyjście z sypialni na przeszklony taras. Plecione meble ogrodowe, donice z ziemią na kwiaty, ale bez kwiatów. Przewodniczka wyjaśniała:
– W ostatnich miesiącach, kiedy nasz przywódca nie mógł już spacerować, lubił spędzać czas na tym tarasie. Tej ostatniej zimy, pomimo mrozów, lubił długo tu siedzieć w kożuchu, czapce z nausznikami i walonkach.
Wróciliśmy do salonu, gdzie zapalono dla nas światło w innej części tego pomieszczenia. Tutaj po skosie, nie pasując do sali obrad, ukazała się zwyczajna domowa kanapa z okrągłymi poduszkami i absurdalnie wysokim, wypukłym oparciem, zakończonym półką na figurki. Kanapa jak kanapa.
Głos przewodniczki rozbrzmiewa i cichnie:
– Na tej kanapie przywódca narodu radzieckiego, towarzysz Stalin, leżał chory i zmarł. Po prawej stronie widzą państwo szkarłatne poduszeczki z orderami i medalami, którymi uhonorowały go partia i rząd.
Starannie i długo wymienia, jakie to były ordery, za co i kiedy je otrzymał. Wzdłuż ściany wiszą wieńce z papierowych kwiatów z zielonymi, metalowymi liśćmi: od Komitetu Centralnego, od Rady Ministrów, od Związku Pisarzy i od innych organizacji, jakby dopiero mieli go pochować. Ale przecież studentów już oprowadzają po jego apartamentach, pozwalają zajrzeć do szaf. Czyli jednak umarł. Ale skoro umarł, po co ta tak skrupulatna ochrona? Dlaczego nas pilnują, żeby nikt nie odstawał ani o krok? Pamiętam to wrażenie, które wtedy mnie ogarnęło. Uczucie, że wpadliśmy w pułapkę. Przywieziono nas tu. Ale czy uda nam się stąd wyjść?
Na koniec odprowadzono nas do przedpokoju i kazano się ubrać.
– A gdzie jest gabinet? – ktoś nieśmiało zapytał.
Nie pada żadna odpowiedź. Później przeczytałem u S. Alliłujewej, że gabinet został zaprojektowany przez architekta. Jednak dom był wielokrotnie przebudowywany na polecenie właściciela, a gabinet zniknął, ponieważ przestał być potrzebny.
Wychodzimy na świeże powietrze. W autobusie otwierają się drzwi. Film odtwarza się w odwrotnej kolejności: leśna droga w oślepiającym świetle reflektorów, kontrola, sprawdzanie dokumentów według listy, a po półgodzinnej jeździe wysadzają nas przy stacji metra.
(...)
dokończenie:
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/nieproszony-gosc-z-wizyta-u-stalina-dokonczenie
***************************
linki do innych publikacji Jurija Drużnikowa, które były zaprezentowane na moim blogu:
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/propagandowe-ruskie-pierogi-albo-ilu-bylo-pawlikow-morozowych
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/kult-donosu-albo-o-ideologicznej-kanonizacji-bohatera-mitu
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/genatsvale
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/genatsvale-dokonczenie
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/kilka-podrozy-do-erewania
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/kilka-podrozy-do-erewania
tagi: wariacje literacko-historyczne
|
|
stanislaw-orda |
| 28 lipca 2026 21:06 |
Komentarze:
|
|
MarekBielany @stanislaw-orda |
| 28 lipca 2026 21:40 |
...
W latach wojny jedna dziewczynka w mojej klasie, recytując ten wiersz, wyszeptała „gorset" zamiast "kiset", zaś inny uczeń dopowiedział: „kastet!". Nie wiem gdzie są dzisiaj te dzieci. W domu zacząłem też tak mówić, więc rodzice bardzo się bali, ale nie powiedzieli mi dlaczego. A gdy dorosłem, sam się dowiedziałem.
...
Tak. To jest cel.
|
|
MarekBielany @stanislaw-orda |
| 28 lipca 2026 22:17 |
Przy Zaraska's Point przed chwilą widziałem szczurka wielkości kotka, który szukał drogi do. Jakiś wieczorowy pielgrzym go dojrzał i obrócił oczy do przodu. Szczurek przycupnął i odbijajac się od drzwi z domofonem, znalazł szerokie przejście przez bramę dla aut.
|
|
stanislaw-orda @MarekBielany 28 lipca 2026 22:17 |
| 28 lipca 2026 22:30 |
Rzecz jasna, jest to niezwykle poruszające i wstrząsające doswiadczenie.
Świetnie zatem, że o tej niezwykle istotnej kwestii informujesz.
|
|
MarekBielany @stanislaw-orda 28 lipca 2026 22:30 |
| 28 lipca 2026 22:44 |
Te tlumy będą się ...
|
|
MarekBielany @MarekBielany 28 lipca 2026 22:44 |
| 28 lipca 2026 22:44 |
pojawiać ?
|
|
stanislaw-orda @MarekBielany 28 lipca 2026 22:44 |
| 28 lipca 2026 22:45 |
no, ale co to nas ...
|
|
MarekBielany @stanislaw-orda 28 lipca 2026 22:45 |
| 28 lipca 2026 22:47 |
Węglarki Dolną ?
!
|
|
MarekBielany @stanislaw-orda |
| 28 lipca 2026 22:49 |
Dobranoc.
Ja się prześpszę.
|
|
stanislaw-orda @MarekBielany 28 lipca 2026 22:49 |
| 28 lipca 2026 23:27 |
najwyższa pora
|
aszymanik @stanislaw-orda |
| 29 lipca 2026 10:12 |
Ale kibla im nie pokazali. Widać - Stalin podobnie jak i Kim nie srał...
|
|
stanislaw-orda @aszymanik 29 lipca 2026 10:12 |
| 29 lipca 2026 10:19 |
w rzeczy samej, niewybaczalne przeoczenie.